piątek, 23 czerwca 2017

Harvé Tullet – nowa seria kreatywnych książeczek


Książeczki tylko do czytania? Niekoniecznie! Poznajcie nową serię kreatywnych książeczek dla maluchów autorstwa Harvé'a Tulleta. 



Książeczki przeważnie czytamy. Siadamy wieczorem na łóżku, w ciągu dnia zajmujemy podłogę, w samochodzie tylne siedzenie. Córa jest nastawiona na odbiór, a ja lub mąż, staramy się wkraść w jej łaski: a to kolejną historią, a to modulując głos, a tu znów wydając z siebie dziwne odgłosy. Czytanie z dzieckiem jest cudownym doświadczeniem, szczególnie gdy maluch w pełni w tym uczestniczy. 



Nie wszystkie książeczki dla dzieci są jednak skupione na treści, bowiem część z nich nastawiona jest na działanie. Niewielka ilość tekstu – konkretnego, będącego niejako "instrukcją" – do tego zabawne i spójne obrazki, wiele interesujących otworów i cała masa możliwości! Oczywiście początkowo działamy według propozycji autora, ale szybko dochodzi tu do głosu dziecięca wyobraźnia, a książeczka zyskuje nowe oblicze, stając się poniekąd interaktywną zabawką.

Czego nauczyło mnie dziecko?


Książeczki najpierw trafiły w moje łapki. Wydobyłam je z koperty późnym wieczorem, kiedy córa już spała, więc miałam chwilę na przyjrzenie im się bliżej, w spokoju. Moje pierwsze wrażenie? Cóż... książeczki z dziurami, po prostu. Porządnie wydane – gruba tektura, więc posłużą dłużej (są dobrze wykonane, zakładam, że nie rozpadną się po kilku dniach intensywnego użytkowania; na razie nic się z nimi nie dzieje), kolorowe ilustracje (w niektórych), zatem nie ma mowy o nudzie. Nadal były to jednak dziurawe książeczki, ze znikomą ilością tekstu.



Przyznaję, że nie wiedziałam, o co tyle krzyku i skąd te wszystkie słowa uznania, dopóki Ewka nie nauczyła mnie, jak może je wykorzystać. Szaleństwo zaczęło się już o świcie. Najpierw szybkie przekartkowanie, potem badanie różnokształtnych otworów. Kiedy doszedł do tego tekst... istne szaleństwo! Zachwytom nie było końca. Dla mnie były to zwykłe, chociaż kolorowe tekturki, ale to córa uświadomiła mi, jaki kryje się w nich wielki potencjał – co ważne – nie jest to przygoda jednorazowa, ale prawdziwy maraton. Teraz rozumiem fenomen tych książek.

Książeczki przeznaczone są dla dzieci od 3 roku życia. Myślę, że dostarczą radochy i tym młodszym, i starszym dzieciakom. Moja pięciolatka jest nimi zachwycona, bez problemu radzi sobie ze wszystkimi zadaniami, bez oporów i z zainteresowaniem bierze udział w zaproponowanej zabawie, a także kombinuje po swojemu.

Gra cieni



Książeczka idealna do oswajania lęku przed ciemnością, ale też stwarzająca możliwość snucia niesamowitych historii. Dziecko wyrusza w niesamowitą podróż po ciemnościach, nasłuchując, przyglądając się, zastanawiając, co może kryć się w cieniu.



W pierwszą podróż ruszamy razem z dzieckiem. Uzbrojeni w latarkę i dobry humor. Zabawa cieniem to świetna alternatywa dla wieczornego czytania. Rodzic może wymyślać bajeczkę na bieżąco, dziecko staje się aktywnym uczestnikiem tej opowieści. 


Kolejne wypady do świata cieni dziecko może już odbywać samodzielnie. Latarka w łapkę i do działa! Pod kątem, na wprost, pojedyncze obrazki lub dwa za jednym zamachem, na ścianie, pościeli, podłodze. Najlepsze jest to, że książeczkę można wykorzystać również w ciągu dnia – wystarczy odrobina słoneczka.


