piątek, 24 listopada 2017

Swoista sinusoida: "Sapere Aude" M. Sambor-Cao


Zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo cudza zamożność będzie powodem zazdrości i niechęci.



Recenzję te książki przeczytałam już dawno temu u Kasi z Poligonu Domowego. Pomyślałam sobie wtedy, że chętnie przeczytałabym tę książkę, że osobiście sprawdziłabym, co w niej jest takiego, co tak Kaśkę poruszyło, wzburzyło. I nadarzyła się taka okazja, dzięki Kasi właśnie – mówiłam Wam już, że uwielbiam Book Toury? Sapere Aude autorstwa Małgorzaty Sambor-Cao to książka, która trafiła w moje ręce nieprzypadkowo, tak musiało być, po prostu.

Sapere Aude


Rzadko czytam książki, których akcja toczy się w Meksyku, właściwie nie potrafię sobie w tej chwili przypomnieć żadnego tytułu, który zabrałby mnie w te rejony. Małgorzata Sambor-Cao mnie tam zaciągnęła, a raczej rzuciła od razu w największe bagno, jakie mogłam sobie wyobrazić – to niewielki pokoik – sam środek piekła. 




Sapere Aude oznacza Odważ się być mądrym – tę nazwę wybrał nasz główny bohater, który otworzył "sieć" chronionych przytułków dla pokrzywdzonych dzieci. Te znienawidzone przez gangsterów przybytki były namiastką normalności dla istot, które dotąd traktowano jak zwierzęta. To właśnie tu znalazło schronienie każde głodne, wystraszone, bite czy ścigane przez oprawców dziecko. Oazy spokoju w świecie niegodziwości sponsorował Michael – młody, pełen ideałów i wielkich planów mężczyzna, który chciał zmieniać świat na lepsze, dając dzieciom szansę na zdobycie wykształcenia, wyrywanie się z burdelu czy ucieczkę od narkotyków. Miał pozycję, aparycję, niemal nieograniczone środki i, co chyba najważniejsze, chęci. Niesamowite, prawda? Wiele dzieci zawdzięczało van Hornowi normalne życie (lub życie w ogóle), ale żadne z nich nie wiedziało, kim jest "wybawiciel" – mężczyzna nie obnosił się ze swoim bogactwem, nie pchał na tapet, pozostawał anonimowy i starał się być niewidoczny, co przede wszystkim z potrzeby serca, ale też konieczności – taki bogaty chłoptaś byłby idealnym celem dla wielkich, groźnych i bezwzględnych gangsterów, którym nieźle nabałaganił w interesach. Z takim idealnym bohaterem przyjdzie nam przejść niejedno, ponieważ – jak to przeważnie w życiu bywa – kto ma miękkie serce, ten musi mieć twardą dupę.

Małgorzata Sambor-Cao pokaże nam, jak działają ci, z którymi lepiej nie zaczynać, bo można kiepsko skończyć. Zabierze nas na samo dno ludzkiej rozpaczy. Czy każdego można złamać? Jakich trzeba użyć metody, by upodlić człowieka ostatecznie? Jakiej trzeba siły, by pozostać ludzkim, kiedy każdy fragment ciała i duszy obdzierany jest z godności i... czy można nim pozostać? Te i inne pytania z pewnością będziecie mieli okazję zadać sobie podczas lektury tej książki i, co najlepsze, znajdziecie na nie odpowiedzi. Gdzieś w sobie.

Sinusoida


Sapere Aude to dobra książka, która z pewnością pozostaje z czytelnikiem na długo - chyba nie sposób wyrzucić niektórych obrazów z pamięci ani przejść nad kilkoma sprawami do porządku dziennego. Będę o niej pamiętać – to pewne – i może z czasem zatrze się to wrażenie, które towarzyszyło mi przez mniej więcej jedną czwartą opowieści: nuda, niestety nuda. Ta historia to prawdziwa sinusoida - doskonale skrojony początek przyciąga naszą uwagę od razu, bo szokuje, budzi wstręt, ale i nadzieję. Potem dochodzimy do części, która się ciągnie, ciągnie i właściwie nie jest na tyle porywająca, by zatrzymywać się przy niej na dłużej i ją rozpamiętywać – a może to ja taka bezduszna jestem i niektóre sprawy mnie po prostu nie ruszają? Co dalej? Cóż, schodzimy niżej i głębiej; trafiamy na strome schody, które zaprowadzą nas na same dno piekła. 



Mam mieszane uczucia w odniesieniu do tej powieści. Z jednej strony denerwowały mnie błędy interpunkcyjne i ortograficzne, ale z drugiej podobały mi się obcojęzyczne wstawki i ogólne poprowadzenie narracji. Raz główny bohater  był dla mnie przesłodkim misiaczkiem - zbyt idealnym, by istnieć naprawdę – by za chwilę przemienić się w zwykłego człowieka, którego widziałabym w każdym, kto stanąłby w obliczu tego, co mu zgotowano. I znów: czytałam opowieść z zapartym tchem, totalnie odsuwając świat, który mnie otacza, by chwilę potem koszmarnie się nudzić i z niechęcią przewracać kolejne strony, a za chwilę znów "wpaść w ciąg". 

Jedno jest pewne: z przyjemnością dowiem się, co było dalej, z chęcią wejdę jeszcze raz w ten meksykański świat i poszukam normalnego człowieka w tym, który zdecydowanie nie jest normalny. Może uda mi się go odnaleźć – na dłużej?

Sapere Aude to historia, która gnieździ się gdzieś w tyle głowy i nie pozwala wyrzucić się z pamięci. Zastanawia, testuje nas, podsuwa obrazy, których nie chcemy oglądać, ale... patrzymy. Mocna rzecz.




Książka rusza do kolejnej Czytelniczki, której życzę satysfakcjonujące lektury.