poniedziałek, 1 stycznia 2018

Tyle dobroci w 2017 roku (+ podsumowanie grudnia)

Dziś o tym, jak moje życie znów wywróciło się do góry nogami, czyli słów kilka o minionym roku. I podsumowanie grudnia, oczywiście.







Podsumowanie grudnia





Koniec roku był szalony. Miałam trochę więcej czasu na czytanie, dłuższą chwilę mogłam też poświęcić na zamknięcie roku  miałam ambitny plan: opublikować wszystkie grudniowe recenzje przez zakończeniem roku  to mi wyszło.

Grudzień zleciał mi z prędkością światła. Z pewną ekscytacją skreślałam kolejne dni w kalendarzu i z niecierpliwością wypatrywałam Bożego Narodzenia  ten czas wiązał się z chwilą dla siebie, takim momentem na złapanie oddechu, którego ostatnio trochę mi brakowało.




Co udało mi się przeczytać w te wszystkie grudniowe wieczory? Przyznaję, że jak na ilość obowiązków, które mnie dopadły, całkiem sporo. Wiadomo, że nie samym czytaniem człowiek żyje, dlatego na końcu wpisu znajdziecie małe dodatki.



Przeczytane w grudniu





Ewka Dariusza Regulskiego to opowieść na jeden wieczór. Historię przeczytałam z przyjemnością, a ogromny krok w dobrą stronę, jaki poczynił autor, cieszy mnie niesamowicie. Bardzo osobista, mocno melancholijna, smutna i zapadająca w pamięć minipowieść. Autor zapowiedział, że to drugi tom Antytrylogii, możemy zatem wypatrywać jeszcze jednej książki w podobnym klimacie. 



Człowiek, który widział więcej Schmitta (jednego z moich ulubionych autorów) to lektura, której musiałam poświęcić nieco więcej czasu. Takie filozoficzno-religijne wywody wymogły na mnie skupienia uwagi i przemyślenia treści. Opowieść zrobiła na mnie wrażenie  może nie powaliła, ale przeczytałam tę książkę z przyjemnością i  jak to zwykle bywa przy schmittoczytaniu  znalazłam w niej coś dla siebie. Szkoda tylko, że nie dotarł do mnie papierowy egzemplarz.





Ojciec Chrzestny to jedna z tych opowieści, które znałam z ekranu, ale do przeczytania musiałam dojrzeć. I absolutnie nie żałuję, że zdecydowałam się na lekturę tej książki, ponieważ była to niesamowicie interesująca przygoda. Choć mafijne klimaty omijam raczej szerokim łukiem, to jednak tu nie mam żadnych wątpliwości  to powieść wyjątkowa, świetna, wielowątkowa i pełna emocji. Warto przeczytać.



Artemis Weira rozczarował mnie okrutnie. To młodzieżówka, jakich wszędzie pełno  nieśmieszna, mocno naciągana i w gruncie rzeczy nieciekawa. Spodziewałam się o wiele więcej po lekturze te książki, a dostałam mdłą pulpę, którą siorbałam powoli i bez smaku, licząc na jakiś smaczny kąsek. Cieszę się, że książkę przeczytałam na Legimi  takie rozczarowanie, kiedy nie wydało się na nią dodatkowych pieniędzy, jest mniej bolesne. Uf...



Nie odchodź Lisy Scottoline to kolejna książka z serii Kobiety to czytają!, którą przeczytałam z przyjemnością. Ta seria coś w sobie ma  coś, co mnie skutecznie przyciąga. I tym razem się nie zawiodłam, a opowieść o trudnym ojcostwie, niewygodnych sekretach i życiu wywróconym do góry nogami zrobiła na mnie wrażenie.





Kato-tata z serii Samo życie (moje pierwsze spotkanie z serią) okazał się książką tak ciężką, podłą i niesamowicie oburzającą, że trudno było mi przez nią przebrnąć bez paczki chusteczek pod ręką. Bolesna opowieść małej Halszki o dzieciństwie pełnym bólu, strachu, o niewyobrażalnej krzywdzie wbiła mnie w fotel. Zastanawiam się nad lekturą dalszych losów dziewczynki  Monidło i dorosła Halszka Opfer przede mną... Myślę jednak, że muszę dać sobie chwilę na pozbieranie się po tej grudniowej lekturze  na inne przyjdzie odpowiednia pora... Chyba po prostu obawiam się tego, co tam znajdę.



Stowarzyszenie umarłych poetów chciałam przeczytać już dawno temu, ale do tej pory jakoś się nie złożyło. Kiedy jednak dorwałam książkę, nie musiała czekać w nieskończoność na regale  zabrałam się za nią dość szybko i... prędko przekonałam się o tym, że wersja papierowa nie umywa się do filmowej. Książka powstała na podstawie scenariusza, więc może tu leży problem? W każdym razie sporo tu patetycznego biadolenia, króluje poczucie jednowątkowości, choć  trzeba przyznać  zakończenie może wycisnąć kilka łez.



