środa, 23 sierpnia 2017

Miało być tak pięknie: "Dziecko wspomnień"




Niewiedza bywa błogosławieństwem.Najbliżsi często ignorują objawy, zrzucają winę na coś innego. (...) Tak jest łatwiej albo przynajmniej to sobie wmawiamy. Czas wszystko uleczy. Byle nie wybiegać myślą zbytnio naprzód (...)



Dziecko wspomnień przekładałam z miejsca na miejsce mniej więcej od początku roku. Wiąż miałam w pamięci polecania, gdzieś tam w tyle głowy czułam, że powinnam się w końcu zabrać za lekturę tej książki. Steena Holmes jest mi kompletnie nieznaną autorką, którą jednak kojarzę, bo jej inna książka również czeka na "ten moment" i swoje pięć minut.... Teraz nie wiem już, czy chcę kontynuować swoją czytelniczą znajomość z pisarką. Dlaczego? Już śpieszę z odpowiedzią: Dziecko wspomnień mogło być świetną historią, ale okazało się papierową opowieścią, która mnie nawet nie zaskoczyła...


Daj sobie czas


Kiedy kobieta spodziewa się dziecka, a potem wydaje na świat nowe życie, nic nie jest takie, jakim było wcześniej. Rozkład dnia, praca, cele i marzenia ulegają lekkiej bądź kompletnej modyfikacji. Wiele młodych matek nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji, którą cechuje totalna nieprzewidywalność. Wiele też nie ma na to ochoty, a ciepłe uczucia pojawiają się w nich, dopiero, kiedy utulą w ramionach swoją latorośl – lub nie, różnie to bywa. Każda przyszła mama dostaje w gratisie potężną dawkę hormonów, a te potrafią nieźle namieszać w głowie – poukładane bizneswoman zmieniają w ciepłe kluchy, szarym myszkom dodają odwagi – szczególnie trudne wydaje się opanowanie sytuacji, a kiedy dochodzi do tego strach (przed nieznanym, niewyjaśniony lub mający konkretne podłoże w rodzinnej przeszłości), wizja urodzenia i wychowania maleństwa staje się zapowiedzią katastrofy.



Diana ma dobrą pracę, sukcesywnie pnie się po szczebelkach kariery. Brian też wspaniale sobie radzi – zbiera pochwały, jest rozchwytywany – człowiek nie do zastąpienia. Małżeństwo z dwunastoletnim stażem dało sobie czas na to, by poukładać życie zawodowe, zyskać konkretną stabilność finansową i potem – kiedy już poczują, że to odpowiedni moment – sprowadzić na świat swego potomka. Okazuje się jednak, że czas nigdy nie jest odpowiedni, bo zawsze znajdą się powody, by jeszcze się wstrzymać, by może w ogóle odpuścić. Diana jest przerażona tym, co ją czeka; wspomnienie rodzinnej tragedii nie pozwala jej w pełni cieszyć się swoim odmiennym stanem – początkowo odsuwa od siebie ten fakt, bagatelizuje go, rozważa nawet pozbycie się problemu. Kobieta daje sobie czas na oswojenie z przyszłością  i  co nieco jej z tego wychodzi.

Pierwsze spojrzenie na córeczkę kompletnie zmieniło podejście Diany do tematu macierzyństwa. Kobieta nie wyobraża sobie życia bez maleństwa, zawsze stara się mieć małą Grace w zasięgu wzroku. Wychowuje dziecko sama, ponieważ Brian jeszcze nie wrócił z "delegacji", a to "jeszcze" trwa już dłuższą chwilę... I naprawdę wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że Diana zaczyna zauważać dziwne zachowanie swoich bliskich – łapiąc ukradkowe spojrzenia siostry, składając w całość strzępy podsłuchanych informacji, nie ma pojęcia, o co właściwie chodzi...

Oczywiście nie jest to opowieść o zmaganiach przeciętnej matki z pospolitym dzieckiem, bo chodzi o coś więcej, Niemniej to "więcej" tyłka nie urywa, bo choć pomysł spodobał mi się ogromnie – ta opowieść ma (lub raczej miała) niesamowity potencjał, to wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.


