wtorek, 11 lipca 2017

Dużo dymu, mało ognia: "Dziewczynka z balonikami" A. Turzyniecka




Mówi się, że kiedy zamykają się jedne drzwi, to otwierają się drugie. 



Dziewczynka z balonikami autorstwa Agnieszki Turzynieckiej to jedna z tych książek, na które się mocno napaliłam. Po przeczytaniu opisu wydawcy uznałam, że po prostu muszę ją mieć, bo tematyka ciekawa, a i klimat wpisuje się w moje "lubię to". Upolowana w księgarni internetowej, wymacana z ognikami w oczkach, pochwycona i... i klapa. Okazuje się, że nie zawsze warto brać w ciemno.


Kobieta pod górkę


Kiedy sięgam po książkę, której akcja toczy się w szpitalu psychiatrycznym, oczekuję zazwyczaj czegoś niesamowitego. Podróż w głąb ludzkiego, nieco nadszarpniętego (z różnych powodów) umysłu, jest tym, co kusi i zachęca do lektury. Przeważnie lektura takich książek wiąże się z niesamowitymi emocjami  często skrajnymi, zawsze z refleksją w tle. A jednak czasem trafi się na taki utwór, który nie do końca spełnia nasze oczekiwania. Dużo dymu, mało ognia...




Marlena mieszka w Niemczech. To kobieta, która nie może pochwalić się szczęśliwym dzieciństwem, doskonałą figurą czy świetną pracą, a już  na pewno daleko jej do stabilności psychicznej. U Polki zdiagnozowano chorobę afektywną dwubiegunową  nie można jej wyleczyć, ale przy doborze odpowiednich leków, można żyć z nią w miarę "normalnie". Marlena trafia  na własne życzenie  do szpitala psychiatrycznego, gdzie lekarze pomogą jej dojść do siebie. Nie będzie to łatwa przeprawa, bo wspomnienia  budzą wiele negatywnych emocji. Nie będzie też zbawiennej mocy teraźniejszości, bo i ona jest daleka od ideału... Warto jednak zaznaczyć, że w życiu kobiety pojawi się nie tylko smutek, ale i miłość, która wiele obiecuje.

I chyba tyle z fabuły... Tu naprawdę niewiele się dzieje, na żadnej z płaszczyzn.

Ach, ta Marlena


Marlena jest bohaterką, którą trudno polubić. Wychodzę jednak z założenia, że bohatera wcale nie muszę darzyć ciepłymi uczuciami, by przeżyć z nim niesamowitą przygodę. To ten typ, na którego barkach spoczywa całe zło tego świata, a im lepiej poznajemy jej historię, tym trudniej nam unieść te wszystkie problemy. Czasem aż trudno uwierzyć, że jeden człowiek jest w stanie  znieść aż tyle, choć z drugiej strony podchodzimy z pewnym dystansem do tych wszystkich rewelacji. Bohaterka również niespecjalnie dzieli się z nami swoimi myślami  nie to, że brakuje ich w treści, ale są one raczej suchą relacją, którą zdaje się "na odwal", byle tylko zaspokoić ciekawość odbiorcy. Zabrakło w tym wszystkim emocji...

Czy to powieść porażająco prawdziwa, jak obiecuje wydawca? Nie, raczej porażenia nie doznałam. Co prawda znajdujemy tu takie sytuacje, których z pewnością nie chcielibyśmy odczuć na własnej skórze, ale są one mocno groteskowe  trudno było mi uwierzyć w tę całą maskaradę... Reakcje były przesadzone, relacje (choć odgrywały bardzo ważną rolę w tej historii) okazały się płytkie, a działanie Marleny niezrozumiałe. Do tego, co ważne, opowieść opiera się w większości na sztywnych dialogach, które wcale nie dodają jej autentyczności. 

Czekałam na coś wielkiego, na jakiś zwrot akcji czy traumatyczną tajemnicę, które wiele bym tu zmieniły. Niestety wszystko, czego się dowiedziałam, przyjęłam bez większych emocji... Nie zżyłam się z główną bohaterką, nie odpowiadał mi również sposób narracji  pierwszoosobowa narracja zakłada przecież emocjonalność! A tu klops...

Czy znalazłam plusy? Oczywiście! Zaczynając od banału: książkę czyta się bardzo szybko, ponieważ jest napisana bardzo prostym językiem, a do tego liczba stron sprzyja szybkiemu pochłonięciu. Poza tym takiego spojrzenia na szpital psychiatryczny jeszcze nie spotkałam   zawsze to jakieś nowe doświadczenie. Dodatkowo bardzo ważny jest poruszony w tej historii temat  depresja, która nadal jest w naszym społeczeństwie traktowana z pobłażliwością, często bywa też tabu. Niby wszyscy słyszeli, ale w gruncie rzeczy niewielu wie, co to oznacza. Dostajemy tu pewien obraz kliniczny tej "przypadłości", zatem  jeśli spojrzeć na historię z tej strony  może być ona wartościowa i przynieść wiele dobrego. 

Poruszony został również problem samobójstwa  to świetnie, ale w takim wydaniu? Wyobraźcie sobie, że lekarz mówi Wam, że macie dać znać, kiedy będziecie chcieli targnąć się na własne życie, a wtedy on  wbrew Waszej woli  przeniesie Was na odpowiedni oddział o zaostrzonym rygorze...

Kiedy spoglądam na tę historię przez pryzmat własnych uczuć, stwierdzam z przykrością, że wcale, nic a nic, na mnie nie podziałała.

Jakoś specjalnie nie odradzam Wam tej książki, bo być może historia Marleny  zagubionej, na skraju wytrzymałości, z całym złem tego świata na barkach  trafi w Wasze serducha. Specjalnie też jej nie polecam, chyba że naprawdę nie macie niczego ciekawszego pod ręką, a chcecie poczytać  po prostu, dla poczytania.