środa, 27 grudnia 2017

Mdła pulpa, która skisła: "Artemis"



W sytuacji zagrożenia życia najgorsze czasem bywa to, że można się zanudzić na śmierć.

Artemis to książka, której lektury nie mogłam sobie omówić. Andy Weir zdobył moje uznanie Marsjaninem, którego przeczytałam z olbrzymią przyjemnością, wybuchami niekontrolowanego rechotu i z niegasnącym zainteresowaniem. Podejrzewałam – a przynajmniej miałam cichą nadzieję  że Artemis przynajmniej dorówna atrakcyjności poprzedniej książce. Nie śmiałam liczyć na to, że będzie lepiej i... w sumie bardzo dobrze, że nie nastawiałam się na coś więcej, bo wielkiego bum nie było. Co więcej, nawet małe się nie pojawiło. Jestem tym Artemisem rozczarowana.

Żeńska wersja?


Jeśli czytaliście Marsjanina, zapewne polubiliście Marka, który z determinacją walczył o życie na Marsie. Był bohaterem zabawnym, choć tragicznym, wyjątkowym, a przy tym takim ludzkim, że aż miło. Andy Weir próbował, tak mi się przynajmniej wydaje, powtórzyć tę postać, ale tym razem  by nie było nudno  postawił na jej żeńską wersję. Nie wyszło, choć do końca nie wiem, czy coś tu miało wyjść.




Tym razem udamy się nie na Marsa, ale na Księżyc, gdzie od dość dawna w bańkach wypełnionych tlenem żyją sobie zwykli ludzi  jak my. Artemis to coś na kształt wielkiego miasta, w którym toczy się normalne życie  ludzie pracują, łączą się w pary, kwitną handel i przemyt, a gdzieś tam wtapiają się w tłum źli złoczyńcy (mafia!), którzy dysponują środkami, by likwidować tych, którzy zaszli im za skórę.

Do takich niewygodnych dla przestępczego świata elementów należy Ona  Jazz, która zrobiła coś głupiego, nie wiedząc, z kim w ogóle ma do czynienia. Dziewczyna jest kurierką, a że zarabia grosze, które ledwie wystarczają jej na utrzymanie maleńkiej trumny (tak nazywa swój lokal z łóżkiem i... właściwie tyle), postanawia przyjąć zlecenie na zdewastowanie maszyn, by ułatwić zleceniodawcy zdobycie pewnej "fabryki". Skuszona niewiarygodnie okrągłą sumką, działa, a że dość dziwne z niej stworzenie, coś po drodze idzie nie tak, jak powinno. No, może to nie do końca jej wina, ale wiecie, czasem trzeba znaleźć takiego literackiego kozła ofiarnego, a Jazz doskonale się do tej roli nadaje.

Żeby było sprawiedliwie, powiem jedynie, że zaczyna się całkiem nieźle i zapowiada się naprawdę ciekawie.

I w sumie tyle. Mamy tu wstawki  korespondencję z chłopcem z Ziemi, mamy wyjątkowo mocno naciąganą intrygę, pewien wątek sensacyjno-krymianalny, jakiś wciśnięty w tę całą patową sytuację humor i już.

Tajemnice mają to do siebie, że można je spieniężyć wiele razy.
Życie na Księżycu kręci się wokół pieniędzy, zatem to one są motorem napędowym do jakichkolwiek działań. No, może poza tymi momentami, kiedy Jazz próbuje ratować własny tyłek, do czego i tak potrzebne są jej układy, znajomości i pieniądze. Dziewczyna oczywiście próbuje kombinować, a że ma wielkie branie wśród lokalnej społeczności (właściwie, to ona potrafi wszystko i jest w stanie dokonać wszystkiego  o, taka mądra jest!), jest w stanie wszystko załatwić. 

Całość uzupełniona została kosmicznymi smaczkami pełnymi mdłej pulpy i tlenu, bez którego  jak wiadomo  żyć się przecież nie da. I tyle. Ni to porządne science fiction, ni kosmiczna przygodówka, ni krwisty kryminał. Takie o.

Czyta się, bo czyta


Byłam ciekawa, w jaki sposób skończy się ta historia, bowiem piętrzące się bzdury i absurdy (och, jak to wszystko się idealnie ponaciągało, by było jakoś) niespecjalnie przypadły mi do gustu. Jazz nie przypadła wcale i w sumie nie wiem, czy to ta jej legendarna umiejętność zrobienia wszystkiego, czy może niefortunne dobory w kwestii uczuć, czy w ogóle stosunek do ludzi, głupkowate odzywki, czy cokolwiek innego wywołało we mnie tę niechęć. Wiecie, żeby jeszcze była jakaś, a tu taki rozlazły fąfel i do tego prawie smieszny oraz zbędnie wulgarny. Nie, to nie to.

Książkę czyta się oczywiście bardzo szybko, ale mnie kompletnie nie wciągnęła. Nie było tego wstrzymywania oddechu, kiedy sytuacja tego wymagała  było mi wszystko jedno, co się z naszą bohaterką stanie (szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że zginie szybko). Język jest prosty w klimacie wulgarno-kolokwialnym, zatem zrozumienie nie sprawi żadnych problemów, nawet gdy pojawiają się międzygalaktyczne wstawki  Jazz doskonale wie, jak to wszystko spłycić. 

Czy coś mi się podobało? Tak: oczekiwanie na ten moment, który mnie wbije w fotel, na te emocje, które by mnie powaliły, na to coś, co mną zawładnie! A że nie nadeszło, cóż... Pomijając już oczekiwania, które mogłam mieć, bo Marsjanin był świetny, Artemis jest po prostu nijaki.