Papierowe emocje


Sięgając po Dziecko wspomnień, liczyłam na zderzenie z potężną falą emocji. Nic takie jednak nie miało miejsca. Podejrzewałam, że będę przeżywać każdą chwilę, a w gruncie rzeczy przeleciałam przez tę opowieść bez żadnego zająknięcia, niespodziewanego szlochu. Nie spodziewałam się, że tak dobry materiał można podać w tak beznamiętny sposób. A naprawdę ruszają mnie takie opowieści i prawie zawsze – przy starciu z tekstem, który traktuje o trudnych sprawach – targają mną konkretne emocje, nieważne czy wywołują złość, smutek albo litość. Coś się jednak w środku dziać musi, bo takie czytanie bez odbicia mija się z celem...

Całość była ciekawa i chyba tylko to trzymało mnie przy lekturze: najpierw zainteresowało mnie to, co niewyjaśnione, więc zastanawiałam się, w którą stronę ruszy akcja; potem byłam ciekawa, czy ta opowieść zakończy się tak, jak podejrzewam, czy może mnie jednak czymś jeszcze zaskoczy. Nie zaskoczyła, a elementy układanki dość szybko włożyłam na właściwe miejsca. To jednak nie jest tak istotne jak fakt, że dawno nie czytałam tak potencjalnie dobrej historii, która nie zrobiłaby na mnie żadnego wrażenia... I tu znów pojawiło się pytanie: gdzie się podziały emocje?!

W tekście znalazło się kilka błędów (w tym jeden dość potężny, bo wydaje mi się, że matka raczej wie, czy urodziła miesiąc wcześniej, czy może kilka miesięcy – nawet taka matka jak Diana). Wracając jednak do sposobu podania, trzeba przyznać, że czyta się to lekko, choć niektóre zdania są tak fatalnie skonstruowane, że trzeba podejść do nich dwukrotnie, by zrozumieć, co autorka miała na myśli. 

Wspaniałym zabiegiem było natomiast wprowadzenie podwójnej narracji, a już rozłożenie jej na teraźniejsze wydarzenia i wspomnienie przeszłości – świetne posunięcie. Diana opowie nam wprost, co się z nią dzieje, przytoczy rozmowy z najbliższymi, zaprezentuje nam swoją córeczkę, kładąc nacisk na miłość, jaką ją darzy i wciąż powtarzając, że bynajmniej się o takowe zachowanie nie podejrzewała. Dwutorowość tej opowieści uzupełni narrator wszechwiedzący, który wplata w to wszystko Briana. Mężczyzna sam wprawdzie mógłby mówić o swych uczuciach, ale takie ujęcie tematu wydaje mi się trafione – jest ciekawiej. Wrócimy do początków ciąży, spojrzymy na wszystko oczami młodego, zakochana do szaleństwa ojca, który staje przed nie lada wyzwaniem. Historie spotykają się w pewnym punkcie, a raczej wyjaśnienie zdarzeń z przeszłości, pozwala nam spojrzeć w przyszłość i zrozumieć w pełni teraźniejszość. Lubię takie kombinacje, ponieważ wprowadzają pewną obietnicę wyjawienia sekretu.

Nie wiem, co mam Wam teraz napisać... Nie wiem, czy kompletnie odradzać, skoro książka zdobyła tak wiele pozytywnych opinii, a może polecić, byście koniecznie przeczytali, bo może to ja mam zbyt wysokie oczekiwania względem tego rodzaju literatury? Podejdę zatem do tematu bezpiecznie i po prostu zaproponuję, żebyście przekonali się o tym osobiście. Książka nie jest kompletną klapą, czyta się ją szybko, dotyka ciekawej tematyki, więc wiecie – ma zadatki do bycia dobrą. Mnie jednak zabrakło tu emocji i to tak bardzo ich potrzebowałam, że wprost nie mogłam uwierzyć, że było tak bezpłciowo... Można pominąć konstrukcję zdań, nie zwracać uwagi na przeplataną narrację (jeśli takiej nie lubicie), ale takie książki muszą trafiać, miażdżyć i wprowadzać zamęt w życie czytelnika; Dziecko wspomnień, moim zdaniem, tego nie robi. Jestem po prostu rozczarowana.