poniedziałek, 5 lutego 2018

Styczeń dość leniwy



Zapraszam Was na błyskawiczne, bo leniwe podsumowania miesiąca.




Styczeń przeleciał mi przez palce. Niby miałam ferie, więc powinno mi wystarczyć czasu na wszystko, a jednak go nie znalazłam. Chociaż się starałam. Nie było całkiem leniwie, bo udało mi się zrobić kilka ważnych i dobrych  rzeczy, załatwić parę istotnych spraw, które – mam taką nadzieję – zaowocują w przyszłości. Trzymajcie kciuki!

Czytałam, bo nie tak, że na przyjemności mi czasu zabrakło. Gorzej jednak z pisaniem... dawno nie miałam takiej awersji do komputera – musiałam do tego wszystkiego trochę odpocząć. ALE! Treści do kolejnego numeru "Blogostrefy. Jedynego takiego czasopisma dla blogerów" są gotowe, wymieniłam z milion maili i wiadomości, a przy okazji napisałam kilka recenzji, choć – przyznaję z bólem – moja systematyczność kuleje. Jakiś zimowy letarg?

W styczniu udało mi się przeczytać kilkanaście książek i, co ważne, większość z nich była naprawdę dobra. Na blogu pojawiły się opinie o kilku z nich. Reszta potem, gdzieś i kiedyś.

Ostatnio nawet Facebook mnie atakuje hasłami typu: nikt nie ma z tobą kontaktu. On do mnie mówi! W każdym razie fani na FB się ostali, więc nie  ma jeszcze tragedii. Na szczęście. I już dziś zapowiadam, że pojawi się wkrótce konkurs albo dwa czy trzy. Zobaczymy.


Co jeszcze?


W lutym pojawię się na konferencji Blogerzy we Wro => klik, o której wspominaliśmy w poprzednim numerze magazynu. Jestem podekscytowana! Nie wiem jeszcze,  jak wstanę w niedzielę o świcie, ale ogarnąć trzeba – nie ma zmiłuj.

Żeby już Was nie zamęczać, nie przedłużać i nie marudzić, bo przecież obiecałam błyskawiczne podsumowanie, przejdę do tych moich recenzji.



Malowanego ptaka autorstwa Jerzego Kosińskiego czytałam już kilka lat temu. Pamiętam, że wtedy ta książka, ta opowieść bezimiennego chłopca zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Pamiętam, że przeżywałam wszystko razem z nim, że płakałam, kiedy on płakał i nie mogłam pogodzić się z obrazami, które mu towarzyszyły, z paskudnymi obrazami ludzkiego upadku. Tak było wtedy, a dziś? Niewiele się zmieniło, choć może podeszłam do lektury z większym dystansem, choć może starałam się nieco odsunąć od tych paraliżujących treści. Niewiele, bo przecież ta historia była mi znana – wiedziałam, czego mogę się spodziewać – a jednak... cóż, obok wielu rzeczy, spraw i emocji nie sposób przejść obojętnie i nie jest ważne, ile razy mamy z nimi do czynienia. Po prostu.





W 13 minutach Sarah Pinborough rzuca nas w zimne wody, uśmierca na kilka chwil, a potem... dopiero potem zaczyna się prawdziwy koszmar, bo trafiamy do "ula" – witajcie w szkole średniej, która rządzi się swoimi prawami, a żeby przetrwać, trzeba... no właśnie? Jak nie dać się zadziobać? Komu zaufać? Jak utrzymać się na powierzchni? Cóż, witajcie w piekle.





Ostatnio czytam córce może nie rzadziej, ale na nieco mniejszą skalę. Ewcia po szkole jest wymęczona, ja, po pracy, staram się najpierw ogarnąć sprawy najważniejsze, nagłe, bieżące – dopiero potem przychodzi czas na lekturę, którego jednak nie mamy zbyt wiele, bo zaraz trzeba iść spać. Robimy zatem podejścia do dłuższych historii, ale dzielimy je na raty i wszystko nam się trochę rozwadnia, bo zanim przypomnimy sobie, o czym czytałyśmy dzień wcześniej, trzeba już powoli zbliżać się do końca czytania. Dawno już nie miałyśmy do czynienia z taką opowieścią, którą udałoby się nam pochłonąć za jednym zamachem. Córkę dopadło coś w rodzaju kaca książkowego, za co jestem odpowiedzialna, bo mogłam po prostu odłożyć "długaśną" powieść dla maluchów i skupić się na czymś bardziej zwartym... I nagle mnie oświeciło, a to za sprawą Kaczki, co przebrała miarkę autorstwa Pana Poety.




Czerwony Parasol, którego autorem jest Wiktor Mrok, zainteresował mnie szczególnie opisem na okładce. Przyznaję, że dawno – szczerze mówiąc, nie pamiętam już, kiedy to było – nie czytałam książki w takim mocno sensacyjnym klimacie. Jednak nie to zaintrygowało mnie najbardziej, ale wzmianka o historii opartej na faktach, którą wyciągnięto z tajnych akt służb specjalnych. Brzmi fascynująco, prawda? Nie wiem w sumie, czego oczekiwałam po lekturze tej książki, bo właściwie na nic konkretnego się nie nastawałam. A co mi się trafiło?






