czwartek, 13 lipca 2017

Książka, dzięki której zaczęłam czytać, czyli o magii Symfonii Wieków

Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też to inni wybierają.

Andre Maurois


Blogosfera kwitnie, rozwija się, daje mnóstwo inspiracji. Blogerzy organizują coraz więcej ciekawych akcji, zachęcając pozostałych do reakcji. Wyjątkową akcją, która przykuła ostatnio moją uwagę, jest ta zorganizowana przez Dagę z bloga socjopatka.pl – "Książka, dzięki której zacząłem czytać". Wspaniały projekt, w którym bierze udział ponad trzydziestu Blogerów. Każdy z nich, każdego dnia publikuje tekst o książce. Pomyślicie, że banał, bo przecież tekstów o książkach jest mnóstwo; pojawiają się każdego dnia – temat wałkowany jest z każdej strony, w każdej możliwej odsłonie. A jednak powiem Wam, że czasem można o książce inaczej. Aż chce się pominąć recenzje, zapomnieć o liczbie stron czy nawet o tym, w jaki sposób trafiła ona w nasze ręce. Można opowiedzieć o książce, której nie czytało się od wielu lat, ale jest w niej coś, co pozwoliło jej głęboko się w czytelniku zakorzenić. Czasem ma się potrzebę odejścia od schematu i opowiedzenia o emocjach, które towarzyszyły nam podczas lektury.

Z książkami jest tak, jak z ludźmi: bardzo niewielu ma dla nas ogromne znaczenie.
Reszta po prostu ginie w tłumie.

Wolter



Wracając jednak do samej akcji... Projekt trwa od 01.07.-31.07.2017 – to calutki lipiec pełen inspiracji! Mój wpis i wszystkie pozostałe recenzje, które powstały w ramach Akcji, znajdziecie po jej zakończeniu na blogu Organizatorki => SocjopatkaPewnie zastanawiacie się, czemu to wszystko służy, skoro każdego dnia przeglądacie wiele blogów, na których pojawiają się wpisy dotyczące książek – ich recenzje, zestawienia, okładki, zapowiedzi – lub czytelnictwa w ogóle. Otóż, projektowi Dagi przyświeca bardzo wyraźny i, moim zdaniem, ważny cel: zachęcić Was do poszerzania swoich czytelniczych horyzontów. Być może sięgnięcie po gatunek, którego wcześniej nie braliście pod uwagę? Poza tym zawsze warto odkurzyć dobry tytuł-staroć, który zginął już dawno wśród nieustannie napływających nowości. Socjopatka proponowała, żeby każdy z uczestników wybrał jedną książkę, która jego zdaniem jest najlepszą pozycją, od której warto zacząć przygodę z danym gatunkiem. Oczywiście planowałam wybrać jedną, ale historia, która zdobyła moje serce, jest tak specyficzna, że trudno byłoby mi napisać o pierwszym tomie, by zwrócić Waszą uwagę na piękno tej opowieści... Opowiem Wam o całym cyklu – wierzcie mi, nie mogło być inaczej.


Czym jest fantastyka?



W obszarze literatury fantastycznej rozwinęły się trzy główne gatunki. Oczywiście wśród nich można wyodrębnić podgatunki i z pewnością doszukać się jakieś niezłej hybrydy (np. science fantasy), ale nie wchodźmy w aż takie szczegóły i pozostańmy przy konkretach.


Pierwszy gatunek to horror, czyli fantastyka grozy. Utwory charakteryzują się tym, że akcja przeważnie toczy się w znanym nam świecie, a jednak pełnym niezwykłości, które stanowią realne (lub też wyimaginowane) zagrożenie dla człowieka bądź całej ludzkości. To właśnie w horrorze dzieją się dziwne rzeczyz krypt wychodzą nie pierwszej świeżości truposze, nocą panoszą się wysysające krew wampiry, na ulicach spotkamy bezmózgie zombie, a w pięknych budynkach pradawne demony. 


Drugi to fantastyka naukowa – zwana science fiction [czytaj: sajens fikszn], w której prym wiodą obce formy życia, spektakularne wyprawy kosmiczne, ale też wszelkie niesamowite zdobycze technologiczne ludzkości. Literatura fantastycznonaukowa prowadzi nas do światów przyszłości lub do alternatywnych rzeczywistości, w których wynalazki, odkrycia czy elektronika (ogólnie wszystko, co związane z rozwojem technologii) wpływają w jakiś sposób na jednostkę lub całą cywilizację. 


