sobota, 4 listopada 2017

Wszechobecna naiwność?: "Echo winy" C. Link



Niektóre rzeczy były tak niepojęte, że udawało się ich nie dostrzegać, jeśli nie miało się ich przed samym nosem.



Moje pierwsze spotkanie z twórczością Link uważam za udane. Może nie było to wzniesienie się na wyżyny zbrodni, ale z pewnością czas, który poświęciłam lekturze, uważam za wykorzystany właściwie – mówiąc prościej: było w porządku. Długo zastanawiałam się, od której książki zacząć moją czytelniczą przygodę, bowiem autorka ma już całkiem spory dorobek. Padło na Echo winy – zachęcona opisem wydawcy, uznałam, że zacznę od "doskonałości, mroku i napięcia".


Naiwność wszechobecna


Rodzice zapewne wiele razy powtarzali Wam, byście nigdy nie rozmawiali z nieznajomymi, a już tym bardziej nie dali się nabrać na rzucane mimochodem obietnice. Jak często słyszeliście, że nie należy wsiadać z nikim do samochodu? A ile razy powtarzaliście swoim dzieciom, żeby trzymały się z daleka od obcych? Można mówić, ostrzegać i prosić o ostrożność, a jednak wciąż zdarza się, że skuszone słodkościami czy równie słodkimi obietnicami dzieci chętnie oddają swoje życie w ręce kogoś obcego... Niestety.



Charlotte Link porusza ten problem w swojej książce. Autorka wprowadza nas w mroczny klimat, rzucając od niechcenia kolejną informacją na temat kolejnego zaginionego dziecka. Opowiada o smutku rodziców, o walce, którą ci toczą ze światem, ale też ze sobą. Co więcej podsuwa nam sprawcę doskonałego, bo czy my, dorośli, nie powinniśmy również mieć się na baczności, czy nie powinno zapalić nam się  światełko, kiedy do naszych drzwi puka ktoś obcy?

Wchodzimy w społeczność – nie jakąś tam wielką, bowiem tu, w małym miasteczku, wszyscy się znają. Kiedy zatem pojawiają się u progu nowi – obcy – spokój zostaje poniekąd zburzony. Ta niewiedza potęguje strach, wpędza i tak już zlęknionych mieszkańców w jeszcze większe przerażenie. Wyobrażacie to sobie: może w sklepie, może na ulicy albo w kościele mijacie tego, który porywa, gwałci i morduje małe dziewczynki...  Czy można zrzucić winę na obcych, czy trzeba przyznać, że w tej spokojnej dotąd społeczności krwią małych dzieci żywi się jakiś przyczajony potwór?


Szybko i ciekawie, choć bez szału


Książkę przeczytałam z zainteresowaniem, które nie malało, a wręcz przeciwnie – z rozdziału na rozdział opowieść coraz bardziej mnie wciągała. Dość szybko wyodrębniłam z tłumu tego potwora, który już na początku wzbudził moją niechęć – a jednak i to nie wpłynęło negatywnie na odbiór tej lektury. 

Czyta się dobrze. Historia jest ciekawa, choć ciut rozwleczona, bowiem obok makabrycznej sprawy, która napawa mnie lękiem i obrzydzeniem, pojawia się najzwyklejsza w świecie obyczajówka – te wszystkie wątki miłosne, skomplikowane relacje międzyludzkie i pierdu o niczym mogła sobie autorka ze spokojem podarować. Zabrakło mi wgłębienia się w psychikę szalonego gwałciciela, a w zamian za to dostałam rozlazłe rozważania na temat skomplikowanych relacji międzyludzkich i... dużo miłości, w każdej konfiguracji. 

Nie polubiłam bohaterów, co jednak wcale nie przeszkadzało mi w czytaniu. Byli oni jacyś i choć denerwowali mnie na każdym kroku, towarzyszyłam im z przyjemnością. Miałam ochotę walnąć czymś ciężkim tę czy tamtego - ludzie, czasem można się opamiętać! – ale wytrwałam w spokoju. Zabrakło mi postaci z rzędu tych sympatycznych w sposób normalny - dostałam za to sylwetki przesłodzone, w ogóle prze... i niestety zdarzało mi się nie zrozumieć motywów ich postępowania.

Mogę śmiało uznać, że jeszcze raz podejdę do powieści autorki, bo sama sprawa była naprawdę strzałem w dziesiątkę. Być może następnym razem dostanę nieco bardziej  konkretnych bohaterów i mniej pitu-pitu. Echo winy to książka dobra i... tylko dobra. Taka lektura na szybko, do poczytania w wolnym czasie, która częstuje nam smakowitymi kąskami – tyle że musimy je sobie wyłowić spośród mętnego wywaru relacji. Chciałoby się mocniej, bardziej, ale w tej formie jest w porządku. Czasu nie zmarnowałam.