czwartek, 10 sierpnia 2017

Czasem trzeba?: "Zamordować dziecko" V. Domagała




Historia nierozerwalnie związana jest z teraźniejszością, a przynajmniej ma właściwy sobie wpływ na to, gdzie teraz jesteśmy i co dzieje się z naszym życiem (...)


Zamordować dziecko autorstwa Violetty Domagały to książka, która zainteresowała mnie już jakiś czas temu, ale do tej pory przekładałam lekturę na bliżej niewyznaczone "potem". Od czasu, kiedy wpisałam tytuł na listę "kiedyś przeczytam" minęło kilka miesięcy. W tym okresie historia była już wałkowana na forum: autorka została wielokrotnie obrażona, a książka sprowadzona do miana gniota; wytykano błędy, bo skoro powieść historyczna, to winno być idealnie, a każdy detal musi odpowiadać epoce, każde słowo należy wyważyć, a przy tym zachować obiektywizm. Lub przeciwnie  autorkę wychwalano pod niebiosa, opowieść uznano za wielki hit, nie dowierzając przy tym, że jest to debiut. Skrajne opinie  przyznaję  mocno mnie zaintrygowały. Do Zamordowanego dziecka podeszłam jednak jak zawsze  z otwartym serduchem poszukując emocji. Nie sprawdzałam każdej z informacji  w źródłach historycznych, bo szczerze mówiąc, do szczęścia mi to niepotrzebne. Autorka zaznacza, że nie jest to opracowanie naukowe, ale powieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, i ta wzmianka w zupełności mi wystarczyła. Mogłabym polemizować z niektórymi fragmentami, ale po prostu szkoda mi czasu na rozwodzenie się nad tym wszystkim  lepiej poczytać!  zatem wybaczcie, że nie wezmę udziału w tych słownych przepychankach, nie opowiem się po żadnej ze stron, nie będę autorki gloryfikować czy mieszać z błotem, bo nie o nią tu chodzi, a o książkę, po prostu.

Czasem trzeba?


Temat podjęty przez z autorkę jest trudny, bo i okres, w który się (początkowo) przeniesiemy, można śmiało nazwać sytuacją nienaturalną, która czasem wymusza podejmowanie działań rozumianych jako nieludzkie... Czy zamordowanie nowo narodzonego dziecka można uznać za zasadne i doszukiwać się w nim znamion człowieczeństwa? Czasem tak trzeba? Nie będę nawet próbowała odpowiedzieć na to pytanie, bo... bo nie? Na niektóre po prostu nie ma właściwych odpowiedzi.  

Mając dziecko w Auschwitz, wyjście z tego gówna jest tylko jedno i najbardziej pewne – przez komin.
 


Podróż zaczynamy od krótkich odwiedzin w obozie, gdzie młoda Żydówka właśnie powiła dziecko, a jej wykształcona koleżanka pielęgniarka, chcąc zaoszczędzić maleństwu cierpień, proponuje matce, że zamordowanie jej córeczkę. I... tu wchodzimy w zupełnie inną, choć poniekąd związaną z tym czynem opowieść. Pielęgniarka opowiada o Elżuni z Turwii, przenosząc czytelnika do 1555 roku.  


Życie nas otaczające w jednej chwili potrafi odmieni ludzki los i drastycznie zweryfikować ustalane latami priorytety.



Co tam znajdziemy? Młoda dziewczyna żyje z siostrami, ukochaną matką i ojcem-sadystą pod jednym dachem. Nie godzi się na nieludzkie wręcz traktowanie, a tama gniewu puszcza, kiedy mężczyzna znacząco przyczynia się do rodzinnej tragedii. Przyjrzymy się losom kobiet, które rodzą w męczarniach (z pomocą "babek"), odwiedzimy salę sądową, z uwagą prześledzimy proces  łatwo, miło i przyjemnie nie będzie. Opowieść jest mocna, brutalna i bezpardonowa. Niesprawiedliwość, wymierzanie sprawiedliwości, problemy natury moralnej  trudne sprawy, wstrząsające opisy i niedowierzanie... Niezłe nagromadzenie, prawda?