I trzeci – fantasy. Literatura fantasy to przede wszystkim magia, miecze i niesamowite zjawiska, które nie mają racji bytu w naszym świecie, np. smoki – tak, fantasy kocha smoki! Akcja tych utworów toczy się przeważnie w świcie, którego nie znamy i niestety nie będzie nam dane go poznać. To pełna niezwykłości, odrębna i spójna czasoprzestrzeń, która stanowi doskonałe tło dla działań bohaterów. Oni sami mogą być do nas podobni – często obok czarodzieja czy smoka staje przeciętny człowiek z krwi i kości – ale nie muszą, wtedy jest zabawniej.




Ciągnie mnie do tej fantastyki... Literatura fantastyczna pozwala mi się oderwać od tego, co widzę na co dzień. Pochłaniają mnie niezwykłe światy, które zaskakują na każdym kroku. Często mam wrażenie, że za kolejnym zakrętem, pod niemal każdym kamieniem i we wszystkich kroplach deszczu czeka na czytelnika coś, czego jeszcze nie zdołał odkryć. Znacie to? Takie przyjemne mrowienie, które zapowiada niezwykłą przygodę?


Symfonia Wieków. Historia, którą pokochałam


Może na początek o okolicznościach? Było to tak... Marzec i kwiecień. Matura za pasem, zakwitły już symboliczne kasztany... Całki, pochodne i rachunek prawdopodobieństwa spędzają sen z powiek. Słówka, wyjątki, zwroty wychodzą bokiem – byłam tak zeschizowana, że już nawet śniłam po angielsku! Szaleństwa wiosennych nocy: kawa, muzyka i tony notatek. Przedmaturalny amok.

Nieśmiały rzut okiem na kuszące okładki (autorstwa Louisa Royo – sprawdźcie jego prace, uwielbiam!), opis z tyłu, obce mapy nieznanych światów na pierwszych stronach. I pierwsze słowa – melodia, obietnica, zachęta. Zaginiona Wyspa oraz dziwne miasto: pierwszy wdech, krok, spojrzenie... i przepadłam.


Na cykl Symfonii Wieków autorstwa Elizabeth Haydon składa się aż 9 książek, z których niestety w Polsce (podłość to, podłość powiadam Wam) dostępnych jest pierwsze pięć tomów: Rapsodia, Proroctwo, Przeznaczenie, Requiem za słońce oraz Elegia na utraconą gwiazdę. Mnie udało się jeszcze przeczytać szóstą część, jednak po angielsku... To nie było tak orgastyczne doświadczenie, na jakie liczyłam.





Autorka zaprasza nas do niezwykłego świata, który powstał z połączenia pięciu elementów: wody, ognia, ziemi, wiatru oraz eteru. Te wciąż są obecne, można wyczuć ich pierwotne wibracje, a ci, którym się to udaje, są w stanie posiąść niezwykłe moce. Z elementami związane są przeróżne rasy – ludzie stąpający po tej ziemi, są niejako przyporządkowani do muzyki "żywiołów". I nie tylko ludzie!

Konstrukcja świata jest doskonale przemyślana i spójna, a bohaterowie, których poznajemy na kartach powieści, to istoty wyjątkowe, zróżnicowane i odrębne, choć łączy je jedno – zżerająca od środka samotność.




Główną bohaterką cyklu jest Rapsodia – Bajarka, która posiadła moc czytania wibracji i wykorzystywania ich na własny użytek, ale nie tylko. Kobieta jest piękna, utalentowana, słodka niczym miodek – dobra, uczynna i uczciwa (tego zresztą wymaga jej zawód, bowiem Bajarze nie mogą kłamać, gdyż stracą moc, a w tony wiatru wkradną się fałszywe nuty). Jeśli podejrzewacie, że to kolejna silna, poukładana lub całkiem ciapowata księżniczka – mylicie się. Rapsodia jest  prostytutką w stanie spoczynku, biegłą w sztuce miłości. Jej niesamowite zdolności – te muzyczne i łóżkowe – wpędzą dziewczynę w tarapaty. Bajarka zazna jednak na którymś z etapów podróży miłości, poza tym zaskoczy Was jej dziewictwo, motywacja, adopcje.  Myślę, że z taką bohaterką nie mieliście wcześniej do czynienia.




