czwartek, 24 sierpnia 2017

Szukając winnego: "Miasto z lodu" M. Warda




Życie to nie tylko tragedia, ale właśnie te wszystkie małe rzeczy, które do niej prowadzą.




Miasto z lodu to kolejna z opowieści, które znajdziecie w serii Kobiety to czytają! To moje pierwsze spotkanie z twórczością Małgorzaty Wardy, ale już dziś wiem, że na pewno nie ostatnie! Autorka ujęła mnie przede wszystkim faktem, że nie boi się trudnej tematyki, gra na emocjach i pozostawia czytelnika z historią, do której ten musi się jakoś ustosunkować. Zresztą na końcu książki (co szczególne dla tej serii) znajdują się pytania do dyskusji, które warto sobie po lekturze przyswoić i spróbować na odpowiedzieć. Łatwo nie będzie! Chyba właśnie za to cenię całą serią – każda lektura zmusza do refleksji, oceny i poszukania odpowiedzi – w sobie. 

Tutaj ludzie...


Jak to jest, gdy chce się zacząć wszystko od nowa? Wyobrażaliście sobie kiedyś, że porzucacie wszystko, bierzecie najpotrzebniejsze rzeczy, zostawiacie za sobą przeszłość, by wyruszyć w drogę i osiąść gdzieś na stałe; by spróbować żyć naprawdę? Nigdy nie wiecie, gdzie traficie, co Was czeka i kogo spotkacie na swojej drodze, ale macie nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży, a kiedy dacie z siebie wszystko, będzie naprawdę dobrze – wszystko może się udać! 




Teresa pragnie zacząć nowe życie. Po wielu latach, kiedy już mniej więcej uporała się ze swoimi problemami (no, może raczej mając nadzieję, że pomimo wszystko ze wszystkim sobie poradzi), postanawia odbudować relację z trzynastoletnią córką. Zabiera małą od swojej matki i wyrusza na drugi koniec Polski, by w końcu dać dziecku rodzica, jakiego ta potrzebuje, by zyskać odrobinę miejsca w sercu dziewczynki i... udowodnić całemu światu, że potrafi zająć się własnym dzieckiem.

Tutaj ludzie trzymają się razem, stoją ramię przy ramieniu, tworząc ścisły mur, i nie wpuszczają odmieńców.

Zatrzymują się w małym miasteczku – to jedno z tych miejsc, gdzie wszyscy się znają, każdy jest doskonale poinformowany i trudno "wbić się" w zamknięty krąg wzajemnej adoracji. Teresa jednak próbuje. Wynajmuje dom, szybko znajduje pracę, Agatkę zapisuje do szkoły. Stara się, jak tylko może, by jakoś poukładać życie swoje i nastoletniej córki. 

Może nie jest to motyw kompletnie nieznany, bo zapewne gdzieś już trafiliście na podobną historię, ale... to nie wszystko. Teresa jest wyjątkowo piękną kobietą, która wykorzystuje swoją urodę. Piękna powłoka jednak wcale nie ułatwia jej życia – tak, mężczyźni jej pożądają, ale kobiety... to już inna para kaloszy. Poza tym kobieta jest chora, bardzo chora, a o jej problemach wie jedynie nastolatka, która każdego dnia (niemalże każdego dnia) patrzy na to, co dzieje się z jej matką. Czy dziecko jest w stanie unieść taki ciężar? A czy matka, która ma ze sobą problemy, może zapewnić dziecku bezpieczeństwo, dać miłość, zapewnić godne życie?

Wszystko zdaje się być na najlepszej drodze; ich mały, ale wspólny światek powoli wyłania się z gąszczu niepowodzeń, uprzedzeń i niepewności. Kobieta się stara, córka pomaga, ale wierzcie mi, że nie jest to piękna opowieść o tym, jak samotna matka toruje sobie drogę do szczęścia, przeskakując kolejne potężne kłody rzucane jej przez los (i ludzi) pod nogi. Nie, ta opowieść to coś więcej. Historia zaczyna się z chwilą, gdy turystka znajduje w górach ledwo żywą Agatę. Dziewczyna nie ma butów, jej stopy są w opłakanym stanie; ma liczne obrażenia, udar; leży w śpiączce, a przy życiu (po przewiezieniu do szpitala) utrzymuje ją respirator. Czy matka dopuściła się zaniedbania? Co dziewczynka robiła sama w górach? 


Kiedy umiera dziecko...



