czwartek, 25 stycznia 2018

Zdanie po zdaniu: "500 zdań polskich" J. Bralczyk




Zatem niech inni wiedzą, że Polacy to nie byle co, że sroce spod ogona nie wypadli, że nie mówią po gęsiemu.


Tytuł zainteresował mnie już jakiś czas temu – książkę wypatrzyłam na stanowisku wydawcy, podczas grudniowych targów książki we Wrocławiu. Nie wiem jednak, jakie zaćmienie mnie wtedy nawiedziło, ale ostatecznie jej nie kupiłam (i w sumie jeszcze jednej, która leżała tuż obok). Na szczęście publikacje Bralczyka pojawiły się na Legimi. Nawet nie wiecie, jak się ucieszyłam, bo autora cenię. Najbliżsi utrzymują, że jestem dziwna, bo kto chciałby czytać "jakieś rozprawy o zdaniach, i w dodatku polskich?". Cóż, może i nie jest ze mną najlepiej, jakieś językowe skrzywienie wychodzi w najmniej oczekiwanych (lub wcale) momentach, a czytanie tej książki zajęło mi mnóstwo czasu, bo chciałam wyciągnąć z niej jak najwięcej. I może nie jest to trzymająca w napięciu powieść, nie poradnik, który zmienia życie, ani nawet lekka powiastka pochłaniana w międzyczasie ku pokrzepieniu. A jednak to publikacja, z którą warto się zapoznać. 500 zdań polskich autorstwa Jerzego Bralczyka, z przyjemnym wstępem Jana Miodka, może zachwycić, choć zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy się w tym odnajdzie.



Wyobraźcie sobie zdanie: powiedzenie, przysłowie, hasło reklamowe, propagandowe czy nawet fragment piosenki – macie to? A może bliższe Wam będą zaklęcia, dziecięce wyliczanki czy fragment Dziadów? Cokolwiek. Rozłóżcie je na czynniki pierwsze, a do każdego z nich dopiszcie osobną historię. Teraz przyjrzyjcie się słowom – w połączeniu z pozostałymi i w izolacji, odnieście je do codzienności, poszukajcie w literaturze, sztuce, polityce, w sobie. Pogdybajcie, zastanówcie się nad ich znaczeniem, umiejscowieniem, zależnością czy sensem. Wspaniała zabawa. Serio!

To ciekawe doświadczenie, a przy tym bardzo pouczające. Treściwe omówienia, które z powodzeniem można nazwać felietonami, pozwalają czytelnikowi na "wejście w słowo", choć podejrzewam, że trudno byłoby dorzucić do tych "opowieści" swoje trzy grosze. Autor doskonale wie, co i w jaki sposób chce nam przekazać – pozostaje podążać wyznaczonym szlakiem i po prostu cieszyć tym, co na nas spływa. A jest tego wiele.

Na pewno przeczytam drugą książkę – 1000 słów – jednak tym razem postawię na papierową wersję, bo brakowało mi w tej elektronicznej możliwości swobodnego przeskakiwania między tematami. Każde zdanie można oczywiście czytać osobno, nie jest tu konieczne zachowanie kolejności – można pomijać, powracać, omijać. Ja nie omijałam i może troszkę żałuję, bo zdanie zdaniu nierównetzn. nie, że gorsze czy mniej ciekawe, ale po prostu dalekie od obszarów moich zainteresowań. 

To nie jest książka dla każdego, ale wydaje mi się, że każdy powinien spróbować, bo być może siedzi w Was pęd do wiedzy, potrzeba delektowania się słowem, o które się dotąd nie podejrzewaliście. 500 słów wciąga – kiedy już się zacznie, chce się więcej, bo to po prostu zaskakujące. Chciałam odłożyć tę książkę, porzucić, ale wciąż  coś mnie do niej ciągnęło i tak – zdanie po zdaniu – przeszłam przez sztukę, politykę, film, muzykę, literaturę, wierzenia i codzienność, ale to tylko część tego, z czym się zmierzycie podczas tej podróży.