Kiedy myślę o Grzesznicy autorstwa Petry Hammesfahr (ech, nigdy nie zapamiętam tego nazwiska), od razu nasuwa mi się na myśl dość potoczne określenie: schiza. Ta książka jest nieziemsko pokręcona, psychodeliczna i kompletnie nieprzewidywalna. Chciałabym stwierdzić, że potrafiłam domyślić się zakończenia, ale to byłoby kłamstwem. Nie wiedziałam, do samego końca, jaki będzie finał tej historii.




Kolejna książka Magdaleny Majcher – Wszystkie pory uczuć. Zima z wydawnictwa Pascal – za mną. Historia idealnie wpisuje w tę porę roku, choć wiele w niej ciepła. Autorka wprowadza nas w mroźny klimat, kusząc tańcem płatków śniegu, ale też rażąc bezwzględnym chłodem. Odwiedzimy Zakopane, zaszyjemy się na dłużej w znajomym już (z Jesieni) Sosnowcu. Dość jednak tych pogodowo-przestrzennych umiejscowień – czeka nas bowiem coś więcej: niesamowita podróż w czasie.







Tytuł zainteresował mnie już jakiś czas temu – książkę wypatrzyłam na stanowisku wydawcy, podczas grudniowych targów książki we Wrocławiu. Nie wiem jednak, jakie zaćmienie mnie wtedy nawiedziło, ale ostatecznie jej nie kupiłam (i w sumie jeszcze jednej, która leżała tuż obok). Na szczęście publikacje Bralczyka pojawiły się na Legimi. Nawet nie wiecie, jak się ucieszyłam, bo autora cenię. Najbliżsi utrzymują, że jestem dziwna, bo kto chciałby czytać "jakieś rozprawy o zdaniach, i w dodatku polskich?". Cóż, może i nie jest ze mną najlepiej, jakieś językowe skrzywienie wychodzi w najmniej oczekiwanych (lub wcale) momentach, a czytanie tej książki zajęło mi mnóstwo czasu, bo chciałam wyciągnąć z niej jak najwięcej. I może nie jest to trzymająca w napięciu powieść, nie poradnik, który zmienia życie, ani nawet lekka powiastka pochłaniana w międzyczasie ku pokrzepieniu. A jednak to publikacja, z którą warto się zapoznać. 500 zdań polskich autorstwa Jerzego Bralczyka, z przyjemnym wstępem Jana Miodka, może zachwycić, choć zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy się w tym odnajdzie.





Czasami kłamię autorstwa Alice Feeney to książka, po którą sięgnęłam w ramach lektury miesiąca wybranej przez Klub Książki Przeczytaj i Podaj Dalej. Być może kiedyś dotarłabym do tego tytułu, tym bardziej że w pewnym momencie okładka atakowała mnie na każdym kroku, ale przyznaję, że niespecjalnie mnie interesował. Jak się okazało – niesłusznie, bo to dobra historia.



I z recenzji tyle. Nie popisałam się w tym miesiącu, ale wiecie... spędziłam mnóstwo czasu z córką i to naprawdę jest warte wszystkich tych blogowych zaniedbań.

Co jeszcze dobrego?


Dotarł do mnie trzeci numer "Blogostrefy..." - wspaniały. Czytanie w papierze – przynajmniej magazynu – to zupełnie inna jakość obcowania z tekstem. Jestem zadowolona. I mam nadzieję, że z numeru na numer będzie coraz lepiej. A musicie wiedzieć, że do kolejnego, czwartego, mam dla Was ekipę doskonałą. Tzn. nie mam, ale zaprosiłam cudnych ludzików do współpracy (i oczywiście dziewczyny – Miłka i Paulina – wciąż są ze mną).



Z takich bardziej przyziemnych spraw... wróciłam do swojego koloru, który wcale nie wygląda jak mój, ale jakoś będę musiała z tym żyć. Od dziś nie ufam fryzjerom! Chociaż muszę przyznać, że jest lepiej, bo chyba po prostu już gorzej być nie mogło.

W lutym – już jutro – pojawi się kilka recenzji książek, które przeczytałam w styczniu. Na pewno opowiem Wam o Woła mnie ciemność. Daję Ci wieczność. Akt I, nie zabraknie też książki Lisy Scottoline oraz polskiego dobrego policyjnego "dzieje się" – tu bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Aleksander Sowa.

Pokazałabym Wam moje styczniowe łupy, ale podejrzewam, że mąż wyrzuciłby mnie z domu, gdyby zobaczył, ile tego w tym miesiącu przybyło. Dlatego powiem tylko, że zapełniłam całą półkę mierzącą ok. 80 cm. Yyy, można wyliczyć średnią :)

I już kończę, bo mogłabym tak Was zanudzać jeszcze i wciąż, ale wiecie – życie czeka, więc nie będę Was jakoś specjalnie  zatrzymywać. 

Opowiadajcie, jak tam Wasz styczeń? No i co z postanowieniami noworocznymi? Trzymacie się jeszcze?

Zaczytanego lutego!