wtorek, 12 listopada 2019

Dwie epoki, jedna klątwa: "Inkub" A. Urbanowicz



Kiedy zdajesz sobie sprawę, że źródło twojego lęku to nie bajka,
strach rośnie w siłę.

Artur Urbanowicz, Inkub, Vesper, Czerwonak 2019.

Inkub to najdroższa książka, którą kupiłam w tym roku. Rzadko wydaję tyle pieniędzy na papier, ale w tym przypadku nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności. Musiałam po prostu przeczytać tę opowieść, a że wersji elektronicznej brak, trzeba był sobie jakoś poradzić. Powiem Wam, że nie żałuję ani złotówki wydanej na książkę Artura Urbanowicza. Inkub jest zdecydowanie wart swojej ceny. Dlaczego? Zachwyca na pewno wydanie – dopieszczone do granic możliwości. Satysfakcjonuje liczba stron – to potężne tomiszcze. No i, co najważniejsze, to zajmująca historia, którą czyta się z przyjemnością.


Przeklęta ziemia




Nie wiem, jak to jest z Wami, ale ja uwielbiam historie, które toczą się dwutorowo, szczególnie gdy mam do rozwiązania jakiś aktualny problem, którego początków można upatrywać w przeszłości. Odkrywanie zakopanych lub nawet wypartych ze świadomości zdarzeń jest w jakiś sposób fascynujące. Kiedy tak odsłaniamy kolejne sekrety, czujemy, że finał tej opowieści pozostanie niezapomniany.


Czy można czerpać przyjemność ze strachu? Otóż, tak, można. Kiedy zaczęłam lekturę Inkuba, uśmiechnęłam się do swoich wspomnień. Strasznie kręciły mnie kiedyś okryte kurzem miejsca. Gdy miałam naście lat, zapuszczałam się z przyjaciółmi do opuszczonych budynków i bunkrów. Nie było to w żadnym razie mądre, ale... te emocje, ciarki pełzające po plecach i walące w szalonym tempie serc – tego się nie zapomina! Chyba po prostu lubiłam ten zastrzyk adrenaliny, lubiłam się bać. I od tego zaczniemy naszą historię. Pewien młody chłopak zapuszcza się do starego, okrytego tajemnicą domu. Trzeba przyznać, że ciekawość jest wpisana w naturę człowieka, ale czasem warto posłuchać głosu zdrowego rozsądku. Wietrzymy tu dobrą opowieść.

Przejdźmy jednak do historii właściwej. W pewnej małej wsi leżącej w województwie podlaskim, w powiecie suwalskim zwanej Jodoziorami stoi sobie dom, który kryje pewną tajemnicę. W ogóle cała okolica jest dość nietypowa: nie ma tu zasięgu, w domach można znaleźć zwęglone, rozpadające się ciała, większość mieszkańców poważnie choruje, na porządku dziennym są tu przemoc oraz samobójstwa, można się dopatrzyć zielonej poświaty, a echem wracają odgłosy przeszłości. Klimat jest duszny i mroczny.

Głównym bohaterem jest Vytautas – policjant litewskiego pochodzenia, który stara się rozwiązać zagadkę, na którą trafił zupełnie przypadkiem, o którą się nie prosił. Nie wie jednak, że przyjdzie mu się zmierzyć z czymś, czego nie sposób ogarnąć rozumem. Mężczyzna będzie musiał sięgnąć do historii wsi, dotrzeć do świadków przeszłości, którzy niekoniecznie – choć nie wiadomo z jakiego powodu – chcą współpracować, ba!, oni nawet nie chcą przyznać, że mają z zaszłymi wydarzeniami cokolwiek wspólnego. To nie będzie proste dochodzenie, a sprawę komplikuje dodatkowo fakt, że tajemnica zbiera swoje żniwo w teraźniejszości. 


Dwie epoki.
Dwie historie.
Jedna wioska.
Jedna czarownica.
Jedna klątwa.

Tajemnicze wydarzenia sięgają lat siedemdziesiątych zeszłego stulecia. Autor oddając klimat tamtych czasów, wprowadza nas w opowieść o pewnej kobiecie, która osiedliła się w wiosce i wprowadziła niezły zamęt w życie mieszkańców. Niby pani Oś to dystyngowana, elegancka kobiecina w podeszłym wieku, a jednak wszyscy czują, że coś z nią jest nie tak. Po wsi niosą się plotki, w serca wkradają podejrzenia, myśli paraliżuje niewytłumaczalny strach, próżno szukać poczucia bezpieczeństwa. Nagle znajome lasy stają obce, a rześkie powietrze nie przynosi ulgi. I nic w tym dziwnego, bo w końcu nie na co dzień mamy do czynienia z osobą, która para się czarami.

