niedziela, 12 listopada 2017

Nieszablonowość to podstawa: Thomas Arnold "Efektor"


Pytań nie powinno kierować się do żywych. Należy pytać martwych, bo tylko oni nie mają już nic do stracenia.


Miałam szczerą nadzieję, że przyjdzie mi jeszcze przeczytać jakąś książkę autorstwa Thomasa Arnolda. Naprawdę, czekałam na kolejną część cyklu o dwóch detektywach, których przygody szybko zdobyły moją sympatię. No i doczekałam. A czego? Wiecie, kiedy polubi się jakąś opowieść, zawsze wyczekuje się kontynuacji. Kiedy natomiast dostaje się coś, czego się do końca nie spodziewamy – jest naprawdę dobrze, oczywiście pod warunkiem, że ciąg dalszy nie jest naciągany czy pełen zbędnych zapychaczy (byle tylko wypełnić czymś tę papierową przestrzeń). Autor nie zawiódł, powiem więcej – zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, bowiem spodziewałam się niemal wszystkiego, ale absolutnie nie tego, co mi zafundował. Efektor to jedna z tych książek, które zaskakują na początku tym, że kontynuacja może być tak odmienna od pozostałych części (zresztą każda z nich jest inna), a przy tym tak dobra. Poza tym zaskakuje na całej linii – od klimatycznego prologu przez zagmatwaną fabułę po totalnie niespodziewane zakończenie.

To nie tak...


Kolejny raz przyznaję z ulgą, że Thomas Arnold stanął na wysokości zadania. Autor nie poszedł na łatwiznę, nie podsunął czytelnikom błahej sprawy, ale stworzył tak zawiłą, misternie utkaną intrygę, że aż miło! 



Minął już jakiś czas od zakończenia poprzedniego dochodzenia – szybko przypomnę jedynie, że w poprzednim tomie mamy do czynienia z dość psychodelicznym klimatem – David Ross nadal nad sobą nie panuje, a jego wybuchowy charakter sprawdzana na niego poważne kłopoty. Z polecenia przełożonego ma się udać do psychologa, popracować nad sobą, ogarnąć swoje "mordercze" zapędy i – co podejrzewa  sam David – dać się usunąć z wydziału. Nikt nie lubi problematycznych podwładnych, nawet tych naprawdę dobrych, którzy w sposób nieszablonowy i z wykorzystaniem dość specyficznych metod pracy, rozwiązują co trudniejsze sprawy. Ross to jednak żywioł nieokiełznany, zatem – delikatnie mówiąc – głęboko w poważaniu ma rozkazy szefa. Mimo zawieszania (do odwołania) wplątuje się za sprawą swojego dawnego partnera, Jamesa Adamsa, w kolejną kryminalną sprawę – na obcym terenie, w dodatku.

Są chwile, w których coś w tobie pęka. Wiesz, że robisz źle, że powinieneś się zachować inaczej, ale stoisz jak kołek i nie jesteś w stanie zrobić kroku.

Starszy detektyw opuszcza Cleveland i wiedziony złym przeczuciem, które ogarnęło go po niepokojącej rozmowie z Adamsem, rusza w nieznane. Mieścina, do której trafia, nie sprzyja przyjezdnym, a w szczególności tym bezczelnie węszącym. Ross stara się odnaleźć przyjaciela, ale słuch po nim zaginął. Czarne wizje nie dają naszemu bohaterowi spokoju, a im dalej brnie w tajemniczą sprawę, im mocniej wsiąka w zwartą społeczność miasteczka, tym więcej pojawia się pytań bez odpowiedzi i trupów, oczywiście.

Fascynująca podróż


Powieści Thomasa Arnolda cenię sobie przede wszystkim za dynamikę – tu zawsze się  coś dzieje, historie naszpikowana są pozornie nic nieznaczącymi szczegółami, każda kolejna rewelacja to nowa komplikacja, która zawraca nas w połowie drogi i rzuca na zupełnie nowe tory dochodzenia. To świetna zabawa, moc wrażeń i możliwość odkrycia tego, co powinno zostać głęboko pod powłoczką zapomnienia. Brniemy w tę świetnie skrojoną intrygę, podążając krok w krok za naszym literackim przewodnikiem i... dajemy się  zwieść, by w finale po prostu pozbierać szczękę z podłogi, bowiem TAKIEGO zakończenia się nie spodziewamy. Zresztą, po powieściach autora można się spodziewać wszystkiego, zatem trudno jest o jakąś pewność – Arnold robi z nami, co chce, a my absolutnie nie mamy mu tego za złe. 

Czwarty tom to jakby ukoronowanie ciągnących się latami opowieści z udziałem Rossa i Adamsa, choć zakończenie pozostawia tak olbrzymie możliwości dopowiedzenia jeszcze odrobiny, obnażenia mroku po raz kolejny... Nie wiem, czy autor pokusi się o kontynuację, ale szczerze wyznam, że nie miałabym nic przeciwko! 

W poprzednich tomach nieco zabrakło mi "wejścia w postać". Detektywi byli wciąż zwarci i gotowi, ale w gruncie rzeczy, niewiele o nich wiedzieliśmy. Tu jest inaczej: wejdziemy w psychikę Rossa, poznamy więcej szczegółów z jego przeszłości, a i dowiemy się czegoś o Adamsie. Panowie stają się nam bliżsi, bardzie namacalni, krwiści. Świetny ruch! Tego mi brakowało. 

Co specyficzne, to zostało. Autor nie bawi się w szpikowanie tekstu zbędnymi zapychaczami – tu wszystko ma znaczenie, nic się nam nie rozłazi, nie wlecze, nie ciągnie. Jest prężnie i konkretnie, jest ciekawie i bywa paskudnie, a dodatkowo wciąż wkręcimy się w tematyce ludzkiego umysłu, który – jak wiadomo – potrafi płatać figle.



Pięknie dziękuję Autorowi za możliwość przeczytania tej książki, za kolejną zapierającą dech w piersiach opowieść, od której nie mogłam się oderwać. Uciechy nigdy za wiele, a lektura Efektora to czysta, satysfakcjonująca i dzika przyjemność. Polecam i zachęcam do przeczytania recenzji poprzednich części:

Tom 1: 33 dni prawdy
Tom 2:Tetragon