Książeczka sprzyja nawiązywaniu bliskich relacji. Tulimy się, wspólnie odkrywamy, mówimy i pozwalamy dziecku mówić. Nie wyrywamy mu latarki – nie zawsze prosto i w punkt oznacza lepiej. 



Co ważne: książeczka może być wstępem do nauki odwzorowywania. Rzucane cienie można kolorować, obrysowywać lub próbować powtórzyć (odtworzyć). Warto też pobawić się w tworzenie własnych wzorów, a potem ich rozwijanie i snucie kolejnych nocnych historyjek.








Paluszkowa olimpiada




Paluszkowa olimpiada  to nie lada wyzwanie! Nie obejdzie się bez podnoszenia ciężarów, walki bokserskiej, robienia salt i fikania koziołków czy skoków do basenu. Brzmi groźnie? Nie obawiajcie się, będzie całkiem w porządku. 


Jedyne, czego będziecie potrzebować do zabawy, to paluszki i długopis. No, prawie, bo przyda się jeszcze odrobina zaangażowania i spora dawka fantazji. 


Nie tylko rączki, ale też buzia idzie w ruch. Bum! Bęc! Plusk! Świiisssst! Trzeba się nieźle narobić, żeby zająć w Paluszkowej olimpiadzie pierwsze miejsce. Można sprawdzić się w tej zabawie samemu lub zaprosić do rywalizacji rodzeństwo, kolegę albo mamę. Przyznaję, że wkręciłam w to męża. Córa sędziowała. Wygrałam! 

Nie róbmy wszystkiego za dziecko. Pozwólmy mu wcielić się w uczestnika olimpiady, w obserwatora lub w sędziego. Zachęcajmy do tworzenia historyjek, wydawania okrzyków (nie uciszajmy, niech emocje wezmą górę). Nie zwracajmy też uwagi na koślawe uśmieszki na paluszkach – pozwólmy dziecku namalować je samodzielnie, a co: jak szaleć, to szaleć!



Ruszaj w drogę!


Ruszaj w drogę! budziła u mnie sprzeczne emocje już na początku. Nie potrafiłam pojąć, jaką można mieć radochę z poruszania palcem po linii. Okazuje się, że można to pojąć, ale potrzeba do tego dziecka. Teraz nie mam już żadnych wątpliwości – to świetna książeczka.


O co w tym chodzi? Na kartach zostały wyznaczone linie – mięciutkie, pluszowe, proste, zakręcone i przerywane. 


Są i otwory, które tu zyskują nowe znaczenie, ponieważ to nasz przystanek, na którym można chwilę odsapnąć.


Powiem tak: ta książeczka nie jest wcale skomplikowana, nie zachwyca (poza tą pluszową trasą) wydaniem, nie znajdziecie w niej masy kolorów ani pokaźnych partii tekstu, ale! to ulubiona książeczka mojej córy. Dziecko zamyka oczy, sunie tym paluszkiem po linii i nagle okazuje się, że piękna opowieść snuje się sama! To jeden z tych tytułów, który porusza dziecięcą wyobraźnię, rozkręcając ją do maksimum.



Droga jest za każdym razem inna, dziecko może wcielić się w kogo tylko chce i opowiadać jego wymyślone przygody. Naprawdę jestem pod wrażeniem tego, jak wiele może wyciągnąć mały człowieczek z kilku zawiłych linii. Widzicie, jaki błąd popełniłam? Niby wiedziałam, co lubi moje dziecko i czego mogę się po nim spodziewać, a tu proszę – zaskakuje mnie na każdym kroku!

Poza tym książeczka świetnie się sprawdza przy treningu koncentracji. Wymusza na dziecku skupienie, a dodatkowo pomaga w wyciszeniu. Pociecha nie  chce opowiadać historii swojej podróży? Nie szkodzi, pozwólmy jej po prostu sunąć paluszkami po liniach.



