piątek, 6 kwietnia 2018

10/10: "Duchy Jeremiego" R. Rient



Zrobiłem się mniejszy, niż kiedykolwiek byłem, i wszystko w środku mi się rwało, to pewnie przez ten zimny wiatr. 



Nie mam pojęcia, jaka siła przyciągnęła mnie do tej książki, bo wcześniej nie słyszałam o autorze (co więcej, myślałam, że to jakiś zagraniczny pisarz!), okładka nigdzie mi nawet nie mignęła, na Legimi powieść wisiała wśród tysiąca innych, o których wiedziałam cokolwiek. A jednak wybrałam Duchy Jeremiego autorstwa Roberta Rienta. Wybrałam ją dwukrotnie... Pierwsze podejście – zaraz po ściągnięciu – nieudane. Książkę odłożyłam po przeczytaniu pierwszych dwóch rozdziałów – to nie był mój dzień, nie ta wrażliwość, nie ta potrzeba. Drugie – jakiś czas później, właściwie przypadkiem – przepadłam, pochłonęłam, emocjom nie było końca. 

Wiecie, nigdy tego nie robię, ale tym razem zaczepiłam tego nieznanego mi autora i... po prostu podziękowałam mu za tę opowieść. Takiej powieści się po prostu nie spodziewałam. Rzadko też wystawiam książkom najwyższe noty (w ogóle nie lubię tych wszystkich gwiazdeczek czy ocen) – tu z czystym sumieniem daję 10/10; to jest TO.



Bo życie boli


Czasem zastanawiam się, ile bólu można pomieścić w jednej opowieści. Jak bardzo trzeba naszpikować historię żalem, smutkiem i beznadzieją, by wciąż była "zjadliwa" – nieprzesadzona – a jednak trafiała w ten czułe struny, które (raz poruszone) długo jeszcze w nas drgają, a melodia, która wybrzmiewa, wciąż kołacze się nam w myślach. 

Nie przepadam za opowieściami, które przyganiają nadmiarem głównego bohatera – zwykle ten nadmiar urasta do rangi totalnego wszystkiego, z którym nie sposób walczyć. To "wszystko" przytłacza również Czytelnika, który z pewną dozą nieśmiałości stwierdza, że historia jest przesadą, bo ileż można zrzucić na barki jednostki. 

I tu pojawia się to niesamowite uczucie, które kiełkowało we mnie podczas czytania Duchów Jeremiego: ta opowieść jest pełna bólu, smutku i tragedii, a jednak tak umiejętnie wyważona, że nie sprawia w żadnym razie wrażenia zmyślonej. Kiedy dodamy do tego bardzo prostą, a wręcz banalną formę przekazu (narratorem jest nastoletni chłopiec, jeszcze dziecko), całość nabiera głębokiego znaczenia. Jestem pewna, że wielu z Was znajdzie w tym dziecku cząstkę siebie.




Opowieść Jeremiego trafia w sedno – tak na granicy realizmu i magii, nie przejmujcie się jednak – tu wszystko jest rzeczywiste. Paradoks? Tematyka to ogół cierpień – wspominana z lękiem Zagładę – oraz ból jednostki: ma szeroki wymiar, bowiem młody musi się zmierzyć z koniecznością przyjęcia swojej tożsamości (co wcale nie jest takie proste) i poznania przeszłości, ale to również kameralna, intymna historia o rodzinnej tragedii – odejściu matki chorej na raka, z którym muszą się zmierzyć wszyscy członkowie rodziny; porusza do głębi. To powieść o relacjach wiszących na włosku, drżącym sercu dziecka, niewyrażonym żalu, ogromie smutku, ale przede wszystkim próba odnalezienia siebie w nowym, wykrzywionym i naznaczonym śmiercią świecie. 

Na szczególną uwagę zasługują nie tylko emocje, którymi raczy nas autor, również nie ta narracja, co trafia w nas ze zdwojoną mocą, ale przede wszystkim kreacje bohaterów – są prawdziwi aż do bólu. Wchodzimy w ten wykreowany, nieco życzeniowy świat dziecka, który nieświadomie mówi o emocjach dorosłych – przekazuje nam ten obraz w sposób totalnie banalny, a jednak – a może właśnie dlatego? – tworzy przejmujący obraz istnienia.

Myślę, że nie istnieje żaden wzór na podanie emocji, tak by potem długo jeszcze buzowały w krwi czytelnika, ale wiem, że Robert Rient znalazł na to swój sposób i to, co stworzył, jest po prostu niezapomniane, wyjątkowe i niesamowicie dobre. Tak doskonałej historii dawno już nie czytałam i żadna z tych lepszych, czytanych w ostatnim czasie, nie trafiła tak mocno i konkretnie, nie zmiażdżyła mnie, aż tak.

Żałuję tylko jednego: że nie potrafię w tak drażliwy, przejmujący sposób (jak robi autor) przekazać Wam, jak ogromne wrażenie zrobiła na mnie a opowieść. Żałuję, że nie możecie poczuć teraz tego, co wciąż buzuje pod moją skórą, kiedy myślę o tej historii – bo myślę, nieustannie. Mam nadzieję, że po prostu uwierzycie mi na słowo i sięgniecie po Duchy Jeremiego, że dacie im szansę – jak nie za pierwszym podejściem, to za kolejnym. Dajcie się pokierować temu dziecku i po prostu w TO wejdźcie. A może bohater stanie się Wam szczególnie bliski, a może ta opowieść otworzy Wam oczy na wiele spraw, których nie potrafiliście dotąd zakończyć? A może uznacie, że to jest TO?