Małgorzata Warda podsuwa nam mnóstwo takich pytań, które wciąż nurtują, zmuszają do "przemaglowania" sytuacji, spojrzenia na tę sprawę z każdej możliwej strony... Historia nie należy do lekkich, a i nie znajdziecie tu konkretnej odpowiedzi: zaniedbała, nie zaniedbała? Z pewnością każdy będzie ważył ten problem, obracał go, smakował, odnosił do swojej sytuacji i swego sumienia, ale powiem Wam, że to niełatwe. Autora nas testuje, sprawdza, podsuwa – krok po kroku – kolejne rewelacje, zdradza pomalutku sekrety i w końcu już nie wiem, czy oceniać – przecież nie mamy pojęcia, jak to jest – potępiać, a może współczuć? Na kogo powinniśmy zrzucić odpowiedzialność i czy w ogóle powinniśmy, bo wiele razy może się okazać, że my – będąc częścią społeczeństwa, większej grupy – również w jakimś stopniu odpowiadamy za takie takie tragedie?

Kiedy umiera dziecko, wszystkie pytania wydają się absurdalne, a odpowiedzi jeszcze głupsze.

Wokół czego będziemy krążyć? Na pewno na pierwszy plan wysuwa się tu fakt, że znaleziono w górach prawie martwe dziecko, które zdecydowanie nie powinno samo snuć się po szlaku. Z pewnością przyjrzymy się bliżej chorobie Teresy, wielokrotnie spojrzymy w przeszłość, odkrywając i "demaskując" ją z każdą chwilą. To i tak na nic, bo spojrzymy na matkę oddaną dziecku, na jej ból. Wszystko jeszcze skonfrontujemy z sytuacją, w której się obie (z córą) znalazły. Pomyślimy nad potrzebą bliskości, zastanowimy się nad tym, czy warto próbować od nowa i tak wciąż, każdego dnia. Za jaką cenę? A może kiedyś trzeba odpuścić? No i decyzje! Ile można zrobić, na ile sobie pozwolić, by nie skrzywdzić, kiedy chce się pomóc.

Jedna sprawa nie daje mi spokoju... Moim zdaniem książka traci na atrakcyjności za sprawą zaproponowanej przez autorkę narracji. Całą historię poznajemy dzięki Agacie, która – co wiemy już na początku – leży w śpiączce. Dziewczynka snuje opowieść o życiu z matką (w tych zdarzeniach uczestniczyła), wspomina o przeszłości Teresy (którą mogła poznać), ale mówi też o teraźniejszości, do której nijak nie powinna mieć dojścia, leżąc w szpitalu. Narratorka świadomie maluje przed nami obraz Aleksandra (dziennikarza), którego nigdy nie poznała, wchodzi w umysł chorej matki, do którego nie ma dostępu. Niestety ten zabieg nie przypadł mi do gustu i sprawił, że poczułam się oszukiwana, bo skąd? Sama narracja ocieka emocją i to jest zdecydowanie dobre posunięcie, bo historia trafia mocno w serducho, gdy uświadamiamy sobie, że przemawia do nas trzynastolatka, ale coś tu zgrzyta...

Miasto z lodu jest naprawdę dobrą powieścią, która nie pozostawia czytelnika z poczuciem wyższości (nie będzie tu: o, wiem, tak, to musi być to!), ale z takim niejasnym niepokojem, strachem i przeświadczeniem, że to mogło się zdarzyć obok, mogło przytrafić się nam, bo na niektóre sprawy po prostu nie mamy wpływu, bo czasem los potrafi zaśmiać się człowiekowi szyderczo w twarz i pozbawić go złudzeń lub – co chyba gorsze – karmić go tymi złudzeniami. Aj, nie będę się nad tą opowieścią rozwodzić, ale gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po tę książkę. Może tytuł zyska dla Was nieco szersze znaczenie? Może będziecie potrafili ocenić? Warto przeczytać. Świetna, bardzo emocjonalna i niezwykle subtelna opowieść, która pozostaje w pamięci i zmusza do zastanowienia się, gdzie leżą granice: dobrego smaku, ludzkiej wytrzymałości, moralności, wolności wyboru i samotności. Polecam.

Przejrzałam pozostałe książki autorki i wiem, że jeszcze wiele razy będę poszukiwać wśród kart powieści Wardy tego czegoś, co dostałam tutaj – zawsze warto przyjąć taki emocjonalny poczęstunek.