Kiedy już powrócimy z połowy XVI wieku do obozu, możemy uznać, że te dwie historie są z sobą związane, choć szczerze przyznaję, że w trakcie zgłębiania losów Elżbiety, odsunęłam od siebie wydarzenia rozgrywające się początkowo w Auschwitz. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się tu historia dziewczyny z szesnastowiecznej Turwii, co mnie mocno zaskoczyło, bo spodziewałam się czegoś innego. Stwierdzam jednak, że losy Elżuni okazały się ciekawsze...

To nie koniec. Autorka postanowiła dołożyć do opowieści epilog, w którym to znów przeniesiemy się w czasie, by tym razem  spojrzeć  pobieżnie  na sytuację pod koniec XX wieku. Ten fragment nie przypadł mi do gustu, ale można uznać, że łączy się z poprzedzającą go treścią.

Nie jest łatwo, ale...


Zamordować dziecko to opowieść, której nie sposób pochłonąć w ciągu kilku chwil. Początkowo miałam ogromne problemy z "wbiciem się" w obozowy klimat, czego wcale nie ułatwiły mi dialogi (czy może raczej monologi) wygłaszane przez bohaterki. Dłużyło się, bardzo. 

Zaraz potem przeniosłam się na wieś, w inne czasy, i tu znów musiałam oswoić się z klimatem, co jednak poszło znacznie sprawniej. Kwiecisty, opisowy styl okazał się w tej części strzałem w dziesiątkę  zrobiło się nastrojowo, klimatycznie; trochę swojsko, ciut opornie, bezpośrednio, ale i magicznie za sprawą bujnych opisów przyrody, miejsc czy emocji. Opowieść o Elżbiecie przeczytałam z zaciekawieniem, niepewnością... Początkowo brakowało tu dynamizmu, ale z czasem akcja nabrała tempa.

Historia jest wstrząsająca. Trafia w czułe punkty, zmusza do postawienia się w roli tych matek. Nie chcemy tego, bo to niewygodne i przykre, ale wciąż powracają do nas obrazy maleńkich istot, które przyszły na świat w takich, nie innych okolicznościach. Kiedy myślę o tej powieści, mam przed oczami ciemne piwnice  mroczne i nieprzyjemne, pełne brudu, szczurów i starych szmat. Między ścianami jednych rodzi się krzyk jeszcze żywego człowieka; w czeluściach innych coś się kończy, a coś zaczyna.

Pomijając treść, porządnie zniesmaczyła mnie jedna sprawa: w książce nie znalazła się informacja, kto jest autorem wykorzystanego na okładce obrazu. To nieeleganckie. To nie powinno mieć miejsca.

Nie jest to historia, do której chciałabym wrócić i roztrząsać każdy z elementów z osobna  myślę, że jednorazowa dawka takich wrażeń wystarczy. Szukałam w tej opowieści emocji i te znalazłam bez żadnego problemu. Zamordować dziecko to wstrząsająca opowieść, o której nie sposób zapomnieć. Plastyczne opisy, m.in. tortur, i towarzyszące im emocje na długo odznaczają się w naszym umyśle. Dotknie matki, ale też kobiety bezdzietne, które ze zgrozą przyjmą wszystkie te rewelacje.

Powiedzieć, że książka mi się podobała  nie wypada, bowiem nie przystoi (przy omawianiu tak mocnych treści) użyć tych słów. Powiem jednak, że zrobiła na mnie wrażenie i  pomijając początkowe trudny  czyta się bardzo dobrze, choć wiadomo  nie każdemu kwiecisty styl czy krwawe, brutalne opisy przypadną do gustu. Nie każdy też zainteresuje się wywodami na temat wiary (mnie to kompletnie nie ruszyło) i nie wszyscy odnajdą w niej to, czego szukają. Zamordować dziecko to książka, o której można wiele powiedzieć  dobrego i niekoniecznie pochlebnego  więc najlepiej przekonać się na  własnej skórze, ustalając wcześniej "przedmiot" swoich poszukiwań.