czwartek, 27 kwietnia 2017

Tu nie ma miejsca na sentymenty: "Wołyń. Bez litości"



To, co rozpętała ta wojna, na pewno pozostawi straszne, trwałe blizny (...)



Kiedy jakiś czas temu pojawił się w kinach film Wołyń w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego, a na rynek książki weszły publikacje dotyczące tej masakry, postanowiłam, że film odpuszczę (jak to ja), ale na pewno sięgnę po jakąś książkę. Dzięki uprzejmości Autora – Piotra Tymińskiego – miałam okazję przeczytać historię opartą na faktach. Wołyń. Bez litości to opowieść niełatwa, bolesna, a przy tym niesamowicie dynamiczna. 


Mocne uderzenie


Wyobrażacie sobie życie w ciągłym strachu i ze świadomością, że Wy oraz Wasi najbliżsi jesteście zagrożeni, ale nie wiecie, kiedy ani skąd nadejdzie niebezpieczeństwo. Nie macie pojęcia, komu można zaufać, w czyje ręce złożyć swój los i jak się bronić, bo w sumie niewiele możecie zrobić wobec rosłych, uzbrojonych i zdeterminowanych, by Was zabić, złoczyńców.


Był to Wielki Czwartek dwudziesty drugi kwietnia czterdziestego trzeciego roku.




Staszek traci najbliższych; sam ledwo uchodzi z życiem. Szybka decyzja o ucieczce – mimo bólu, obaw i porażającego strachu – pozwala mu wyjść z opresji cało, choć z olbrzymią, wciąż krwawiącą i bolesną raną w sercu. Nie ma już do czego wracać, nie ma już ludzi, których kochał, a jego umysł wciąż wypełniają obrazy okrutnej, barbarzyńskiej egzekucji na mieszkańcach spokojnej wsi.

Zemsta. Chęć wymierzenia sprawiedliwości. Potrzeba ratowania tych, którzy jeszcze pozostali. Stanisław nie chce być bierny, nie wyobraża sobie czekania na śmierć z rąk oprawców, a kiedy nic nie trzyma go już na miejscu, postanawia stawić czoła tym, którzy zasłużyli na śmierć – często kolegom z ławki szkolnej niemającym żadnych skrupułów, z lubością mordujących dawnych znajomych...

W obliczu Boga Wszechmogącego w Trójcy Jedynego zaświadczam, że dnia 19 maja 1943 roku na Uroczysku Zagórze zawiązał się Oddział Partyzancki Polskiej Armii Krajowej wywodzący się z samoobrony wsi Konstantynówka w pow. serneńskim.

Staszek przyjmuje pseudonim "Len" (potem "Czart") i wraz z partyzanckim oddziałem "Pary" wyrusza  w podróż po sprawiedliwość, by zabijać wrogów, ratując zagrożonych. Przeprawa to niekończąca się przygoda pełna niebezpiecznych akcji, sytuacji "bez wyjścia", działań bez litości. Partyzanci zmuszeni są do ciągłego kombinowania, manewrowania pomiędzy niemieckimi okupantami, ukraińskimi nacjonalistami i sowieckimi partyzantami. Nigdy nie wiadomo, z której strony nadejdzie zagrożenie, kto jest tu wrogiem, kto przyjacielem, komu można zaufać i czy sama misja "czyszczenia" jest jedynym wyjściem z tej sytuacji, czy to właściwe? 


Czasem ludzi trzeba ciut przymusić, a potem już tak zostaje, jak jest, i okazuje się, że to człowiek na właściwym miejscu.


Kolejne trupy, bezwzględne egzekucje, strzały, rany, pogrzeby. W takiej rzeczywistości przyszło żyć bohaterom tej powieści. Co prawda przez większość czasu towarzyszymy w tej wędrówce przez piekło "Lenowi", ale poznamy też losy jego towarzyszy, a wplątane w rozmowy historie, często mrożą krew w żyłach. Śmierć jest bliska wszystkim.

Surowa akcja


Wojna nie pozostawia miejsca na sentymenty, wymusza zupełnie inne schematy działania i myślenia. Taką też "taktykę" przyjął Autor, podając czytelnikowi historię surową, szorstką i nieco pozbawioną emocji, chociaż nie permanentnie – znajdzie się tu malutkie miejsce na: smutek, miłość, przyjaźń i wyrzuty sumienia. Poznajemy historię walczących, nie opowieść o ich wielkim bólu. Dostajemy goły fakt, który pcha partyzantów do walki, ale z nieco uszczuploną warstwą uczuciową tej "podróży". Tło obyczajowe zostało nakreślone w sposób subtelny, nienachalny – jest jedynie zarysowane, co jednak pozwoliło na uwypuklenie akcji. 

Wołyń. Bez litości to opowieść pełna akcji, niezwykle dynamiczna i oparta (w dużej mierze) na dialogach, którym towarzyszą opisy otoczenia. Tu niewątpliwie na uwagę zasługuje klimat lasu, który jawi się nam jako gąszcz niebezpieczeństwa. Surowe warunki, w których przyszło walczyć naszym bohaterom, robią wrażenie i budzą w nas ogrom współczucia dla walczących. Dostrzegamy trud, jaki wkładają w utrzymanie się przy życiu, często o głodzie, w zimnie i bez odpowiedniego zaplecza sanitarnego. 

Wołyń. Bez litości na pewno nie jest książką, którą można polecić każdemu, ale wydaje mi się, że jeśli chcielibyście poczuć ten wołyński klimat - szorstki, surowy oraz prężny – to będziecie zadowoleni. Historia nie jest łatwa w odbiorze, na co wpływ ma ogrom przekazanych nam informacji, ale po czasie orientujemy się w sytuacji doskonale, dajemy się wkręcić w planowane manewry, potrafimy docenić pomysłowość bohaterów, ocenić (mniej więcej) ich zamiary. Powiem Wam, że historia podana w takiej powieściowej formie, trafia mocniej niż suche fakty. Co prawda nie mamy tu żaru emocji czy potoków wzruszeń, ale sugestywny sposób przedstawienia treści (np. pierwsza scena – czystki w domu Stacha) robi swoje – to działa i boli. Dystansujemy się do tej masakry, ale wciąż mamy świadomość ogromu ludzkiego cierpienia. 

Warto przeczytać.

Za możliwość poznania tej historii dziękuję Autorowi *klik*. Takie powieści historyczne mogę czytać, z przyjemnością.