Sekret, którego nie zdradzę to 12 tom przygód Rizzoli i Isles. Tess Gerritsen kolejny raz zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, a lektura tej książki była prawdziwą przyjemnością. Zbrodnia prawie doskonała, interesujące śledztwo, trudny wątek poboczny, mieszana narracja i zakończenie, które pozwala mi sądzić, że to nie ostatni tom tego cyklu  oby!





Dziesięć tysięcy żyć to historia, którą chwyciłam w ciemno. Tematyka dość oklepana, bo dotycząca reinkarnacji wcale nie wpłynęła negatywnie na moją ocenę tej książki, wręcz przeciwnie  pochłonęłam ją z ogromnym zainteresowaniem i byłam szalenie ciekawa, w jaki sposób zakończy się ta historia. Poza nieco mdłym wątkiem miłosnym było świetnie. To taka fantastyka z przyjemnym nieziemskim akcentem. 


Literatura dziecięca




Czarnoksiężnik z Krainy Oz to jedna z bajek mojego dzieciństwa  co prawda dotychczas znałam jedynie wersję filmową i animowaną, ale ogólnie co nieco kojarzyłam. Książkę przeczytałam bardziej dla siebie (niż dla córki), ale to mojemu dziecku przypadła bardziej do gustu. Tak w skrócie: to ładna, choć smutna opowieść; świat pełen magii, ciekaw rozwiązania, ale zabrakło mi w tym wszystkim jakiś większych emocji. Ładna, po prostu.



Magiczne Święta to książka, z którą spędziłyśmy calutki grudzień. Każdego dnia czytałyśmy opowieści, śpiewałyśmy kolędy czy robiłyśmy świąteczne dekoracje a nawet słodycze. Książeczka po brzegi wypełniona świątecznym klimatem, która doskonale nastraja i uprzyjemnia oczekiwanie na Boże Narodzenie. Z pewnością wrócimy do niej w 2018 roku.




Aksamitny królik  książka, która ukazała się po raz pierwszy w 1922 roku  to najlepsza historia dla dzieci, jaką przeczytałyśmy w tym roku. Cudowna, wzruszająca i niezwykle mądra bajka o życiu, przemijaniu i wielkiej miłości. Mocna rzecz, która rozbraja i zmusza do refleksji. Cudna!





Kreatywne książeczki autorstwa Tulleta znów w naszym domku. Nie będę tu owijać w bawełnę: wciąż są w użyciu, jeszcze się nie rozpadły, a każde kolejne podejście owocuje nowym pomysłem na ich wykorzystanie. To takie publikacje (kolorowe, pełne kształtów, otworów), które pobudzają fantazję dziecka, zachęcając je równocześnie do  działania. 



Obok książek



W grudniu popełniłam wpis okołoksiążkowy. Uświadomiliście mi, że muszę częściej publikować podobne posty. Tym razem padło na wyjaśnienie, czym się różni cykl od serii. Wiem, że to wiedza, która Waszego (i mojego) życia nie zmieni, ale myślę, że zawsze lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć. 






I to by było na tyle w grudniowym klimacie. 









Żegnaj 2017!





Rok 2017 był dla mnie przełomowy z wielu powodów. Do największych należał chyba powrót na etat po kilku latach pracy w domu. Cieszę się, że mogłam wrócić do szkoły, że znów mam kontakt z uczniami, mogę coś zdziałać i próbować zrobić coś dobrego. Poza tym moja córa poszła do zerówki, więc i jej życie wywróciło się do góry nogami. Mojego męża również, bo musiał przejąć sporą część moich "dzieciowych" obowiązków. Myślałam, że będzie gorzej, ale okazało się, że taka zmiana wyszła nam na dobre  to kolejne wyzwanie, któremu trzeba było sprostać i zacisnąć poślady, żeby wszystko zgrać, znaleźć przy tym czas dla siebie i oczywiście nie zwariować (za bardzo).

Praca na etat uświadomiła, jak dobrze zrobiłam, że zostałam z córą w domu. Teraz mamy dla siebie o wiele mniej czasu, chwytamy każdą chwilę, by pobyć razem, ale to wciąż za mało. Dlatego czytam mniej, mniej mnie też na blogu, bo po prostu rodzina jest ważniejsza i chcę poświęcić jej tyle, ile mogę. Nie oznacza to jednak, że z bloga rezygnuję - wiecie, strasznie mi szkoda tego, co z wykiełkowało z tego małego kroczku, który zrobiłam ponad 2 lata temu. To moje miejsce w sieci, które wciąż mnie cieszy, bawi, a kontakty z Czytelnikami dają mi mnóstwo satysfakcji i... przyjemności! I póki tak jest, będę walczyć o kilka chwil na blogowanie.

