czwartek, 29 marca 2018

Dziwna przygoda z "Wielkim finałem" M. Migalskiego



Nawet pod koniec życia nie potrafię myśleć samodzielnie i oryginalnie.
A może zwłaszcza pod koniec życia?
Może na samodzielność i oryginalność można się zdobyć tylko w młodości, gdy jeszcze nie przesiąkliśmy tymi wszystkimi schematami myślowymi? Może z każdym rokiem coraz trudniej wyplątać się z tego, co oferuje nam język, a właściwie, co nam nakazuje?



Po książki z wydawnictwa Od deski do deski sięgam w ciemno, nie będzie więc dla Was zaskoczeniem, że i najnowsza powieść znalazła się na liście moich przeczytanych. Tym razem ruszyłam z Markiem Migalskim w niedaleką przyszłość, bo do roku 2025, by dowiedzieć się, o co tyle szumu, a chodzi o Wielki finał, więc powinno być przecież dość spektakularnie, czy było? To chyba najtrudniejsze pytanie, na które trudno mi odpowiedzieć. Ta książka wzbudziła we mnie tak wiele tak sprzecznych emocji – smutek, radość, obrzydzenie, znudzenie czy ciekawość – że naprawdę nie sposób odpowiedzieć jednoznacznie, czy to jest to, o co mi chodziło. Nie potrafię też powiedzieć wprost – tak z pełnym przekonaniem – czy polecam Wam tę historię, czy raczej odradzam. Trudne sprawy...


Eutanazja na życzenie


Problem poruszony w książce jest aktualny i ważny, bo przecież temat eutanazji budzi tak wiele emocji i wciąż jest na tapecie – ma zwolenników, którzy są przekonani, że każdy ma prawo decydować o sobie, ale też przeciwników – bo przecież życia odbierać nie wolno, a poza tym, kto miałby się zająć? 



Marek Migalski zbudował rzeczywistość, w której ludziom dana jest taka możliwość – nawet nie trzeba dożyć późnej starości, by móc zakończyć swój żywo – co więcej, ułatwia się im ten proces, a nawet namawia, bo w końcu ekonomia jest istotna, a i prawa człowieka nie mogą zostać pominięte. W każdym razie w tej niedalekiej przyszłości człowiek ma prawo do eutanazji. Może to zrobić w każdej chwili, ale jedną z najlepszych opcji – jeśli tylko stać go na to – jest pobyt w "ośrodku" z all inclusive, a potem odejście z tego świata w niemal błogim stanie i z uśmiechem na ustach. 

Główny bohater trafia – oczywiście na własne życzenie, za które słono zapłacił – do takiego przybytku. Wybrał piękne, odosobnione miejsce w Afryce, gdzie wszystko jest "za darmo" (w zależności od opłaconego pakietu), wszystko można i nic nie trzeba. Marek czeka na swój wielki finał, oddając się w ręce pięknych prostytutek, jedząc frykasy, popijając (czasem za dużo) i delektując się chwilą, o co nigdy się nie podejrzewał. To jednak nie wszystko, bo przecież tam też są ludzie, z którymi nie musi rozmawiać, ale... człowiek jest przecież zwierzęciem stadnym, więc i Marek czasem pozwala sobie na rozmowę. Ta kręci się głównie wokół powodów, dla których ludzie decydują się na "wielki finał". Nie będę Wam opowiadać o tych powodach, powiem jedynie, że to, co jednym wydaje się błahe i niepoważne, dla innych stanowi centrum wszechświata... Ważnym tematem rozmów są również polityka i wszelkie filozoficzno-społeczne rozkminy. Nie zawsze to rozważania porywające i ciekawe, czasem nużą i denerwują, ale ogólnie... no, czego oczekiwać po przyszłych truposzach? 

W powieści ważna jest też miłość – chyba nawet najważniejsza. To ona jest często prowadzi ludzi do punktu bez wyjścia, ale też to właśnie to uczucie jest niesamowitym motorem napędowym dla ludzkości. Czy jednak poznana w "ośrodku" dziewczyna, czy ciąg niezapomnianych chwil, czy cokolwiek jest jeszcze w stanie coś zmienić? 

Ta książka mnie mocno wkur...zyła


Wielki finał to jedna z tych opowieści, która działa na nerwy – przynajmniej moje. Byłam wściekła, kiedy czytałam tę książkę, bo w sumie nie znalazłam w niej tego, co spodziewałam się znaleźć. Myślałam, że  ta eutanazja będzie tematem, który mnie poruszy, ale autor chciałam chyba ugryźć sprawę z zupełnie innej strony – co w sumie też dobre, bo odbieranie sobie życia przyjęłam bez mrugnięcia okiem, przyjęłam to jak coś, co po prostu jest, ja bohaterowie powieści. Dziwne doświadczenie, ale pouczające. I to nie minus tej historii, ale jej ogromna zaleta.

Pomijam rozmowy o polityce, które mnie totalnie znudziły – to kompletnie nie mój klimat, zatem nie znalazłam w tych rozważaniach, wymianach zdań między bohaterami niczego, co jakkolwiek by mnie poruszyło. A trzeba zaznaczyć, że tych fragmentów było całkiem sporo. 

Nie poruszyło mnie też uczucie, które połączyło dziwkę na godziny z głównym bohaterem... To było takie... hm, niepotrzebne? Niektóre z aktów były po prostu niesmaczne i w sumie zbędne dla fabuły. Dowiedziałam, że tylko, że ona lubi butelki, a on lubi w ogóle, ale masaże najbardziej. Nie jest jednak tak źle, bowiem (pomijając te nieszczęsne zabawy, które niczego nie wniosły) sam związek ma ogromne znaczenie dla powieści. Powiem więcej – to dopiero WIELKI FINAŁ. I niczego więcej nie dodam.

Książkę czytało mi się bardzo nierówno. Z jednej strony to niesamowicie ważny temat i w ogóle świetny pomysł na fabułę, ale z drugiej te polityczne wstawki i zbędne miziania dłużyły mi się niemiłosiernie. To książka, którą chciałam odłożyć, ale wciąż dawałam jej szansę, by poznać w końcu powód, dla którego Marek zdecydował się odejść. I tu Was zaskoczę! Zakończenie tej opowieści zrobiło na mnie duże wrażenie: kompletne zaskoczenie. O to właśnie chodzi.

Wielki finał to książka, o której mogłabym dyskutować godzinami. Chyba właśnie za to cenię ją najbardziej, bo przecież literatura powinna wywoływać dyskusję, tarmosić emocjami, działać na odbiorcę – ta historia ta działa. Autor podszedł do tematu w sposób bezpardonowy, uderzając w nasze czułe punkty, obracając z pozorną niedbałością temat, który wymaga przecież konkretnego omówienia. 

Czy czytać? Mam nadzieję, że jednak sięgniecie po tę książkę, bo z ogromną przyjemnością o niej porozmawiam! Takie dawki dziwności nie można pominąć milczeniem. O!