środa, 28 czerwca 2017

Tak trudno być sobą: "Chłopiec w czerwonej sukience"




To, czego chcę, jest mi zabronione.
To, co mógłbym mieć, całkiem mnie odrzuca.



Kupiłam książkę za 8 zł. Uznałam, że wiele nie stracę, jeśli okaże się, że to gniot. Po lekturze stwierdzam z dziką satysfakcją, że zapłaciłabym o wiele wyższą cenę za taką powieść, a tu proszę – udało się zdobyć ją za  tak niewiele. Chłopiec w czerwonej sukience autorstwa Macieja Lotera to powieść autobiograficzna, pochłonęłam łapczywie w jeden wieczór z uśmiechem na ustach i łzami w oczach.

Wiesz, kim jesteś


Wiecie, kim jesteście, prawda? Kiedy stajecie przed lustrem, widzicie siebie. Owszem, nie zawsze jesteście zadowoleni ze swojego wyglądu, bo tam za dużo, tu za krótko, gdzieś nie tak, jak powinno być, a jednak to, co czujecie, jest w miarę spójne z tym, co widzicie i co widzą inni.

Wyobraźcie sobie teraz taką sytuację: stajecie przed tym lustrem każdego dnia i widzicie nie siebie, ale jakąś obcą powłokę, w której Matka Natura uwięziła Wasze prawdziwe ja. Jasne, bywa tak, że czasem czujemy się na mniej lat, niż mamy, często chcemy pokazać coś, co siedzi głęboko w naszym wnętrzu, ale nie jesteśmy w stanie wydobyć tego na światło dzienne, z różnych względów. Kiedy ten stan ciągnie się latami, a to, co widzicie zawsze jest obce i sprzeczne z tym, jak czujecie... to mordęga. Sytuacja bez wyjścia, skazanie na wieczne cierpienie.


Maciej – główny bohater i zarazem narrator Chłopca w czerwonej sukience – urodził się dziewczynką, chociaż od zawsze czuł, że on to nie ona. Ona – tak mówi o powłoce, w której uwięziony jest jego męski umysł. Nienawidzi jej gęstych włosów, zmieniających się z biegiem lat kształtów, tonu głosu. Wzdryga się, gdy ma jej dotknąć. 

Początkowo nie rozumiał, z czasem próbował z tym walczyć, bo w końcu społeczeństwo narzuciło mu odpowiednią i jedyną właściwą do jego płci rolę. Kiedy odkrył prawdę o sobie, nie wiedział, jak z tym żyć. Jak powiedzieć najbliższym? Jak wyznać miłość dziewczynie? Jak żyć w tej pułapce i cieszyć się z tego, co się ma, kiedy każdy dotyk własnej skóry, spojrzenie w lustro i wypowiedziane słowo budzą obrzydzenie. Czy można pokochać siebie, kiedy rozbieżność między ciałem a duszą jest źródłem ciągłego bólu, lęku i wewnętrznego spustoszenia?

Myślę o sobie po męsku, ale mówię inaczej. Jakimś cudem godzę chłopięcy umysł z dziewczęcym ciałem, bo wiem, że tak mi się wydarzyło i tak musi być. Moje myśli nie biegną dalej, bo zwyczajnie nie wiem, co z tym zrobić.

Maciej Lotar opowiada swoją historię o pomylonym ciele. Dzieli się z czytelnikiem pierwszym wspomnieniem, prowadzi go przez ogrom wątpliwości i bezkres strachu. Podróż nie będzie łatwa; czeka Was niewygoda, poniesiecie wielki ciężar, często przystaniecie, by złapać tchu i ruszyć dalej. Czasem poczujecie duchotę i ciasnotę, zerkniecie na świat zza krat. Wejdziecie w tę opowieść i spojrzycie na wszystko z zupełnie innej strony.

Miażdżąca fala emocji


Bohater krótko poszukuje swojej tożsamości – próbuje raczej nazwać to, co się z nim dzieje, nadać jakieś konkretne znaczenie temu, co go gniecie i uciska.

Autor porusza bardzo ważny temat, a książkę dedykuje wszystkim transseksualistom, których namawia do walki o siebie. To nie jest proste, przyjemne i wymaga ogromnej odwagi, ale zapewnia, że warto zrzucić niewygodną, znienawidzoną skorupę i stoczyć ten bój z otoczeniem, ale przede wszystkim ze sobą. Nie jest to jednak książka, po którą nie powinien sięgać człowiek z tematem niezwiązany – przeciwnie, można wyciągnąć z niej wiele ciekawych informacji.

Historia jest niezwykle emocjonalna. Poza kontrowersyjnym tematem, dostajemy tu ogrom uczuć i wątpliwości – szczere wyznanie, ciche marzenia, niesamowity ból i powalającą bezsilność. Wszystko podane jest w pięknej formie – tak, tę historię czyta się jednym tchem, z zaciekawieniem, z przyjemnością. Autor nie odgradza nas, ale bierze śmiało za rękę i prowadzi korytarzami swoich myśli. Tłumaczy, rozwiewa wątpliwości, a jednak nie przekonuje. On po prostu wie, kim jest, a kiedy zdaje sobie sprawę z tego, czego może chcieć, bez ogródek mówi o tym, jak próbuje uwolnić się z tej ciasnej, obcej klatki, którą jest pomylone ciało.

Powieść totalnie mnie poruszyła. Cieszyłam się z każdego miłego gestu, choć niektóre prawdziwie mnie dziwiły; smuciłam, kiedy ludzie – często uważający się za jego przyjaciół – odwracali się plecami, wytykali palcami. Przeżywałam pierwsze miłości, wizyty u lekarzy – świetne fragmenty, które zmuszają do zastanowienia się nad ich rolą w tym całym procesie. 

Czasem tak wiele zależy od innych i chyba to jest przerażające. Niepokoi i wprawia w zdumienie to, że los człowieka zależy od humoru, kompetencji, zdolności empatii czy miłości. Smuci fakt, że nie wszystkim udaje się wyrwać z tej zaklętej klatki i po prostu być sobą, bo brakuje im odwagi (co mnie wcale nie dziwi), brakuje też wsparcia, bez którego często nie można ruszyć dalej (lub wcale), brakuje zrozumienia, a w to miejsce pojawia się ludzka złośliwość – delikatnie mówiąc...

Historia bardzo mi się podobała. Jest szczera, wiarygodna, naturalna. Naładowana emocjami, wzruszająca i niewygodna. Wiele się dowiedziałam, przeraziła mnie już sama wizja takiej totalnej bezsilności. Każdy pozytyw odbierałam z uśmiechem, przez łzy. Z podziwem przyglądałam się kolejnym działaniom bohatera, z niedowierzaniem przyjęłam fakt, że znalazł w sobie na tyle odwagi, by nie tylko walczyć o wolność, ale też podzielić się z czytelnikami swoją historią. Z niepokojem śledziłam proces budzenia się świadomości, chwile załamania i wątpliwości, ale też nieśmiałe próby odnalezienia w tej tragicznej sytuacji. Niewątpliwie to jest tragedia, której nawet nie potrafię sobie wyobrazić. Jestem zdziwiona, że o tej książce nie jest głośno. Mam nadzieję, że ta opinie chociaż troszeczkę przyczyni się do jej rozpowszechnienia
Szczerze polecam.