piątek, 31 stycznia 2020

Groźna melancholia?: "Ludzka przystań" J.A. Lindqvist


W pewnym sensie jest to baśń, i jak w każdej baśni z czasem różne szczegóły rozpływają się w morzu niepamięci (...)

John Ajvide Lindqvist, Ludzka przystań, przeł. E. Frątczak-Nowotny, Amber, Warszawa 2009.



Ludzka przystań Lindqvista zaintrygowała mnie, kiedy na jednym z ulubionych blogów wyczytałam, że to kolejna (pozostałe propozycje mnie ujęty) z najlepszych książek utrzymanych w klimacie grozy, jaka w wyszła w ciągu ostatnich lat. Długo się nie zastanawiałam i szybko wzięłam za lekturę. Niestety, tym razem mocno się rozczarowałam  w moim odczuciu ta historia pozostanie najsłabszą książką przeczytaną przeze mnie w styczniu.


Niezwykła wyspa



Cenię sobie powieści, które owiane są pewną dawką tajemniczości, takie ze szczyptą magii, niewyjaśnione, nieco baśniowe. Gdyby dołożyć do tego jeszcze sporą porcję grozy – co może sprawdzić się lepiej na zimowy wieczór? Piorunujące wrażenie zrobił na mnie np. Terror Dana Simmonsa (niedługo Wam o niej opowiem); podejrzewałam, że Ludzka przystań będzie utrzymana w podobnym klimacie. W sumie nie wiem, skąd to przekonanie, ale być może zimno i horyzont skuty lodem nastroiły mnie jakoś w tym kierunku? W każdy razie te dwie powieści dzieli ogromna totalna przepaść.

Przenosimy się na tajemniczą wyspę Domarö – choć przyglądać się pobieżnie, uznajemy, że życie toczy się tu normalnym biegiem (dzieci chodzą do szkoły, domy zamieszkane są przez letników, po morzu suną łodzie, które wracają z połowów), prędko dostrzegamy, że ten spokój jest tylko pozorny. Nasz niepokój budzi dziwne zdarzenie: zniknięcie dziecka. Nie możemy tu mówić o żadnym porwaniu, trudno też celować w utopienie, bowiem w pewnym miejscu ślady dziewczynki po prostu urywają się na śniegu. Jak wytłumaczyć niewytłumaczalne?

Będziemy towarzyszyli ojcu, który za wszelką cenę stara się uratować (chociaż nie wie przed czym) swoją małą córeczkę. Im dłużej trwa ten "stan bez niej", w tym większej rozsypce znajduje się umysł mężczyzny. Już tylko on wierzy, że jego dziecko żyje, tylko on chce ją odnaleźć. 

Anders drąży temat i okazuje się, że przytrafiają mu się coraz dziwniejsze rzeczy  część tłumaczy alkoholowym upojeniem (nie odmawiał sobie, bo przecież smutek warto zapić), innych nie potrafi wyjaśnić wcale. Co więcej, nikt nie chce brnąć we wskazanym kierunku, zgodnie twierdząc, że czasem lepiej spuścić głowę i po prostu przyjąć los takim, jaki jest. Mężczyzna nie chce zrozumieć, że tak musi zostać (dla bezpieczeństwa wszystkich mieszkańców), a kiedy odkrywa kolejne fakty dotyczące wyspy i zaginionych osób, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce.

Niewykorzystany potencjał



Zapowiadało się naprawdę nieźle. Klimat wydawał się mroczny, a tajemnica długo pozostawała skrywana pod lodową powłoczką. Pojawiły się elementy fantastyczne – w szczególności Spiritus (prastary sekret, który mieści się w pudełku po zapałkach) – które dodawały magicznego posmaku. Jednak na tym koniec. Mimo dobrych chęci, nie znalazłam w tej powieści czegoś, co zajęłoby mnie na dłużej.

Lektura bardzo mi się dłużyła, na co z pewnością miał wpływ główny bohater naznaczony nieustannym roztrząsaniem swojej osobistej tragedii. Za dużo było tu bohatera w bohaterze, majaczenia w majak, natomiast za mało akcji, która zapierałaby dech w piersiach. Fabuła ściśle przyległa do zrozpaczonego ojca, który nie potrafi sobie poradzić ze stratą, a szkoda, gdyby więcej czasu poświęcono wyspie i jej niezwykłemu klimatowi, byłoby ciekawiej. Niby jakieś podrygi grozy wyłaniały się nieśmiało z wodnej głębi, niby starały się wydobyć na powierzchnię, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Te próby reanimacji poszły na marne.

Ludzka przystań jest w moim odczuciu nudną historią, na którą szkoda czasu. Ledwo wyczuwalny dreszczyk nie miał szansy się tu obronić. Liczne, niemal nałogowe powroty do wcześniejszych wydarzeń (nie zabrakło spojrzenia na lata młodości głównego bohatera) były nużące i właściwie niewiele wnosiły do treści, nie zachęcały do odkrycia sekretu. Powieść bardziej kojarzy mi się z nieudolną próbą opowiedzenia o wielkim strachu – jakby przerażone dziecko próbowało mówić o potworze spod łóżka, ale brak mu odpowiednich narzędzi, by przekonać dorosłego, że coś jest nie tak.

Doczytałam, wierząc, że zakończenie tej opowieści wbije mnie w fotel. Miałam nadzieję, że finał wynagrodzi mi czas poświęcony tym majakom, ale nie, nic mnie nie zmiażdżyło, nie przeraziło i nawet nie poruszyło jakoś szczególnie. Widocznie nie potrafiłam wczuć się w ten skuty lodem, ociekający melancholią nastrój.