wtorek, 19 września 2017

Czy warto mieć "Wybór"? S. King




Ten koszmar jest do tego stopnia nieludzki, że wszystko wydaje się możliwe. Zaprzecza logice, po prostu nie da się tu zastosować zwyczajowych norm obowiązujących w normalnym świecie.




Wybór autorstwa Samanthy King skusił mnie przede wszystkim intrygującym opisem wydawcy. Pomyślałam sobie, że to będzie TO – strzał w dziesiątkę, emocje na full, smutek, żal i do tego – bezsprzecznie oczekiwałam tego elementu – zawiła i skomplikowana intryga. Męczyłam tę książkę, bo nadal walczę ze sobą, by porzucać te historie, które nie wciągają mnie na tyle, by poświęcać im dłuższą chwilę. Często – wciąż, ale pracuję nad tym – przegrywam. Takie "doczytywanie" ma jednak pozytywny wymiar, bowiem mogę ocenić opowieść, bez zastanawia się, czy warto, choćby dla samego zakończenia, czy jednak gra nie jest warta świeczki.

Wybierz jedno, suko!


Wiele się mówi na temat macierzyńskiej miłości, którą trzeba – lub przynajmniej powinno się – dawkować po równo, na każde dziecko przeznaczając jej tyle samo. Nie wiem, czy można w ogóle mówić o dzieleniu miłości na dwoje – mam jedno dziecko, więc ten problem mnie nie dotyczy – na pewno można jednak wspomnieć o dzieleniu uwagi i faworyzowaniu jednego z dzieci. Czy dziecko, któremu się nieco odpuszcza jest bardziej kochane od tego, które wciąż poddawane jest naciskom?




Nasza bohaterka ma dwoje dzieci – standard. Nie ma również niczego niezwykłego w tym, że to bliźniaki dwujajowe – ona jest rezolutna, żywa i pyskata, a on to taka cicha myszka – niczym się nie wyróżnia, jest delikatny i taki "och, to no muszę tego aniołeczka przytulić". Czy można wybrać - spośród swoich latorośli – bez względu na to, jakie mają cechy charakteru – to dziecko, które powinno zginąć? Czy pewne matczyne odczucia mogą dyktować, które z dzieci "zasługuje" na śmierć bardziej? 

Wybór, przed którym została postawiona Madeleine nie należy do łatwych, chociaż to za słabe słowa – zmuszenie matki do wskazania dziecka, które ma dostać kulkę w łeb, jest po prostu absurdalne! Nie dziwota, że kobicie nieco pomieszało się w głowie po tym, co musiała przejść – która matka nie oszalałby z żalu, wyrzutów sumienia czy rozdzierającego bólu? Dołóżmy do tego mutyzm selektywny, żeby nie było za mało dramatycznie.

Poza frapującym wyborem dostajemy tu sylwetkę kobiety złamanej, która w dodatku niewiele pamięta z tamtego dnia. Madeleine ma przebłyski, próbuje połączyć migawki w jakiś konkretny, spójny obraz, ale nie potrafi! Jej umysł wciąż trawi smutek, a wyjścia z zaistniałej sytuacji brak – przynajmniej na początku.

Słaba, niestety


Chociaż zapowiadało się na niewątpliwie fascynującą przygodę czytelniczą, w ogólnym rozrachunku nie mogę stwierdzić, że było warto poświęcić tej historii dłuższą chwilę. To opowieść niewątpliwie pokręcona, która intryguje już samym pomysłem – przyznacie, że to wybór niełatwy, wręcz niemożliwy – a jednak coś tu nie zagrało. Nie chodziło o emocje – te towarzyszą nam już na początku, a główna bohaterka tak często mówi o swoich o swoich uczuciach, że na brak narzekać nie można – co najwyżej na przesyt powtarzalności treści; wciąż to samo, ciągle wokół jednego i tak do końca, kiedy już zmienia się nam sposób postrzegania tego całego zajścia. Madeleine przez cały czas zalewa nas swoimi wyrzutami sumienia, nie odpuszcza, a czasem wręcz nachalnie wciska nam je w najmniej odpowiednim momencie. Czy można się temu dziwić? Pewnie nie, bo przecież dokonanie takiego wyboru – taka wysoko zaawansowana trauma – to musi być coś, czego nie sposób przetrawić. Zatem będziemy trawić te emocjonalne wybiegi do przeszłości (i nie tylko) wielokrotnie i dogłębnie.

Historia nie zaskakuje tak, jak można by tego po niej oczekiwać. Nie jest jednak tak, że nic się tu nie dzieje, a czytelnik snuje się po korytarzach rodzicielskiego zawodzenia bez końca – czasem złapiemy oddech, na chwilkę. 

Bardzo szybko dodajemy dwa do dwóch i odkrywamy prawdę; tylko gdzieś w środku pojawia się znacząca zmiana, która ma wpływ na dalszy przebieg historii. Potem mamy już tylko ciągi powtórzeń i powolne zmierzanie do średnio fascynującego zakończenia.

Książka jest przesadzona – tak nafaszerowana powtarzalnymi myślami, że po lekturze zostaje nam w głowie właściwie to, co przeżywała główna bohaterka – to denerwuje i smuci, bo zapowiadało się naprawdę fantastycznie. Na dalszy plan schodzą wydarzenia, które nie są dla nas szczególnie angażujące, poza tym znów wszystko zakryte jest roztrząsaniem swoich emocji. To męczy; myślę, że ta wtórność jest tu naprawdę zbędna – sam fakt postawienia matki przed takim wyborem, jest już dla nas wystarczająco wstrząsający i nie do przyjęcia – po co zatem na każdym kroku miętosić ten temat, kiedy to miętoszenie w ogóle nie ma znaczenia dla akcji, niczego nie wnosi... Przecież wiemy, że cierpi... Wydaje mi się, że można tu było spokojnie pozostawić czytelnikowi odrobinę przestrzeni na przemyślenie. A tego zabrakło.

Wybór na początku wciąga owszem, bo to szalenie dobry pomysł – zahacza o moralność, o miłość, macierzyństwo, poczucie winy i poplątanie zmysłów – to mogło się udać, ale... zostało banalnie przegadane. 

Mnie się nie podobało.