Tak szybko się mnie nie pozbędziecie!

Coś się jednak zmieniło... Ten mój kulinarny dodatek ostatnio (w sumie już od dłuższego czasu) leży i kwiczy. Zamiast gnić w kuchni, wolę po prostu postawić na coś szybkiego, a przy tym  co stwierdzam z żalem  mało fantazyjnego. Na bloga się te moje kulinarne wybryki nie nadają. Mam jednak nadzieję, że z czasem wrócę do kombinowania i jeszcze wiele razy uda mi się Was w tej sferze zaskoczyć.



Przeczytane w 2017 roku



Kiedy zastanawiałam się nad tym wpisem, po głowie krążyła myśl, że powinnam wyróżnić wszystkie książki, które udało mi się przeczytać w zeszłym roku. Na szczęście się opamiętałam, bo taka lawina linków nie jest Wam (ani mi) do szczęścia potrzebna. 

Przeczytałam wiele, bo ok. 150 książek - przyznaję, że trochę się w tych rachunkach pogubiłam, coś tam po drodze zaniedbałam, czegoś nie zapisałam. Jednak większość tego, co zajmowało mój wolny czas, znalazło się na blogu. Wszystkie recenzje znajdziecie w Katalogu Recenzji  tego na szczęście nie zaniedbałam (tzn. uzupełniłam ostatnio, ale ciii, jest, jak powinno być). 

Takie konkretne podsumowania, które serwowałam prawie systematycznie, znajdziecie poniżej. Znów widać tendencję spadkową, co jednak zrzucam na pracę (mniej czasu), długi urlop za granicą (na wyjazdach czytam niewiele) i masę innych rzeczy, które zajmowały moje serducho  w końcu nie tylko książką człowiek żyje...


Grudzień

Listopad

Październik

 Wrzesień 2017
Wrzesień

 Podsumowanie sierpnia
Sierpień

 Podsumowanie lipca
Lipiec

 Czerwiec 2017
Czerwiec

Maj 2017
Maj

 Podsumowanie kwietnia
Kwiecień

 Podsumowanie czytelnicze
Marzec

 Podsumowanie czytelnicze
Luty
 Podsumowanie stycznia
Styczeń



Książkowe targi i inne przyjemności



Zaliczyłam co nieco. Co prawda na Targi w Krakowie nie dotarłam (gorączka mi to skutecznie uniemożliwiła), ale byłam w czerwcu na Festiwalu Książki w Opolu, w październiku spotkałam z Jarosławem Wilkiem (na imprezie dla dorosłych), a na początku grudnia odwiedziłam Wrocławskie Targi Dobrych Książek.



W tym roku miałam przyjemność współpracować z wieloma wydawnictwami, zaufało mi wielu autorów, a do tego cały rok spędziłam ze "Świerszczykiem", którego moja córa pokochała całym serduchem. Okazało się, że nadaję się na Czytającą Wiedźmę i wiecie, dobrze mi z tym.

Objęłam patronatem Piętno Pielgrzyma. Naznaczoną autorstwa Janusza Lasgórskiego oraz Imię Pani Krzysztofa Koziołka. Napisałam rekomendację do Złego Romea, czytałam surową wersję Pana Przypadka i kobietonów oraz zostałam ambasadorką Pana Wilka tam i z powrotem.  Poza tym czytałam książki, które jeszcze się nie ukazały  moje drogie Blogerki szaleją  ale mam nadzieję, że ujrzą w tym 2018 roku światło dzienne. Trzymam mocno kciuki!

Z wielu takich przyjemności musiałam zrezygnować, bo po prostu zabrakło mi czasu na ogarnięcie tematu w odpowiednim czasie. Mam jednak nadzieję, że w końcu opanuję organizację do perfekcji i na wszystko znajdę  chwilę. 

Dziękuję za zaufanie  to mnie rozbraja za każdym razem. Takie wyróżnienia cieszą serducho.



Blogostrefa. Jedyne takie czasopismo dla blogerów



Odnoszę  wrażenie, że z numeru na numer jest coraz lepiej, dokładniej, ciekawiej  mam nadzieję, że podzielicie moje zdanie. 

Jeśli nie czytaliście jeszcze wpisu, w którym przedstawiłam mocną ekipę Twórców, którzy "wystąpią" w najnowszym - już trzecim! - numerze, zdradziłam kilka tematów i ogólnie ochałam i achałam, możecie to nadrobić teraz => Co nowego w magazynie?