Nie będę się rozpisywała na temat akcji tej powieści, żeby nie psuć Wam niespodzianki i nie odbierać przyjemności z zagłębiania się w tę opowieść. Myślę, że lepiej samemu dojść do pewnych wniosków, z wolna odkrywając głęboko ukryte sekrety. Trzeba się temu poddać, po prostu. Zapewniam Was, że dostaniecie tu potężny materiał do analizowania – z pewnością nie będziecie się nudzić, bo autor podsuwa w tej historii bardzo sugestywne obrazy, obok których nie sposób przejść obojętnie. Aż zapiera dech w piersiach! 

Trzyma, nie puszcza!


Opasłe tomisko początkowo nieco onieśmiela. Niemal od razu zakładamy, że spędzimy z tą lekturą długie wieczory, odliczane milionem sekund. Nic bardziej mylnego... kartki topnieją, co rejestrujemy z pewnym zdziwieniem, kiedy w końcu uda nam się oderwać od Inkuba. Byłam szczerze zaskoczona, że tak szybko i płynnie przeszłam przez tę opowieść, wprost nie mogłam się nadziwić, że to już koniec, bo przecież chwilę wcześniej zaczęłam... Ciekawa jestem, czy Wy również dacie się wciągnąć w tę historię – oczywiście spać, pracować i jeść czasem trzeba, ale nie wróżę Wam przespanych nocy. Kiedy już się zacznie, trudno jest się oderwać.


Każdy rozdział poprzedzony jest cytatem. Znajdziemy tu pewne statystyki, fragmenty wypowiedzi, definicje, przysłowia oraz cytaty odnoszące się do czarów. Myślę, że to interesujący dodatek, który pomaga wprowadzić się w odpowiedni klimat.

Nie przeraziła mnie ta opowieść. Jest zajmująca, fascynuje, ale nie straszy, nie wykręca na drugą stronę. Wprowadza w świat niepojęty, łączy rzeczywiste z nadprzyrodzonym i (czego dowiadujemy się z Posłowia) oparta jest na rzekomo prawdziwych wydarzeniach, ale nie czułam tego dreszczyku namacalności. Mówi się, że każda taka opowieść może zawierać maleńkie ziarenko prawdy, ale nawet mając to na uwadze, nie dałam się przestraszyć. Dałam się natomiast wciągnąć w tę opowieść i przyznaję, że chętnie zobaczyłabym ją na dużym ekranie. Ma zadatki do tego, by ją zekranizować, bowiem stanowi dokładny scenariusz filmowy – to bez wątpienia mógłby być hit kinowy. Może się doczekam? Myślę, że autor nie pozostawił tu czytelnikowi szerokiego pola do wyobraźni. Opisy są szczegółowe, bohaterowie określeni, emocje podane prawie jak na tacy. Ta książka żyje własnym życiem i odnoszę wrażenie, że nas do tego nie potrzebuje. Muszę tu jednak zaznaczyć, że nie jest to jej wadą – wręcz przeciwnie. Ta opowieść płynie, akcja się toczy, a my na to wszystko nic nie możemy poradzić.

Bardzo mnie cieszy, że Autorowi udało się wybić. Dziś jego powieści są rozchwytywane, pożądane i polecane. Wielu czytelników ma jego książki na regale, grono zwolenników rośnie z dnia na dzień, a nakłady schodzą jak ciepłe bułeczki. I to mnie wcale nie dziwi, bo to, co wychodzi spod pióra Urbanowicza, jest naprawdę wyjątkowe i warte swojej ceny. Jeśli nie znacie jeszcze prozy autora, to koniecznie weźcie się w garść i naprawcie to przeoczenie, bo to niewybaczalne dla fanów literatury grozy.

Na dokładkę autor w podziękowaniu za zakup jego książki, dorzuca gratisową opowieść, którą można dostać po zeskanowaniu kodu QR.  Bardzo spodobała mi się taka forma promocji albo raczej ukłon w stronę czytelnika. Dla mnie bomba!