niedziela, 31 grudnia 2017

Klasyka literatury dziecięcej: "Czarnoksiężnik z Krainy Oz"



Nieważne, jak szary i ponury jest nasz rodzinny kraj. My, ludzie z krwi i kości, wolimy mieszkać w nim niż w jakimkolwiek innym, choćby nie wiem jak pięknym. Nie ma to jak we własnym domu...



Czarnoksiężnik z Krainy Oz to książka, której do tej pory nie czytałam, choć historia była mi znana  mgliście, bo mgliście (oglądałam jako dziecko bajkę, potem ekranizację), ale jednak. Okazuje się, że pamięć ludzka jest jednak zawodna  moja działa wybiórczo, więc z tej niesamowitej opowieści zapamiętałam jedynie huragan, psa Tota, Dorotkę, Drwala, Stracha na Wróble i Lwa. Oz gdzieś tam był, ale nie mogłam sobie przypomnieć, o co z nim właściwie chodziło, poza tym, że bohaterowie zmierzali w jego stronę, by prosić o "przysługi". Coś mnie ciągnęło do tej opowieści  (choć nie pamiętam, żebym szalała za tą opowieścią w dzieciństwie), a i moja córa  która nie znała jej wcale  podeszła optymistycznie do lektury. Co prawda fragmenty z zaczarowaną siekierą, która odcinała mężczyźnie wszystkie kończyny, rozłupywała ciało na pół i odcięła głowę, były dość drastyczne, ale i to jakoś przeszło. Bo to przecież tylko bajka, a facet w końcu został odratowany  w sposób dość osobliwy, ale jednak. 

Historia dziewczynki, która całkowitym przypadkiem zabiła złą Wiedźmę, na stałe wpisała się już do naszej kultury  odniesienia do niej są częste i, co zauważyłam dopiero po lekturze książki, pojawiają się w najmniej spodziewanych momentach i... utworach. Człowiek się jednak uczy przez całe życie.  


Bajka chyba bardziej przypadła do gustu mojemu dziecku. Ja co prawda pozachwycałam się przez chwilę pięknymi, malowanymi słowem widokami, zrobiły na mnie wrażenie niecodzienne rozwiązania, bohaterowie i świat pełen magii, ale był to zachwyt, który dość szybko wyparował. Jasne, że ta książka porusza sprawy ważne i oczywiście skłania do refleksji (choć raczej dorosłego niż dziecko), ale trudno mi było utrzymać ten stan pełen ekscytacji, aż w efekcie stwierdziłam, że to bardzo smutna opowieść. Ale wiecie, myślę, że warto czasem wystawić to nasze dorosłe myślenie na próbę i wysłać się na dłużą chwilę do krainy odległej, innej i dziwacznej. 

Klasyka literatury dziecięcej ma to do siebie, że znać ją warto, choć często po lekturze obiecujemy sobie więcej, niż w finale otrzymujemy. Czarnoksiężnik z Krainy Oz nie zmienił mojego życia  na to już chyba za późno  ale zabrał mnie na chwilę w przeszłość, do dzieciństwa, kiedy to bardzo przeżywałam lot porwanego domu, straszliwe małpy (teraz e pamiętam!) czy wybryki niedobrych wiedźm. Teraz mogłam obserwować, jak moja córa reaguje na tę opowieść i to chyba sprawiło mi największą przyjemność. Widziałam zainteresowanie, odpowiadałam na ciągle pojawiające się pytania  te dotyczące struktury świata okazały się naprawdę ciekawe  i starałam się wyjaśnić dziecku, po co właściwie Strachowi rozum, skoro wszystko świetnie ogarnia, a Blaszanemu Drwalowi serce, kiedy przecież rozpacza nad losem biednego zgniecionego robaczka. Myślę, że mi się udało, choć łatwo nie było... 

Córka pomogła mi spojrzeć na tę opowieść "na nowo"; gdyby nie wspólna lektura pewnie przeleciałbym przez ten świat bez większego zastanowienia, bo  niestety  opowieść szybko mi się znudziła.

Czarnoksiężnik z Krainy Oz to książka, którą na pewno warto przeczytać, jeśli nie zrobiło się tego wcześniej, ale myślę, że albo należy podejść do niej z otwartym umysłem, by dać się porwać, albo trzeba ogarnąć ten temat wspólnie z dzieckiem, które po prostu weźmie nas za rękę i nauczy cieszyć się tym, co widzimy.