poniedziałek, 27 stycznia 2020

Trucizna, której pragną: "My dzieci z dworca Zoo" Christiane F.


Nie znam nikogo, kto wpadłby w nałóg wbrew swojej woli. Większość młodzieży zupełnie sama przechodzi na heroinę, kiedy po prostu do tego dojrzeje, tak to było ze mną.


Christiane F. My, dzieci z dworca ZOO. Szokująca relacja narkomanki z Berlina Zachodniego, przeł. R. Turczyn, Iskry, Warszawa 2014.




Wracacie czasem do książek, które przeczytaliście dawno temu? My, dzieci z dworca ZOO to tytuł, z którym zetknęłam się pierwszy raz jako nastolatka; miałam 11 lat, gdy relacja Christiane F. trafiła w moje łapki. Byłam zupełnie nieświadoma tego, jak to wszystko wygląda, czym w ogóle jest heroina, o co w tym wszystkim chodzi. Kojarzyłam co nieco, ale żeby znać jakiekolwiek szczegóły? Mogę śmiało uznać, że ta książka konkretnie i bezpardonowo wprowadziła mnie w temat. Co więcej, zrobiła na mnie wtedy tak piorunujące wrażenie, że teraz – gdy dotarłam do niej po latach – zaskoczył mnie fakt, jak dokładnie pamiętam jej treść. Swoją drogą, pamiętam też minę mojej starszej koleżanki, która pożyczała mi wtedy swój sfatygowany już egzemplarz: "Tylko nie pokazuj tego rodzicom" – myślę, że to jeden z najlepszych sposobów, by zachęcić kogoś do czytania. Pamiętam, jaka byłam zaaferowana tym, że biorę się za coś "takiego" (chociaż jeszcze nawet nie wiedziałam, czym to było); początkowo pociągał mnie sekret, konspiracyjny szept i ciekawość, która narastała we mnie z każdym kolejnym przeczytanym zdaniem.

Tyle słowem wstępu. Dziś, choć minęło już ponad dwadzieścia lat, książka nadal robi na mnie ogromne wrażenie, jednak odbieram ją nieco inaczej. 

Trucizna, której pragną


Narkotyki są wszędzie. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo obniżył się wiek osób, które sięgają po truciznę – czasem dla zabawy, często, by komuś (lub sobie) coś udowodnić, a chyba najczęściej, by wkupić się w łaski towarzystwa, by nie odstawać, wpasować się i poczuć, że jest się odpowiednim człowiekiem we właściwym czasie. Zagrożenie czyha na młodzież (i dzieci!) niemal na każdym rogu. Prawda jest taka, że jeśli ktoś chce się dostać do towaru, to z pewnością znajdzie do niego dojście. Dlaczego? Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zna kogoś, kto wie więcej. 

Zresztą, zapoznając się z relacją młodej narkomanki, można odnieść wrażenie, że właściwie zawsze tak było. Z czasem tylko spadł wiek użytkowników i wzrosła świadomość społeczeństwa. Dzisiaj przecież w szkołach organizuje się odpowiednie akcje, nikt nie zamiata niczego pod dywan, a narkomani – jeśli tylko zechcą – mają szansę na uzyskanie pomocy. 

Christiane zabierze nas w wyjątkową podróż po Berlinie lat siedemdziesiątych, dzieląc się najpierw swoimi wspomnieniami z wczesnego dzieciństwa. Czy gdyby żyła w "normalnym" domu, otoczona miłością obojga rodziców i z planem działania na każdy dzień, nie szukałaby ujścia w płynnej śmierci? Trudno ocenić, bowiem dziewczyna podaje wiele przykładów dzieci, którym niczego nie brakowało, a jednak ich życie zboczyło na narkotykowy tor.

Zapewne kojarzycie treść tej książki, jeśli jednak nie, to w naprawdę telegraficznym skrócie chciałabym opowiedzieć Wam, czego się możecie spodziewać. Spodziewajcie się niespodziewanego! Owszem, wiemy, że młodzież będzie ćpała, ładowała sobie w żyłę, puszczała się, by zarobić na towar, ale ogrom uczuć, jakich doznamy w trakcie poznawania tej opowieści, jest nie do ogarnięcia... Z każdej niemal strony wyziera ból, a każdy kolejny krok to nic innego, jak dobrowolne wdepnięcie w ostre, skażone sidła. 

