niedziela, 21 stycznia 2018

"Grzesznica": Ale schiza!




Było to ciągłe potykanie się o odłamki, zbieranie sił i dalsze błądzenie po gruzowisku, które niegdyś było podzielonym przez mur umysłem.



Kiedy myślę o Grzesznicy autorstwa Petry Hammesfahr (ech, nigdy nie zapamiętam tego nazwiska), od razu nasuwa mi się na myśl dość potoczne określenie: schiza. Ta książka jest nieziemsko pokręcona, psychodeliczna i kompletnie nieprzewidywalna. Chciałabym stwierdzić, że potrafiłam domyślić się zakończenia, ale to byłoby kłamstwem. Nie wiedziałam, do samego końca, jaki będzie finał tej historii.

Dodam jedynie, że po lekturze tej książki zdecydowałam się na obejrzenie serialu i przyznaję, że to ciekawe doświadczenie – to mi się raczej nie zdarza. Już teraz wiem jednak, że wolę papierową wersję, chociaż serial obejrzę w całości, może nawet znajdę w nim coś dla siebie.




Gdzie leży granica?




Są takie chwile, o których nie chcemy pamiętać. Wolimy zepchnąć wszystko, co za nami, do podświadomości, zakopać to gdzieś głęboko w odmętach pamięci i... żyć dalej, inaczej. Staramy się dopasować do świata, bo przecież od zawsze walczymy o to, by móc żyć normalnie, grać swoją rolę i spełniać się w tym, co robimy na co dzień. Walczymy o szczęście, by z pełną satysfakcją móc stwierdzić: dokonaliśmy tego. Czasem to jednak za mało...



Cora jest matką, żoną, sumienną pracowniczką (aktywnie wspiera działalność rodzinnej firmy) oraz tą, która chciała się zabić, ale coś poszło nie po jej myśli. W sumie nigdy nie wiadomo, co przyniesie nam los, a kobieta zmienną jest. Wyobraźcie sobie zatem taką normalną panią domu, która spędza na plaży czas z mężem i synkiem; w tle gra muzyka, słońce głaszcze zmarzniętą po długim moczeniu skórę, wieje delikatny wiaterek, słychać śmiechy współplażowiczów i nagle... ona rzuca się na młodego mężczyznę, który wypoczywa z grupką przyjaciół, zadaje kilka trafnych pchnięć, odbiera życie – małym nożykiem, którym przed chwilą obierała jabłko dla dziecka.

Co ją opętało? Dlaczego zamordowała nieznajomego? Czasem wystarczy tylko chwila, jakiś konkretny dźwięk, zapach czy słowo, by przywołać demony z przeszłości. Tego się nie spodziewaliśmy, choć kiedyś – po lekturze, po każdym kolejnym rozdziale – uznamy, że to było nieuniknione. Granica została przekroczona.

Co siedzi w głowie morderczyni? Czy znała tego mężczyznę? Czy jest doskonałą aktorką, czy psychopatką? Świadoma czy niepoczytalna? Trudno to pojąć, a już na pewno dojście do sedna sprawy okaże się nie byle jakim wyzwaniem, nawet dla zaangażowanego i doświadczonego detektywa. Zrozumienie motywów działania to proces długi, żmudny, pełen bólu, smutku i niechcianych emocji. Poszukiwanie prawdy to gra, w którą wciąga się kolejnych zawodników, rzucając światło na cienie przeszłości.


Warto zarwać noc


Dobry thriller psychologiczny to książka, dla której można zarwać noc. Historia jednak musi być tego warta. I, co prawda, następnego dnia wygląda się nie do końca świeżo, czuje nie w pełni rześko, ale obrazy wciąż buzujące w świadomości są w stanie wynagrodzić nam tę niedyspozycję. Czasem i ja zarywam noce, by przeczytać jeszcze jeden rozdział, chociaż wiem, że to nie wróży niczego dobrego, bo jak wiadomo – na jednym się nie kończy. Do takiego stanu chwilowej nieużywalności doprowadziła mnie Grzesznica – po prostu nie mogłam się oderwać od tej historii.

To jedna z tych zagmatwanych opowieści, którą staramy się rozpracować już na początku. Dociekamy, kalkulujemy, domyślamy się, a kiedy już jesteśmy niemal pewni, że wiemy, co i jak. I wtedy finał wbija nas w podłogę. To ta chwila – kompletnie rozmywa się wizja, którą z taką pieczołowitością ułożyliśmy w bliskie doskonałości obrazy. 

Zakończenie tej opowieści zaskakuje, ale co z fabułą? Ta też ma się całkiem nieźle, a nawet więcej: dobrze się ma. Historię poznajemy w trybie dwutorowym – łączymy teraz i wtedy. Z jednej strony mamy teraźniejszość – tę ponurą prawdę: zabiła, zniszczyła, siedzi w więzieniu, chyba jest stuknięta, trudno się z nią porozumieć – a z drugiej – Cora zabiera nas do przeszłości, opowiada o swojej porąbanej rodzince, wyznaje największe dziecięce i nastoletnie grzeszki. Bohaterka nas zwodzi – to wiemy, choć nie potrafimy wyłonić z prawdy fałszywej nuty, nie umiemy dostrzec wśród steku kłamstw faktów. Kobieta nam tego nie ułatwia, co więcej – ona wprost przyznaje, że jest winna!

Grzesznicę czyta się z zapartym tchem, choć nie jest to lektura łatwa – trzeba dać się wkręcić – jest specyficzna, pokręcona. Logiki tu nie brakuje, co ważne, ponieważ często w tak pogmatwanych treściach pojawiają się elementy niespójne, które skutecznie psują przyjemność płynącą z dochodzenia do sedna i z samej lektury. To nie jest typowy kryminał, ale bez problemu wskażecie jego cechy; to thriller psychologiczny, który jednak poza wejściem w psychikę głównej bohaterki, zmusi nas do sądów – będzie boleśnie, ale to nieuniknione. 

Chociaż nijak nie mogę zapamiętać nazwiska autorki oraz mimo tego że ta książka pozbawiła mnie wszelkich sił witalnych, odbierając cenne godziny snu, cieszę się, że miałam możliwość poznania tej historii nie w wersji serialowej (ta, jak na razie, tyłka nie urywa), ale właśnie w całości – zgrabnej, dobrze skomponowanej i budzącej do życia emocje, których w thrillerze psychologicznym bym się nie spodziewała. Grzesznica nie jest najlepszą książką, jaką w życiu czytałam, ale ma w sobie to coś. Warto.

Premiera książki już 31 stycznia, zapolujecie (do kupienia tutajczy skupicie się na serialu?