niedziela, 22 października 2017

Nie wykręca na drugą stronę: "World War Z." M. Brooks



Każdy musi samodzielnie podejmować własne decyzje i potem żyć do końca swoich dni z konsekwencjami swoich postępków.


Zombiaki mają w sobie jakąś moc przyciągania. Przynajmniej na mnie działają zachęcająco. Przeczytałam już wiele książek, w których to właśnie ci bohaterowie – nieco nadszarpnięci, ciut obrzydliwi i mocno "tulaśni" – zapraszają do wspólnej zabawy. W sumie wszystkie te powieści, w których spotykamy chodzące maszkary, są do siebie podobne, co jednak nie odbiera przyjemności z lektury, o ile oczywiście kręcą Was podobne klimaty.

O książce World War Z. autorstwa Maxa Brooka słyszałam już dawno, dawno temu. Przy okazji recenzowania Apokalipsy Z. (Loureiro Manel) ktoś podsunął mi właśnie ten tytuł. Musiałam jednak dojrzeć do kolejnej opowieści o zombie, a w międzyczasie trafiło się kilka innych, zatem ta dość długo czekała na swoją kolej. Czy autor czymś mnie zaskoczył? Zapewne zastanawiacie się, czy można jeszcze w jakikolwiek sposób zaskoczyć czytelnika, któremu ten klimat nie jest obcy. Poniekąd można. Z jednej strony dostałam standardową opowieść o żywych trupach, które nie wyróżniają się niczym szczególnym spośród innych chodzących truposzy, ale z drugiej – zaciekawiła mnie forma podania tej historii – Max Brooks proponuje zbiór relacji tych, którzy przeżyli zmasowany atak zombiaków.


Sprawozdanie z masakry


Co jest najciekawszego w tych wszystkich postapokaliptycznych wizjach świata? Wydaje mi się, że zawsze szukamy w takich historiach tego, co jest nam, a przynajmniej powinno być najbliższe – człowieka. Lubimy poddawać ludzi próbom, stawiać ich w sytuacjach bez wyjścia i obserwować, jak sobie z tym poradzą. Możemy się tylko domyślać, jak trudne musi być starcie z nie do końca martwymi maszkarami. Takie spotkanie musiałoby być nie lada wyzwaniem dla tlącego się w nas człowieczeństwa: trudne wybory, masakryczne obrazy, niekończące się straty i... życie w ciągłym strachu. Brzmi porażająco, prawda?

Takie opowieści pochłaniam zatem ze względu na emocje, które towarzyszą tej całej masakrze, ale również z powodu zaproponowanych przez autorów rozwiązań. W końcu, ile można pisać o tym samym – zombie to temat dość oklepany – by zaciekawić czytelnika, który swoje pierwsze kontakty z nieumarłymi ma już dawno za sobą?




Max Brooks proponuje nam nieco chłodne podejście do tematu – zostawia nas z relacją, a może raczej "zlepkiem" wypowiedzi tych, którzy przeżyli i, co ważne, mają cokolwiek do powiedzenia na temat tego, co za nimi. Wiadomo, że część, a może nawet i większość społeczeństwa nie miała zielonego pojęcia o aktualnej sytuacji w kraju i na świecie – takie niewygodne fakty ukrywane są tak długo, jak to tylko możliwe, a potem... potem jest już w sumie w za późno na wszelkie tłumaczenia, bo trzeba się skupić na doczesności – trzeba walczyć o przeżycie. Autor podsuwa nam rozmowy z tymi, którzy wiedzieli od początku – rozprawia się z zakłamanym rządem i wielkimi tego świata. Ale nie tylko! Wśród "wywiadów" znajdują się też wypowiedzi tych malutkich, którzy zostali po prostu zaskoczeni.


Słowo na koniec

Długo zastanawiałam się nad tym, w jaki sposób podejść do tej opowieści. Przede wszystkim zaskoczyła mnie tu forma podania – można śmiało stwierdzić, że ta publikacja mogłaby być uznana za literaturę faktu, gdyby taka wojna miała kiedykolwiek miejsce. Autor zadbał tu o każdy szczegół, a kolejne relacje naocznych świadków czyta się i przyjmuje, z uznaniem potakując, bo przecież to takie wiarygodne. Tu nie można się do niczego doczepić.

A do czego można w ogóle? Forma okazała się ciekawa, ale w treści nie znalazłam niczego interesującego. Nic mnie nie zaskoczyło, emocjonalność określiłabym na mierną, a umiejętność rzutu flakiem w czytelnika niewiele wyżej.

Na koniec dodam jedynie, że to jedna z ostatnich książek o zombiakach, którą przeczytałam (no, chyba że Andrzej Wardziak, który zaprosił te paskudy na ziemie polskie coś jeszcze w tym klimacie napisze). Denerwuje mnie ta wtórność, a same trupy już nie cieszą. Tu było o tyle dobrze, że forma przekazu, którą zaproponował Brooks, nieco odstawała od standardów powieści postapo – samo sprawozdanie, uzupełnione relacjami tych, którzy przeżyli, było dobrym i ciekawym posunięciem, a jednak nie znalazłam w tej opowieści niczego, co zrobiłoby na mnie większe wrażenie. Tu nawet trudno o jakiegoś bohatera, z którym można by było przemierzać świat flaków i ludzkiej degradacji. Stałam po prostu z boku i nieco wyprana z emocji - przecież ten świat maszkar jest mi zupełnie obcy – poznawałam kulisy wojny. Czy tego szukałam? Nie do końca.

Podejrzewam, że byłabym pod większym wrażeniem lektury, gdyby było to moje pierwsze spotkanie z żywymi trupami.