poniedziałek, 16 lipca 2018

W dobrym stylu: "Ona przyszła ostatnia" T.M. Rudzka



Większość ludzi pragnie zostać zapamiętana, mieć przynajmniej pięć minut sławy, nawet jeśli zdają sobie sprawę, jak bardzo te rzeczy są nietrwałe i ulotne i jak często przypadają niewłaściwym osobom.



Z prozą Teresy Moniki Rudzkiej spotkałam się po raz pierwszy w zeszłym roku, kiedy to miałam okazję przeczytać Wszystkie dżinsy M. oraz Świtezianki. W tym roku czas na książkę w nieco innym klimacie – tu mnie autorka zaskakuje, bo widać, że nie trzyma się jednego gatunku, a potrafi odnaleźć w wielu – Ona przyszła ostatnia to najnowsza powieść pisarki, która tym razem zaserwowała swoim czytelnikom kryminał.

W tym miejscu wypada wspomnieć, że według wydawcy kryminał utrzymany jest w stylu powieści Agathy Christie, czego jednak nie jestem Wam w stanie potwierdzić, bowiem żadnej książki Christie jeszcze nie czytałam. Tak, wiem – wstyd i hańba, ale tak jakoś wyszło. W każdym razie dostajemy kryminał bardzo sprawnie skomponowany, interesujący i dający nam spore pole do popisu – możemy podjąć grę i wyśledzić sprawcę, a całość układa się logicznie i nie nuży.

Mamy trupa


Wiadomo, że w kryminale trup musi być, przynajmniej jeden. Tu mamy do czynienia z jednymi tylko zwłokami, ale za to z jakimi! Zginął wzięty właściciel wydawnictwa Piękne Słowa. Oczywiście każda śmierć jest tragedią, ale w przypadku naszego denata problem wydaje się bardziej skomplikowany – trudno wskazać sprawcę, ponieważ zdecydowana większość obecnych na panelu literackim miała motyw. 

I w sumie wiadomo, że w przypadku  takiej zbrodni wszyscy są podejrzani, ale w końcu nie na co dzień policja musi zmierzyć się z hardą rozwścieczonych, zazdrosnych, zawistnych i często mijających się z prawdą kobiet.




Szybko wchodzimy w sytuację, bowiem mężczyzna ginie praktycznie  na początku tej opowieści. Potem pozostaje już tylko dochodzenie do tego, która z kobiet – pisarek, redaktorek – wyszła z jego pokoju jako ostatnia, pozostawiając martwe ciało na podłodze. Sprawa jest dość skomplikowana, bowiem wydawca miał tej nocy wielu gości – każdy chciał o czymś porozmawiać – i naprawdę trudno dojść do tego, kto przybył na samym końcu.

Dochodzenie jest oparte na dość luźnej konwersacji z uczestnikami panelu – każdy został przesłuchany, choć trudno mówić tu o profesjonalnym podejściu stróżów prawa do sprawy. W całej akcji towarzyszy im Remedios – pisarka, lekarka – która wykorzystuje swoją znajomość literackiego światka, by rozwiązać tę zagadkę. Można rzec, że kobieta prowadzi to śledztwo ramię w ramię z miejscowymi komisarzami – cywil bierze sprawy w swoje ręce!

W tym czasie w nałęczowskiej "Przepióreczce" huczy od plotek, pomówień, a całość doprawiona jest jadem – trwa walka o uznanie, zbrodnia zyskuje niesamowity potencjał reklamowy, a na Facebooku pod zdjęciami z "imprezy" sypią się kolejne lajki i serduszka! Można śmiało rzec, że internetowa społeczność wydała już werdykt. Cóż, policja chyba dała tu trochę ciała.

Kto zabił? Myślę, że dojdziecie do tego, prędzej czy później, a może wcale? Na pewno nieźle się ubawicie czytając te wszystkie tłumaczenia.

Gdzie leży prawda?


Powiem Wam, że w tej historii jest wiele prawdy. Teresa Monika Rudzka posiada doskonały zmysł obserwacji i nie boi się pisać wprost o niektórych nieprzyjemnych sprawach. autorka obnaża literacki światek, wyciągając na wierzch wszystkie jego grzeszki. Z pewnością znajdziecie w książce wiele sytuacji, które – jeśli jesteście recenzentami albo macie kontakt z wydawnictwami czy autorami – wydadzą się Wam znajome lub choćby mocno prawdopodobne. Tu nie ma owijania w bawełnę, a o niektórych precedensach mówi się wprost – przyznaję, że to wcale nie nastraja optymistycznie, a wręcz zmusza do zastanowienia się nad tym, w jakim klimacie przychodzi nam czytelnicze bytowanie.

Kryminał utrzymany jest w przyjemnym klimacie – nie znajdziecie tu obrzydliwych opisów zbrodni, raczej zmierzycie się z faktem, że trup jest, chociaż nie powinno go być. Książka zawiera wiele humorystycznych akcentów, które niewątpliwie umilą lekturę. Do tego czyta się błyskawicznie i bez żadnych tarć, a jeśli "siedzicie w tej branży", tym bardziej docenicie  tę kryminalną rozgrywkę.

Historii nie określiłabym mianem "wybitnej", ale porządnie wciąga i zapewnia kilka chwil wyśmienitej rozrywki, wyzwalając w czytelniku detektywistyczne zapędy. Wszystko tu trzyma się kupy, a branżowe problemy naszych pisarek, redaktorek i powiązanie ich z procesem wydawniczym dostarczają materiału do refleksji. Przyznaję, że nie jest to typ kryminału, do którego przywykłam, bo jednak brakowało mi odrobinę tej mocno krwawej otoczki i śledztwa prowadzonego z należytą powagą.

Ona przyszła ostatnia Teresy Moniki Rudzkiej to interesująca opowieść o zbrodni, która mogła być dziełem każdego, absolutnie każdego bohatera tej opowieści. Przyznacie, że taka opcja daje czytelnikowi spore pole do popisu, zmuszając go wytężenia umysłu i poskładania w całość tej kryminalnej rozsypanki. 

Spróbujcie, a przy okazji  zerknijcie na Okiem widza i nie tylko.