niedziela, 31 grudnia 2017

Przeczytana i już?: "Stowarzyszenie umarłych poetów"




Musimy nieustannie i uparcie poszukiwać nowego, innego punktu widzenia.


Dawno nie czytałam książki, która powstałaby na podstawie filmu. Stowarzyszenie umarłych poetów uwielbiam  szczególnie Kapitana  a że oglądałam dawno temu, postanowiłam nieco odświeżyć sobie tę historię. Po lekturze dochodzę do wniosku, że jednak ruchome obrazki przemawiają do mnie w tym przypadku mocniej, więcej we mnie zostawiły, co oczywiście nie oznacza, że końcówka mnie nie rozbroiła, bo rozkleiłam się konkretnie, choć tylko na chwilę.


Kapitanie, mój Kapitanie!


Jest rok 1959. Elitarna szkoła dla chłopców; honor, dyscyplina i te wszystkie ważne czynniki, bez których nie sposób ukształtować młody umysł. Jak wiadomo młodzieńcy, którzy dostali się do tej skostniałej placówki, by chłonąć wiedzę, nabywać ogłady i uczyć się zarabiać, są po prostu skazani na sukces; to przyszli adwokaci, bankierzy i lekarze; władcy tego świata, którzy zdobędą ciężkie pieniądze, stąpając przy tym twardo po ziemi. 


Wśród zastygłej, skostniałej tradycji pojawia się ktoś, kto robi to wszystko inaczej, kto poezją stara się otworzyć młodym mężczyznom oczy na świat, zmusić ich do samodzielnego, krytycznego myślenia  lub, dokładniej ujmując: nauczyć ich tego myślenia. Nowy nauczyciel, który jest absolwentem tejże wspaniałej szkoły, stosuje dość niekonwencjonalne, a już z pewnością nieakceptowalne przez grono pedagogiczne i dyrekcję metody. Póki nic się nie dzieje, przymyka się oko na maszerowanie, krzyki czy stawanie na ławkach. Kiedy jednak dochodzi do tragedii... cóż, ktoś musi być temu winny! 

Naturalnie ludzie umarliby z głodu, gdyby każdy zajmował się wyłącznie poezją. Ale poezja w życiu musi być obecna i musimy zatrzymać się na tę jedną sekundę, by móc ą dostrzec, nawet w najprostszych i najbardziej banalnych zdarzeniach. W przeciwnym razie zmarnujemy wiele dobra, którym życie nas obdarowało.

Stowarzyszenie umarłych poetów to powieść bardzo prosta, oszczędna w wątki i szczegóły, choć nasycona dość patetyczną paplaniną. Rzecz prosta, bo o marzeniach, miłości i potrzebie akceptacji. I ważna, bo dotyka tematu zrozumienia, pokonywania własnych słabości i wychodzenia naprzeciw. Wydaje się łatwa, wręcz banalna, a jednak taka nie jest. Nie porywa, choć mogłaby. Nie zmusza do jakiejś głębszej refleksji, bowiem wiele emocji zostało tu spłaszczonych i sprowadzonych jedynie do słów. Te, co prawda, mają wielką moc, ale czasem w powieści poza poprawnym stylem, mocnym zakończeniem i wieloma górnolotnymi wywodami musi być jeszcze TO COŚ. W Stowarzyszeniu... mi TEGO zabrakło, choć jedynie w tej papierowej, wtórnej wersji  filmowe emocje pozostały.


Przeczytana i... już


Opowieść dotyka problematyki dorastania w poczuciu obowiązku, z narzuconym planem na życie, ale też z potrzebą zrobienia czegokolwiek dla siebie  tego, co się naprawdę kocha. Zobaczymy, do czego to wszystko prowadzi, a czego można było uniknąć. Poznamy smak pierwszej nieszczęśliwej miłości, poczujemy buchające w nas z całą mocną hormony. 

To jednak nie wszystko, bo być może zrozumiemy, że w naszym życiu czegoś brakuje i, zmieniając punkt widzenia, możemy to zdobyć, może być lepsi... dla siebie. Dlaczego być może? Staram się rozłożyć tę opowieść na czynniki pierwsze, by wyłuskać z niej jak najwięcej i odpędzić poczucie, że tylko straciłam czas. Chciałam wziąć ją na warsztat całościowo, ale wtedy wypadła blado i nijako, więc znęcam się nad nią i oglądam wielokrotnie z każdej możliwej strony, by poczuć, że to coś więcej niż tylko prosta historia z rozbrajającym zakończeniem... Nie chciałam, by była to książka, którą przeczytałam i już, choć nie opuszcza mnie wrażenie, że jednak niewiele z tej treści we mnie zostanie. Czasem chyba po prostu nie można mieć tego, czego się chce...

Stowarzyszenia umarłych poetów nie będę Wam odradzać  to książka, którą warto przeczytać, ale pod warunkiem, że nie widziało się filmu lub po prostu, żeby odświeżyć sobie tę historię.