Zabawa w oczka


Co z tymi oczkami? Ano oczka świetnie sprawdzają się do zabawy w odgrywanie ról. Nasz szkrab może się zamienić w kota, robota czy ufoludka.





Nadal nie rozumiem fenomenu zerkania przez oczka, ale dziecku się podoba, więc uważam, że książeczka jest w porządku. Oczywiście największą popularnością cieszy się u nas kot. Zza kart dochodzi do mnie miauczenie albo prychanie. 



Nie znalazłyśmy jeszcze innych zastosowań dla tej książeczki, ale myślę, że to tylko kwestia czasu, ponieważ każdego dnia córa wpada na nowe pomysły. Pewnie i oczka doczekają się czegoś wow.



Znajdź różnice




Znajdź różnice to książeczka, która zdobyła moją sympatię od razu – pewnie dlatego, że już na początku wiedziałam, jak ją wykorzystać i co z nią począć. Długo zastanawiać się nie trzeba, od razu nastawiamy się na poszukiwanie różnic. 


Dziecko może wcielić się w samotnego poszukiwacza różnic lub zaprosić do zabawy rodzeństwo albo kolegę. Wspólne poszukiwania to wspaniała zabawa, a przy tym odrobina rywalizacji. Najlepsze jest jednak to, że jednego dnia dziecko zajmie pierwsze miejsce, a następnego drugie – tu nic nie jest z  góry oczywiste, a wzrok potrafi nam czasem płatać figle.


Obrazki są ułożone według trudności. Zaczynamy od tych prostych, kończymy na prawdziwym pomieszaniu z poplątaniem. Ostatnie dwie strony są naszpikowane różnicami, a każde kolejne zerknięcie na plansze, pozwala na znalezienie kolejnych i następnych. Nie wiem, czy czegoś nie przeoczyłyśmy, ale myślę, że jeszcze wiele poszukiwań przed nami, ponieważ w tej książeczce nie ma odpowiedzi.


Książeczka uczy skupienia i spostrzegawczości, trening pamięci gwarantowany. Obrazki są przeróżne i bardzo kolorowe – nie ma mowy o nudzie, bowiem mamy tu do czynienia z czystą abstrakcją. Ewka poszła krok dalej i sama zaczęłam malować obrazki, po czym pokazuje mi je i zachęca, żebym znalazła różnice. Z czasem uznałyśmy, że będę lepiej poszukiwać podobieństw :)




Co jeszcze?


Rozmawiałam na temat tych książeczek z psychologiem, który na co dzień wykorzystuje podobne metody w pracy z dziećmi. Od razu wskazał mi zastosowanie terapeutyczne dla Ruszaj w drogę! czy Zabawy w oczka – te książeczki mogą być niezwykle pomocne wtedy, gdy maluch nie wie, w jaki sposób opowiedzieć o swoich problemach. Gra cieni, jak wspominałam wcześniej, doskonale nada się do oswojenia lęku przed ciemnością, a Paluszkowa olimpiada oraz Znajdź różnice mogą być doskonałym treningiem panowania nad agresją – wiadomo, że rywalizacja może wywołać często skrajne emocje.



Przyznaję bez bicia, że bardzo się pomyliłam. Początkowo potraktowałam te książeczki jako kolorowe tekturki, myślałam, że córa je przejrzy i wylądują na półce. Myliłam się! Wszystkie są wciąż przeglądane, układane, przewracane, prześwietlane i "macane". Za każdym razem pojawia się nocy pomysł na ich wykorzystanie. Bawią, uczą, mogą pomóc. Widzicie, potrzebowałam dziecka, które otworzyło mi oczy na te wszystkie możliwości.  

Za wspaniałą przygodę dziękujemy Wydawnictwu 
Takie niepozorne, a tu tyle wniosków! Przyznaję, że jestem pod wrażeniem. Znacie książeczki z tej serii? Ja bardzo się cieszę, że je poznałam i jeszcze bardziej, że moje dziecko wykazało się taką pomysłowością, udowadniając mi, że mają ogromny potencjał, który aż się prosi o wykorzystanie!