Kochani, trzeci (i drugi) numer możecie zamawiać do 3 stycznia  do wyboru wersja PDF lub papier. Zamówienia (na papier) złożone po 3.01. będą słane już z czwartym numerem, więc jeśli nie chcecie tyle czekać, to zachęcam do szybkich zakupów :)

Linków garść:
Sklep (tu zamawiamy 2 i 3 numer) => klik
Facebook => klik
Instagram => klik


Mija już pół roku, od kiedy pracuję (wraz z cudownym zespołem) nad tym magazynem. Muszę przyznać, że to doświadczenie wiele mnie nauczyło: pozwoliło poznać blogerów od nieco innej strony, nawiązać nowe kontakty (i współprace), odświeżyć te, które nieco zaniedbałam. Praca nad tekstami i całą resztą przyjemności wymogła na mnie działanie systematyczne, z czym praktycznie zawsze mam problem, zmusiło do wyborów i krytycznego spojrzenia na siebie, do pokazania nieco ciemniejszej strony Marzenki, która musi czasem powiedzieć "nie".

Fot. Magdalena Mizera


Poza tym to czasopismo dodało mi odwagi, bo kto by pomyślał, że będę jechać do Warszawy na sesję zdjęciową, kiedy unikam aparatu jak ognia, ale też podniosło nieco poczucie mojej wartości  przekonałam się, że potrafię więcej, mogę więcej i... chcę więcej, niż myślałam.

Zachęcam Was do stawiania sobie wyżej poprzeczki  to uczy pokory, ale też wyzwala taką niepohamowaną chęć do sięgania gwiazd. Dobra rzecz.



Plany?



Zaskoczę Was, ale w tym roku nie planuję niczego. Chyba jestem takim typem, który po prostu musi iść na żywioł, żeby coś z tego wszystkiego wyszło. Ten brak planowania ma to do siebie, że potem nie mam wyrzutów sumienia, że coś pominęłam, czegoś nie zrobiłam, zaginęłam gdzieś w akcji. 

Nie będę brać udziału w żadnych wyzwaniach czytelniczych, bo czytanie z wytycznymi kompletnie nie leży w mojej naturze - czytam impulsywnie, zgodnie z nastrojem i tyle, ile mogę. Nie chciałabym psuć sobie tej przyjemności, zatem jedyne postanowienie: będę czytać, po prostu.

Blog nadal będzie częścią mojej codzienności, bo nadal mnie cieszy i bawi, nadal sprawia przyjemność i pozytywnie zaskakuje. Może od czasu czas wrzucę jakiś przepis, może nie  wszystko wyjdzie w praniu.

Będę wierna swojemu postanowieniu i każdą z przeczytanych (i ukończonych, rzecz jasna) książek postaram się zrecenzować... no, chyba że jakaś mi umknie. To taki mój mały sposób na uczenie się systematyczności; wiem, że mielę ten temat bez końca, ale może kiedyś go ogarnę! Oby :)

Nie będę organizować już Book Tourów  oczywiście dociągnę do końca te, które trwają, ale nowych nie będzie. Wiecie, tyle razy się zawiodłam, naprosiłam, nakombinowałam... Niektórzy nie pojęli idei, a szkoda, bo to wyśmienita zabawa.

Na pewno poprawię się w odpisywaniu na Wasze komentarze. Ostatnio nieco to wszystko zaniedbałam, odbierając sobie tym mnóstwo radości. Nie wiem, co mnie pojechało, ale czas wrócić na dobre tory. Bez tego blogowanie mija się z celem. Obiecałam sobie również, że będę częściej komentować Wasze wpisy, bo z czytaniem jestem na bieżąco, ale reszta... Wyłuskam na to czas, bo podejrzewam, że wpisy pod postami cieszą Was tak samo jak mnie :)

Bujo w zeszłym roku sprawdził się idealnie, zatem bez większych przygotować  będę kontynuować. Czasem mam wrażenie, że w ogóle zginęłabym bez tego kalendarzo-dziennika. O moim notesie opowiem Wam kiedyś coś więcej  szału nie ma, bo daleko mu do dzieł sztuki tworzonych przez niektóre dziewczyny, ale sprawdza się na co dzień, więc na plus. Cóż, zdolności plastycznych u mnie brak, za  to kocham wszelkie tabelki!

Jest jeszcze rzeczy, o których chciałabym Wam opowiedzieć: nowe projekty, pomysły, garść marzeń i takie mocne postanowienie na ten rok (może coś z tego wyjdzie), ale pomęczę Was może następnym razem. A reszta? Resztę, Kochani, zostawię dla siebie :)


Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca wpisu. Daliście radę?

Życzę Wam magicznego 2018 roku  zaczytanego, satysfakcjonującego, pełnego wyzwań, sukcesów i radości.

Ściskam mocno i czekam na Wasze podsumowania grudnia i roku (linki mile widziane).