Kobieta to nie wszystko! Poznamy również Ahmeda – tajemniczego asasyna oraz Grunthora – rubasznego olbrzyma specjalizującego się w sztuce walki. Tych dwóch nadaje akcji rumieńców, a powodów jest kilka. Po pierwsze, jeśli istnieje dobro, po świecie musi panoszyć się również zło.  Ach, zło dostaniemy tu w czystej, niesamowicie mrocznej postaci, a ten dziwny duet oddaje się i polowaniu na przerażającego F'dora, i ucieczce przed jego mocą! Świat stoi na krawędzi zniszczenia. Ognisty demon pochłania kolejne dusze, niszcząc wszystko, co napotka na swojej drodze. Po drugie panowie wprowadzą potężną dawkę humoru – sytuacyjnego i czarnego – a przoduje tu wielkolud, który dowodził wojskami i nie do końca wyzbył się swych koszarowych nawyków. Wiecie, kiedy dwóch zabójców musi okiełznać kobietę pod ziemią, a ta prawie umiera, kiedy nie widzi nieba – musi się dziać. No i po trzecie, Achmed i Gruthor nie są przesłodzeni i do bólu prawi. Bohaterowie popełniają błędy, mają wady, czasem podejmują niezrozumiałe, bo sprzeczne z własną misją czy moralnością decyzje – a jednak wszystko: każdy ruch, słowo czy gest są częścią gry, której poddajemy się z przyjemnością.
Kiedy znajdziesz w życiu coś, w co będziesz wierzyć ponad wszystko, wytrwaj przy tym, bo nigdy więcej nie wróci. A jeśli będziesz wierzyć z całą mocą, ludzie prędzej czy później spojrzą na to twoimi oczami. Bo kto wie lepiej jak nie ty? Nie bój się trudnych wyborów. Znajdź coś jednego, co się liczy, a wszystko inne samo się ułoży.


W świecie Rapsodii nie ma miejsca na nudę. Przeniesiemy się w czasie i przestrzeni, staniemy oko w oko  z paskudztwem, by przekonać się, czy przyjaźń, miłość i odwaga mają jakiekolwiek znaczenie. Odkryjemy niesamowite miejsca, które pełne są magicznych zjawisk, artefaktów, mocy. W tym świecie można przepaść – wciąga jak cholera, wyznacza rytm bicia serca i zaskakuje! To spójna, pełna (prawie! ja chcę kolejne tomy!) historia, która nie pozwala o sobie zapomnieć. Najbardziej niesamowite w tej opowieści jest to, że ona – mimo upływu lat – wciąż we mnie żyje. Wracam do niej co jakiś czas, chociaż znam już te wydarzenia na pamięć, a jednak za każdym razem bawi mnie, smuci i zachwyca. 

Na koniec dodam, że cykl Symfonii Wieków nie jest krwawy, a sceny łóżkowe nie ociekają obrzydliwością. Autorka postawiła na inny sposób zainteresowania czytelnika swoim dziełem: dostaniecie tu rozbudowany świat połączony magicznymi elementami i porządne tło społeczne, nie obejdzie się też bez akcji i zaskoczenia, długo na miejscu nie usiedzicie – droga jest wpisana w życie każdego z bohaterów. Natkniecie się na smoki, śpiące węże, bolgów oraz tajemnicze i nieco obłąkane wyrocznie. Poznacie smak miłości, przyjaźni i gorzką nutę samotności. Odkryjecie niejeden sekret, usłyszycie wiele legend i będzie świadkami narodzin kolejnych. Symfonia Wieków to niezwykła pieśń niesiona przez wiatr, której warto się poddać.




Mam nadzieję, że Was przekonałam. Sama nabrałam olbrzymiej ochoty na powrót do tej historii, więc już wkrótce – mam nadzieję – spodziewajcie się już bardziej konkretnych recenzji powieści autorstwa Elizabeth Haydon.