niedziela, 27 sierpnia 2017

To oburzające!: "Matka mojej córki" M. Majcher


Czasem miłość okazuje się niewystarczającym fundamentem, żeby zbudować coś trwałego. 




Moje drugie spotkanie z prozą Magdaleny Majcher uważam za niezwykle satysfakcjonujące. Matka mojej córki to opowieść, która wywołała we mnie ogrom przeróżnych emocji – od radości przez smutek po złość. Dawno już nie miałam takiej huśtawki emocjonalnej podczas czytania jakiejś książki... Majcher porusza przy tym tematy niełatwe, a przedstawia je w sposób tak dosadny, że trudno przejść obok ludzkich tragedii obojętnie. Nie da się, tak jak nie można pominąć tej historii milczeniem.

Niemoralna propozycja?


Mamy zaufanie do tych, którzy są nam najbliżsi. Wierzymy, że rodzice chcą naszego dobra, więc często pokładamy naszą przyszłość w ich ręce. Z czasem uczymy się sami decydować o sobie i brać odpowiedzialność za nasze wybory. Z czasem, bo całe dzieciństwo i nastoletniość uzależniamy od tego "co mama i tata pomyślą". Każdy z nas podjął w przeszłości jakąś kiepską decyzję, a wiele z nich ma wpływ na nasze dorosłe życie. Popełniamy błędy, wpadamy w tarapaty, z których często nie potrafimy znaleźć odpowiedniego wyjścia. Wtedy na pomoc przybywają nam najbliżsi, którym ufamy. Wiemy, że oni chcą dla nas dobrze i zrobią wiele, by wybawić nas z kłopotu.



Nina na co dzień radzi sobie doskonale – stabilność finansowa nie jest jej obca – to kobieta samowystarczalna, która sama do wszystkiego doszła. Własny apartament we Wrocławiu, stabilne zatrudnienie i czas dla siebie brzmią może i wspaniale, a jednak Nina nie jest szczęśliwa. Kobieta każdego dnia rozdrapuje dawne rany - przeszłość, którą już dawno starała się pogrzebać w czeluściach pamięci, wciąż do niej powraca. Czy można zapomnieć o pierwszej miłości? Pewnie i można, ale problem okazuje się o wiele bardziej skomplikowany, bowiem to pierwsze, gorące, niesamowite uczucie zaowocowało – Nina w wieku szesnastu lat urodziła córeczkę. Dziecka nie ma przy niej, co się stało?


Czasem najrozsądniej jest pozostawić sprawy własnemu biegowi i czekać, co przyniesie czas.


Zaraz obok codziennego dramatu młodej kobiety, rodzą się kolejne. Nina zmuszona jest podjąć decyzje, które zaważą na całym jej (i nie tylko) życiu. Kompletna destabilizacja, konieczność zmierzenia się z przeszłością i próba odnalezienia się w zaistniałej sytuacji przepełnione są bólem, smutkiem, a zrobienie kolejnego małego kroku wymaga nie lada odwagi. Życie zbudowane na kłamstwie rozpada się bez ostrzeżenia i chociaż pierwotny plan brzmiał całkiem nieźle, bo logicznie, okazuje się, że skutki podjętej kiedyś decyzji odczuje po latach jeszcze dotkliwiej, niż sądziła.

Bulgotanie!


Powiem Wam, że wszystko się we mnie trzęsło, kiedy czytałam tę opowieść, i choć bardzo starałam się nie oceniać i zapanować nad swoimi emocjami – nie wyszło. Dawno już nie czułam tak ogromnej niechęci do bohatera literackiego! Zaskoczę Was, ale to ogromna zaleta tej historii – wyzwala w nas uczucia, których na co dzień chyba byśmy się trochę wstydzili, rozważamy, odnosimy do swojego sumienia. Poznając kolejne sekrety rodziny, przeklinamy w myślach dzień, kiedy to wszystko się zaczęło. Czasem aż trudno uwierzyć, że człowiek – matka! – byłby zdolny zachować się tak w stosunku do swojego dziecka... Zastanawiamy się nad moralnością, wyznaczamy granice, których nie powinno się przekraczać i mocno wierzymy w to, że "my byśmy nigdy", że "to nie tak". Złorzeczyłam zatem z zapałem matce, by jednak chwilę później – w nagłym przypływie opamiętania – usprawiedliwiać jej działanie. Może miała prawo, może nie powinnam tak się złościć, bo nigdy nie byłam w podobnej sytuacji? Kiedy już oswoiłam się z jedną rewelacją, dostawałam kolejny soczysty kąsek, którego przełknięcie znów zajęło mi dłuższą chwilę. I tak upłynęła mi lektura tej książkiemocje nie odpuszczały, we mnie się gotowało, a przy tym starałam się zrozumieć. Takie wstrząsy to ja rozumiem!

Tytuł wiele mi zdradził już, więc w gruncie rzeczy pewne zdarzenia, które wypłynęły, nie zaskoczyły mnie wcale. Ale! Wiecie, podejrzenia to jedno, a sposób prezentacji i ciągłe odwlekanie w czasie pewnych momentów – to już zupełnie co innego. Autorce udało się utrzymać moją uwagę od samego początku aż po koniec tej opowieści i nawet dłużej, ponieważ wciąż na myśl o Małgorzacie, Jacku, Ninie i Idze wszystko we mnie bulgocze. 

Magdalena Majcher poruszając niezwykle trudną tematykę, robi to w sposób lekki – połączenie ciężkiej treści z lekkością tekstu (w tym dialogów) pozwala nam na błyskawiczne wejście w opowieść. Nie ma tu tarcia, brak zbędnych ozdobników – jest prawdziwie i bardzo emocjonalnie. Nie ma mowy o powierzchowności! Autorka rysuje wyrazistą kreską swoich bohaterów, a każdy z nich jest na swój sposób pociągający i – co ważne – żadnego z nich nie potrafimy ocenić jednoznacznie. Taki brak papierowych, płaskich sylwetek sprawia, że wierzymy w opowieść. To mogło się wydarzyć tuż obok – choć opowieść jest niezwykle popaprana i mało prawdopodobna – ten konkret zmusza nas do myślenia.

Czego możecie oczekiwać? Przeszłość brutalnie wdziera się w teraźniejszość. Wkradniemy się we wspomnienia Niny, ale też zderzymy się z tu i teraz. Autorka ugryzła tematykę znaną i oklepaną z nieco innej strony – dostaniemy porządną opowieść o rodzicielstwie. Niełatwym. Niepewnym. Bolesnym. Może oszukanym, a może właśnie takim w pełni krwistym i konkretnym. Ocenicie sami. Emocje gwarantowane.