środa, 11 marca 2020

Autorski Przysłówek: Wiktor Orzeł


Oprócz mozolnej korekty i edycji, pisanie to przede wszystkim przyjemność z tworzenia abstrakcji, a ja lubię przyjemności, mam w sobie sporo z hedonisty.



"Autorski Przysłówek" to cykl, który opiera się na wywiadach z autorami. Jednak, żeby nie było tak prosto, pisarze zmagają się z nie lada wyzwaniem, bowiem podstawę tych literackich zwierzeń stanowi zaledwie kilka przysłówkowych pytań – Jak? Gdzie? Kiedy? Skąd? Dlaczego? – które, co najlepsze, rozwijają według własnego pomysłu!





Wiktor Orzeł – rocznik potransformacyjny (1990). Mieszka w Krakowie, lubi tramwaje, pociągi, czarną kawę, papierosy i piołunówkę. Lubi się szwendać, dużo mu się zdaje, a co jakiś czas nawet udaje mu się coś wydać. Dawno temu założył Portal Pisarski, prowadzi też fanpage z poezją patchworkową Dzienność.


Jak reaguję na krytykę?

Całe życie uczę się przyjmować krytykę, ale biorę do siebie tylko tę konstruktywną. Bez krytycznego odbioru tego, co piszę, nigdy w życiu nie napisałbym książki, nie stworzył własnego stylu pisarskiej ekspresji. Jeśli jednak ktoś mnie obraża ad personam z pseudokrytycznej pozycji, to po prostu nie czytam dalej, nie słucham, staram się wyciągnąć odpowiednią wtyczkę, żeby nie doszło do niepotrzebnego spięcia.


Gdzie szukam inspiracji?

W zatłoczonych tramwajach, autobusach, w pociągach, w pracy, w zadymionych kawiarniach i pubach, o czwartej i piątej nad ranem, na przejściach dla pieszych, na papierosie i na bruku. Otaczająca rzeczywistość jest najlepszym surowcem, który trzeba umieć zauważyć, a potem odpowiednio długo szlifować, żeby wydobyć z niego blask. Nie ma nic lepszego niż żywa tkanka społeczna, ten nieustannie pulsujący organizm, który na każdym kroku zachowuje się inaczej; gdzie realizm magiczny miesza się z surrealizmem, poezją, potocznym językiem i komizmem sytuacyjnym. Z kolażu błahych sytuacji układam narracyjną mozaikę, która zaczyna z czasem mieć sens. Zawsze największy problem mam z syntezą – takie to już uroki postmodernizmu.


Kiedy piszę?

Zawsze wydawało mi się, że pisanie to taka czynność, którą trzeba robić wieczorem, najlepiej po kielichu, palić do tego morze papierosów, pić kawę za kawą i że tak właśnie powstają najwspanialsze literackie dzieła. Takimi obrazami konsekwentnie karmi nas literatura i popkultura. Do pewnego momentu sam wierzyłem w ten mit. Nie mówię, że tak nie można, ale znam już siebie dosyć dobrze i wiem, że najlepiej pisze mi się od rana do południa. Im później piszę, tym więcej błędów popełniam, trudniej składa mi się zdania i ciężej pcha fabułę do przodu, łatwiej się też denerwuję, zniechęcam. Dla szeroko pojętej kreatywności najlepszą pożywką jest ośmiogodzinny sen z zachowaniem cyklu kluczowych faz: REM i NREM. W trakcie spanka wiele nierozwiązanych kwestii potrafi się ułożyć, a po przebudzeniu, już po prostu wiadomo, co pisać dalej.


Skąd to całe pisanie do mnie przyszło?

Jako dzieciak chciałem być lotnikiem, ale wada wzroku szybko mnie z tych marzeń wyleczyła. Potem szykowałem się do kariery piłkarskiej; najpierw chciałem grać w ataku, potem stać na bramce. Zresztą – wtedy każdy mój kolega chciał być piłkarzem, bo socjalizację wtórną kształtowały zależności podwórkowo-boiskowe. Piłkę nożną nadal lubię, ale moje życie potoczyło się w zupełnie innym kierunku.

Od najmłodszych lat lubiłem za dużo czytać i zarywać noce przy baśniach, książkach przygodowych i kryminałach, co odrobinę kolidowało ze sportowymi aspiracjami. Miłość do literatury była konsekwentnie rozbudzana przez moją mamę, ale też dziadków, którzy posługiwali się motywacją zewnętrzną – za każdą przeczytaną książkę dostawałem dwa złote, więc za dwie skończone książki mogłem sobie już kupić czipsy i coś picia, co oczywiście pochłaniałem w trakcie konsumowania kolejnych tytułów.

Im więcej czytałem, tym bardziej dojrzewałem do tego, żeby w końcu stworzyć coś własnego. Pierwsza historyjka miała zajebiście tajemniczy tytuł Chłodne Lato. Pamiętam, że bardzo przeżywałem śmierć głównego bohatera, którego postanowiłem pozbyć się z narracji. Opowiadań zaczęło przybywać, więc naturalne, że chciałem dotrzeć do odbiorców spoza kręgu najbliższych znajomych i rodziny. Potrzebowałem nie tylko klepania po pleckach, ale – przede wszystkim – krytycznego odbioru mojej pisaniny, bo przecież widziałem, że w książkach, które czytam, jakoś to lepiej wszystko brzmi. W internecie było kilka portali, ale żaden mi się nie spodobał, więc postanowiłem założyć swój, no i tak to jakoś poszło i idzie dalej.


Dlaczego piszę?

Wypacam z siebie literaturę po to, żeby uciec na chwilę od rzeczywistości do fikcyjnego świata, który gdzieś mi tam w głowie dźwięczy i aż prosi się o to, żeby go przelać na papier. Oprócz mozolnej korekty i edycji, pisanie to przede wszystkim przyjemność z tworzenia abstrakcji, a ja lubię przyjemności, mam w sobie sporo z hedonisty. Te krótkie momenty twórczego uniesienia działają na mnie jak dobry narkotyk, od którego się uzależniłem.


***

Poznaj bliżej autora

  • Zapoznaj się z moją recenzją Książki, której nigdy nie przeczytasz;
  • Weź udział w konkursie i zdobądź swój egzemplarz (zakończenie 11.03.2020 o godz. 23.59);
  • Masz ochotę na przygodę? Weź udział w zabawie i przygarnij wędrującą książkę (Book Tour);
  • Odwiedź Portal Pisarski;
  • Zerknij na fanpage z poezją patchworkową Dzienność.