czwartek, 20 lipca 2017

Rany na duszy: "Odzyskać utracone" K. Kołczewska


Tamto życie się skończyło, a to nie zaczęło.
Wszystko stało się nijakie, niewyraźne.





Tak, znowu Kobiety to czytają! na tapecie. Nie będę się już usprawiedliwiać, po prostu uzależnienie postępuje! Dziś recenzja książki Katarzyny Kołczewskiej. Odzyskać utracone to opowieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, dla której tło stanowi II wojna światowa. Dlaczego tło? Bowiem najważniejsze jest nie to, co na zewnątrz  chociaż oczywiście te zdarzenia miały ogromny wpływ na fabułę  ale relacja, która nie może się odrodzić po tym, co zaszło. Dziś będzie o miłości, która nie przemija, powalającym smutku i małym, choć wątłym światełku nadziei.



Dwa serca, dwa smutki


Matczyna miłość jest niesamowitym zjawiskiem. Tak, zjawiskiem, bo często trwa pomimo wszystko i popycha do działań, których człowiek o zdrowych zmysłach raczej by się nie podjął. Trwa nieprzerwanie, nawet w bólu. Żyjąc w spokojnych czasach, nie musimy zastanawiać się nad tym, do czego zdolne są matki, nie wiemy i nie chcemy wiedzieć, ile są w stanie poświęcić, by uratować swoje dzieci. 


Wojna niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze. Może nawet nie wojna, ale ludzie, którzy są przekonani o swojej wyższości, racji, posiadający środki i przyzwolenie. Wojna rozbija rodziny  nie tylko odbierając życie, ale również pozostawiając głębokie bruzdy w sercach tych, którzy pozostali.

Miranda wraca po zsyłce na Sybir do domu, którego już nie zna. Minęło 10 lat odkąd ostatni raz spojrzała w oczy matki. Nic nie jest takie, jakie pamięta: ojciec nie żyje, rodzinny dom został zrównany z ziemią, a po powrocie dowiaduje się, że ma małego braciszka, z którym najprawdopodobniej wkrótce będzie musiała się pożegnać, bowiem maluch jest bardzo chorowity i słabnie z dnia na dzień. Młoda kobieta nie potrafi pogodzić się z zastaną rzeczywistością, a wciąż mając w pamięci obraz ukochanego ojca  oficera Wojska Polskiego  nie może zrozumieć zachowania swojej matki, która go nie wspomina. Miranda jest wyniszczona nie tylko zewnętrznie  mróz i głód znacząco odcisnęły się na jej ciele  ale również wewnętrznie; to dziecko, które musiało walczyć o życie, patrzyć na śmierć swoich bliskich, najbliższych...

Maria przyjmuje pod dach córkę, którą już dawno opłakała; nie miała pojęcia, zabrakło nadziei, zatem przeszła już żałobę. Dziecko, które opłakiwała przez te wszystkie lata, jest teraz dorosłą kobietą  obcą, wrogo do niej nastawioną, wyniszczoną i zdziwaczałą. Wszelkie próby nawiązania kontaktu z Mirandą kończą się klęską, a na wierzch wciąż wypływa temat jej zmarłego męża, o którym nie chce pamiętać.

Maria podjęła w przeszłości decyzje, które  mimo najlepszych chęci  okazały się tragiczne w skutkach. Chciała chronić swoje dzieci, ale wojna odpowiednio wszystko zweryfikowała. Teraz staje przed koniecznością walki z przeszłością, o której nie chce pamiętać; dla niej wojna i wszystkie te zdarzenia to już dawno pogrzebana przeszłość, ale dla córki to zupełnie nowa sytuacja, w której musi się odnaleźć, obie muszą...

Trudne relacje są głównym motywem tej powieści. Mowa będzie o zgliszczach, które wojna pozostawiła na ciałach i w umysłach, ale to teraźniejszość i przyszłość będą zajmować nas najbardziej. Z uwagą prześledzimy wypadki z 1940 roku i z duszą na ramieniu oraz cichą nadzieją spojrzymy w rok 1950. Szybko zżyjemy się z bohaterkami, a kiedy poznamy "kulisy", dowiemy się, jak to wszystko wyglądało, z czym i matka, i córka musiały się zmierzyć...  Łatwo nie będzie.

Czy można odzyskać utracone?


To moje drugie spotkanie z twórczością Autorki. Pierwsza jej książka, z którą miałam do czynienia, dotykała zupełnie innej tematyki, zatem zdziwiłam się, kiedy okazało się, że Katarzyna Kołczewska proponuje teraz historię w takiej odsłonie... i to w takim wydaniu! Opowieść bardzo mi się podobała; choć liczy ponad 400 stron, została pochłonięta w jeden wieczór. Magia jakaś. Zresztą pewnych "magicznych" – chociaż prawdopodobnych  elementów doszukacie się w chłodzie Sybiru  tym w sercu Mirandy.

Kiedy myślę o tej powieści, od razu nasuwa mi się skojarzenie o życiu naznaczonym śmiercią. Tragedia jest wszechobecna, głęboko zakorzeniona w mentalności kobiet, choć każda przeżywa to, co zdarzyło się w czasie wojny na swój sposób. Mają podobne doświadczenia, jednak nie są świadome tego, jak wiele je łączy  widzą tylko to, co je dzieli. W tej niełatwej nowej rzeczywistości muszą odnaleźć wspólną drogę, co wydaje się ponad ich siły.

Odzyskać utracone to historia bolesna, ale taka, która daje nadzieję i udowadnia, że czasem wystarczy jeden mały gest i wspólna walka o miłość, życie, by nawiązać nić porozumienia  wątłą, bo wątłą, ale jednak. To niesamowite, jak groźba śmierci potrafi zmobilizować do życia...

Za tę subtelną, a jednak porażającą podróż dziękuję Wydawnictwu