Byłam na etapie kompletnego otępienia. Nie zastanawiałam się nad niczym. Kompletnie. Nic do mnie nie docierało. Zajmowałam się tylko i wyłącznie sobą. Ale nie miałam pojęcia, kim jestem. Czasami to nawet nie wiedziałam, czy w ogóle jeszcze żyję.

Poznamy historię dziewczyny, która po heroinę sięgnęła na miesiąc przed swoimi czternastymi urodzinami – to był początek końca. Wcześniej próbowała innych rzeczy, ale wciąż ciągnęło ją do zostania narkomanką – taką prawdziwą, bo ci, którzy palą hasz, to dzieciaki. Trudno zrozumieć tę chęć stoczenia się na dno, ale myślę, że po lekturze tej relacji, co nieco będziecie w stanie sobie uporządkować, choć trzeba przyznać, że potrzeba tu ogromnych pokładów empatii, by przyjąć pewne tłumaczenia. Wydaje mi się, że tak naprawdę pojmie to tylko ta osoba, która zna to z autopsji.

Narkoman na głodzie nie ma nawet odwagi się sprzeciwić,
taka się z niego robi szmata. 

My, dzieci z dworca ZOO to historia odrażająca. Autorka pokazuje nam rzeczy, których nie chcemy widzieć, na które nie możemy ze spokojem patrzeć. Pisze o takich sytuacjach, które nie mieszczą nam w głowach, a robi to z lekkością, totalnie je bagatelizując. Zabiera nas w swoją codzienność i nie ma żadnych oporów, by odsłonić przez czytelnikiem swoje myśli. Te, choć spodziewamy się wybielania, są druzgoczące. Christiane niczego nie ukrywa, nie usprawiedliwia swojego postępowania, bo wie, że sama tego wszystko chciała. Co prawda widzimy tu wołanie o pomoc – ona sama na pewnym etapie swojej narkotycznej przygody, pragnie z tym wszystkim skończyć – ale macki nałogu trzymają mocno, ściskają nieustępliwie, ściągają na dno, z którego trudno się odbić.

Czyny to nie wszystko


Moje postrzeganie tej historii znacznie dojrzało przez te wszystkie lata. Nadal robi na mnie ogromne wrażenie, jednak teraz zwróciłam uwagę na ładunek emocjonalny, który ze sobą niesie. Kiedyś szokowały mnie tylko czyny – te wszystkie strzykawki przechodzące z rąk do rąk, młode ciała będące kartą przetargową, zapadnięte oczy – dziś bardziej rusza mnie warstwa wewnętrzna tej opowieści, choć ta cielesna nie pozostaje obojętna... to oczywiste. 

Byłam zła, poruszona, wstrząśnięta, zawiedziona, szczęśliwa, zaskoczona, zniesmaczona, bezsilna... Po prostu ogrom emocji, który przetoczył się przeze mnie w trakcie czytania tej książki, jest nie do ogarnięcia. Każdej akcji towarzyszyła tu moja reakcja, żaden fragment nie pozostał obojętnym. Próbowałam wczuć się w rolę dziewczyny, chwilę potem starałam się zrozumieć jej chłopaka, a potem każdy przypadkowy cień pojawiający się w tej historii. Z całych sił starałam się pojąć motywy postępowania matki, usprawiedliwiając ją, a potem besztając w myślach. No, działo, ciągle i bardzo intensywnie. 

My, dzieci z dworca ZOO to książka warta polecenia; może niekoniecznie nadaje się dla jedenastolatki, ale z pewnością starsza młodzież może sięgnąć po nią bez większych oporów. I dorośli, przede wszystkim my, bo ta książka jest nam w stanie bardzo wiele wyjaśnić, często otworzyć oczy. Poza tym to poruszająca opowieść o wielkiej miłości (nie tylko tej największej – narkotykowej), ale przede wszystkim – co może Was zaskoczy – o marzeniach.

Szykujcie się na potężną falę emocji oraz nieuniknioną ścianę beznadziei, przez którą bardzo ciężko jest się przebić, a jeszcze trudniej ją pojąć. 

Znacie tę historię? A może My, dzieci z dworca ZOO dopiero przed Wami?
Dajcie znać.