środa, 22 listopada 2017

Na granicy szczęścia: "Córka pedofila" E. Pirce



Kiedy zawala ci się świat i wiesz,że nie dasz rady przeżyć choćby minuty dłużej – wspominaj… Bo we wspomnieniach miłość żyje wiecznie.




O Córce pedofila usłyszałam pierwszy raz od jednej z bliskich mi blogerek – Justyna z Książko, miłości moja zaciekawiła, zaintrygowała i zachęciła do przeczytania tej powieści, obiecując przy tym moc wrażeń, wstrząsy i coś więcej. Takiej rekomendacji nie można się oprzeć, prawda? Z początku, zanim jeszcze uzyskałam nieco więcej informacji na temat książki, byłam przekonana, że to opowieść o dziewczynie, która zwierza się czytelnikowi z tego, co złego ją w życiu spotkało. Potem okazało się, że można śmiało zakwalifikować historię do nurtu New Adult, którego od jakiegoś czasu unikam – męczy mnie wtórność, schematyczność i nijakość tych opowieści. Spróbowałam. Pochłonęłam. Przepadłam.

Samotność wśród tłumu


Czasem człowiek staje na granicy wytrzymałości i tylko jeden krok dzieli go od rzucenia się w przepaść – nieodwołalną. Taki człowiek przeważnie jest wtedy sam – znikąd pomocy, wsparcia, brak dobrego rozwiązania (czasem brak jakiegokolwiek wyjścia). Bywa tak, że wszystkie drogi i każdy oddech przybliżają takiego człowieka do końca, który jest nieodwołalny, który nie zapowiada żadnego początku.




Nastoletnia Lexi znalazła się na takiej granicy już dawno temu, kiedy ojciec zrobił to po raz pierwszy. Każdy kolejny cios, następny dotyk i każdorazowe "przepraszam" to wciąż wrzucane kamienie do worka krzywdy, który kiedyś otworzył. Każdy dzień to strach, dotyk to ból, a myśl o tym wszystkim – krok bliżej przepaści; ścieżka ostateczności. Bohaterka postanawia przerwać ten ciąg niewyobrażalnych cierpień, a jedyny sposób, jaki wydaje jej się odpowiedni – jedyny, jaki w ogóle bierze pod uwagę – to samobójstwo.

W życiu jednak nic nie układa się tak, jak to sobie zaplanujemy, zatem i Lexi nie będzie dane wykonać plan. Życie zaskakuje, stawiając na naszej drodze ludzi, których staramy się od siebie odepchnąć, ale oni – choćbyśmy próbowali ich do siebie zniechęcić – lgną do nas i otaczają swoim ciepłem, dając nadzieję. Przyjaciele to takie małe promyczki słońca, które prowadzą nas, kiedy siedzimy w ciemności, a każdy krok w stronę świata sprawia nam ogromny ból i napawa przerażeniem, bo już dawno się z tej "normalnej" rzeczywistości wypisaliśmy... Ktoś jednak nie spisał nas na straty i wytrwale, dzień po dniu, stara się napisać naszą "od nowa", zmienić bieg opowieści i nadać jej zupełnie inne zakończenie, niż sobie to zaplanowaliśmy...

I o tym jest ta historia – nie o mężczyźnie, który niszczył swoje dziecko, nie o ostateczności, ale o granicy szczęścia, którą życie nieustannie od nas odsuwa, a przyjaciele ciągną ją w naszą stronę, zachęcając do jej przekroczenia.

Falstart?


Początkowo byłam rozczarowana tą historią, bo choć zaczęło się mocno i ciekawie, chwilę później Ewa Pirce weszła w schemat, który – delikatnie mówiąc – mnie nie zachwyca, a mówiąc dosadniej: rzygam już podobnymi zagrywkami. O co chodziło? O niego i zawsze o niego – cudowny, przystojny, pociągający, wspaniały. To właśnie na jego punkcie oszalała nasza bohaterka, to właśnie jego zapach, oddech, sam fakt istnienia sprawiały, że doświadczoną życiem Lexi przeszywał przyjemny, cieplutki dreszczyk podniecenia. Znacie to? Tę nieodpartą pokusę, by lizać ziemię, po której on stąpa, bo przecież to istny cud natury... Przez krótką chwilę miałam ochotę odłożyć tę książkę, grzecznie podziękować autorce i zaproponować, że wyślę ją komuś, kto zrobi z niej większy użytek. Na szczęście chwile mają to do siebie, że mijają, a ta – ufff – szybko odeszła w zapomnienie. 

Historia mnie rozbroiła, budząc we mnie ciepłe emocje, którym towarzyszyła żądza mordu. Zderzenie świata, w którym dziecko zawsze jest w takich, w tych chwilach samo z tym innym, w którym znajduje kogoś, kto nalega, by się otworzyło, zrobiło na mnie wrażenie. To bolesna opowieść, która rozlewa się po tych zakątkach serducha, które chcielibyśmy zamknąć za tę niesprawiedliwość, ale niestety nie potrafimy tego zrobić. Potwory są wśród nas – to pewne – ale gdzieś wśród nich i  pośrodku tłumu, który udaje, że nie widzi, nie chce widzieć, nie może zobaczyć, są tacy, którzy spoglądają prosto w oczy i docierają do samego dna duszy, wlewając w nią (kropelka po kropelce) nadzieję i szczęście. 




Córka pedofila to historia, która zaskoczyła mnie przede wszystkim tym, że mnie zaskoczyła. Naprawdę myślałam, że autorka pójdzie na łatwiznę i bezpiecznie wpisze się w oklepany już i chętnie miziany z każdej strony schemacik. A tu proszę - było inaczej, po prostu. To jeden z tych powodów, dla których warto sięgnąć po tę książkę. Przymknąć oko na nieco patetyczne wypady, które przeplatają się z mięsorzucaniem, przejść przez tę ociekającą zajebistością prezentację Tego Zawsze Pięknego i wejść w tę opowieść, tak naprawdę. Choć smutna i bolesna, to piękna i pełna ciepła. Dwa światy w jednej opowieści – warto przyjrzeć się obu.

Autorko, za książkę dziękuję – nie odesłałam jej nikomu i wiem, że do tego nie dojdzie. Pisz dalej!