wtorek, 5 maja 2020

Rzecz o przemijaniu: "Tato" W. Wharton


Kochać kogoś, to przede wszystkim pozwalać mu na to, żeby był, jaki jest.

William Wharton, Tato, przeł. J. Kozak, Rebis, Poznań 2001.



Dobra powieść obyczajowa musi nieść ze sobą ogrom emocji, bo ciekawa opowieść to jedno, ale emocjonalny pakiet dla czytelnika to zupełnie odrębna sprawa. Często czytam obyczajówki, które opierają się na doskonałym pomyśle  mają ogromny potencjał, poruszają ciekawy problem  ale brakuje im "tego czegoś", co sprawiłoby, że zostają w środeczku. Na pewno znacie takie powieści, które w sumie w jednej chwili Was zafascynowały, ale nie zapisały się na stale w myśli, bo po prostu nie były tego (na dłuższą metę) warte.

Nie wiem, czy czytaliście kiedyś Williama Whartona  jego powieści były popularnie jakieś dwadzieścia lat temu. Pamiętam, że w mojej rejonowej bibliotece trzeba było polować na jego książki, bo wiecznie były wypożyczone. Może też z tego powodu nie udało mi się przeczyć niektórych z jego dzieł, bo prostu trudno się było do nich dorwać. W każdym razie książka pt. Tato znalazła się w mojej biblioteczce na początku liceum i nawet kiedyś poznałam tę historię, ale... w gruncie rzeczy niewiele z niej zapamiętałam. O ile żywot Ptaśka siedział we mnie głęboko, o tyle Tato przeszedł jakoś bez echa. Postanowiłam wrócić do tej powieści  z jednej strony kierowała mną ciekawość, z drugiej mocne postanowienie sczytywania tego, co zalega od lat na moich regałach.

Dzieci swoich rodziców

Tato to saga rodzinna. Poznamy tu trzy pokolenia, a każde z nich rządzi się swoimi prawami, choć wszystkie muszą funkcjonować w jednym czasie i przestrzeni, co  to oczywiste  nie zawsze jest takie proste.

Malarz, który na stałe mieszka z rodziną we Francji, przybywa do Ameryki, do domu rodzinnego, by zająć się swoimi rodzicami. Ojciec ma ogromne problemy z pamięcią (z czasem bardziej podupada na zdrowiu), a matka przeszła dwa zawały (do tego załamania nerwowe; w dalekiej przeszłości). To przeciętna amerykańska rodzina, która musi zmierzyć z szarą prozą życia, której obecnie punkt centralny stanowi przemijanie.

Każde pokolenie ma swój własny czas i własne problemy. Na jednej płaszczyźnie znajdziemy relację ojca z nastoletnim synem, który rzucił studia i nie ma na siebie pomysłu  wciąż szuka swojego miejsca w świecie. Na innej przyjrzymy się budzącej się do życia relacji między dojrzałym mężczyzną a jego starzejącym się, schorowanym ojcem oraz wyjątkowo charakterną matką. Czy jesteśmy gotowi dowiedzieć się, w jaki sposób dzieci patrzą na rodziców? Myślę, że nie mamy wyboru, a jeśli już chcemy wejść w tego typu tematykę, to powinniśmy to zrobić właśnie z tą niezwykłą o życiu.

Rzecz o przemijaniu


Tato to niesamowicie poruszająca opowieść o przemijaniu (wraz z jego wszelkimi blaskami i cieniami), której nie brakuje absolutnie niczego. Wharton ma doskonały zmysł obserwacji, a do tego nieziemską wręcz umiejętność przenoszenia na papier tego, co niby nam bliskie, a jednak wciąż nieznane. Nie ma tu mowy o banale, a wszelkie emocje są tak bogato przedstawione, że bez problemu można odnieść wrażenie, jakbyśmy tam z nimi byli.

Bohaterowie są bardzo charakterystyczni, przy czym każdy jest tu inny  inaczej myśli, pojmuje i reaguje na zaistniałą sytuację. To również wpływa na interakcje, które zachodzą między nimi, a tam, gdzie pojawia się strach, beznadzieja i bezsilność, wydarzyć może się właściwie wszystko.

Powieść poznajemy raz z perspektywy ojca, który zajmuje się schorowanym Tatą, a zaraz potem spojrzymy na wszystko oczami młodego mężczyzny, który wyrusza ze swoim ojcem w podróż przez Amerykę. To jednak nie wszystko, bowiem w treści zetkniemy się również z bogatymi w barwy i kolory myśli jednego z bohaterów, które dopiero potem zaczynają mieć dla nas (właściwie dla fabuły) jakiekolwiek znaczenie.

Początkowo historia nie wyróżnia się niczym szczególnym  w jednej chwili szeroka droga i dwóch mężczyzn w samochodzie, w innej choroba ojca i problemy związane z dbaniem o jego ciało. Często te opisy bywają mocno naturalistyczne, czasem wręcz obrzydliwe (oj, Wharton żongluje tu słowem odzianym w zapachy), ale czy można już wówczas mówić o udanym dziele? Nie wydaje mi się. Dopiero z czasem, kiedy już oswoimy się z tą historią, nabiera ona niesamowitej głębi  towarzyszymy bohaterom w ich codzienności, przeżywamy wydarzenia, z którymi muszą sobie poradzić i reagujemy na każdego z osobna. Przy tym wszystkim stany, w które wprowadza nas autor, są niczym jazda na kolejce  raz poczujemy ogromny smutek, innym razem będziemy uśmiechać się do swoich myśli.

O akcji można wiele powiedzieć, ale z pewnością nie to, że jest nudno. Sunie ona w swoistym tempie, często zwalnia, czasem mocno przyspiesza, bywa też, że kolejne zdarzenia zaskakują. Myślę, że wszystko rozwija się w odpowiedni sposób, pozwalając czytelnikowi wsiąknąć w tę rodzinę.

Lekturę tej książki mogę zaliczyć bez wątpienia do dziwnych, ale bardzo wartościowych przeżyć. Kiedy dochodziłam do zakończenia, czułam, jakbym miała opuścić dobrych znajomych, a przy tym odnosiłam wrażenie, że mocno zakorzeniłam się w tej historii. 

Autor poruszył tu bardzo ważny temat, o którym większość z nas stara się nie myśleć, choć wiemy, że prędzej czy później przyjdzie nam się z nim zmierzyć. 


Poznałem definicję starości: starzy jesteśmy wtedy, kiedy większość ludzi wolałaby, żebyśmy już nie żyli.



O starości i przemijaniu Wharton pisze z ogromnym wyczuciem, ale bez nakładania na ten obraz pastelowych barw. Nie znajdziecie tu gładkiej wersji starości, ale... właściwie wszystko inne. Jesteście na to gotowi?

Książkę polecam Wam z czystym sumieniem. Wiecie, życzyłabym sobie czytać tylko tak świetnie skonstruowane powieści, w których nie ma banału, na które się reaguje, za którymi podąża. Takie historie zostają w człowieku na dłużej. Myślę, że te dwadzieścia lat temu nie doceniłam tej powieści, a może jej nie zrozumiałam, a może nie chciałam zrozumieć? Dziś znalazłam tu kawał dobrej literatury.