wtorek, 16 czerwca 2020

Finał trylogii: "Kosogłos" S. Collins


Nie ma powrotu do tego, co było.
Więc możemy równie dobrze iść dalej.

Suzanne Collins, Igrzyska śmierci, przeł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz , t. 3, Media Rodzina, Poznań 2018.



Zacznę od tego, że jeśli nie czytaliście pierwszego i drugiego tomu z cyklu Igrzyska śmierci albo nie oglądaliście filmów, to omińcie tę recenzję. Niestety nie da się opowiedzieć (jak ja tego nie lubię!) o Kosogłosie, nie zdradzając, w jaki sposób zakończyła się poprzednia część.

Kosogłos autorstwa Suzanne Collins to finałowa część Igrzysk...  właściwe zakończenie zmagań na arenach, historii miłosnej, walki z niesprawiedliwym i zabójczym systemem. Moim zdaniem to najmniej udany tom, ale  co warto zaznaczyć  chyba jedyne możliwe rozwiązanie.

Recenzję poprzednich tomów znajdziecie tu:

Bunt na całego


Po niespodziewanym finale Ćwierćwiecza Poskromienia dystrykty powstają przeciwko Kapitolowi, z mocno poturbowanym Kosogłosem  symbolem rebelii  na czele. 

Nie ma już czasu na wyjaśnienia, trzeba działać i zaprowadzić nowe porządki  niekoniecznie dobre, choć wszyscy chcą wierzyć, że nowa władza przyniesie wiele dobrego. Plan wydaje się prosty, jednak szalenie niebezpieczny, a potężne wsparcie niespodziewanych sojuszników nieco komplikuje to, w co dotychczas wierzono. Właściwie wszyscy czegoś pragną, ale nie potrafią się porozumieć i, jak to w życiu bywa, trudno tu o ład i porządek.

Nie będzie już Głodowych Igrzysk z ich niespodziankami i ginącymi w imię "nie-wiadomo-czego" trybutami. Tym razem to ulice Kapitolu zamienią się w arenę, z której zwycięsko może wyjść tylko jedna strona; kto okaże się mocniejszy, bardziej przebiegły i nad wyraz zdeterminowany? Kto wygra: władze Kapitolu ze Snowem na czele czy może ludność dystryktów pod przywództwem zapomnianej Trzynastki? A może ta walka w ogóle nie powinna mieć racji bytu?

Bardzo krótko o finale


Trzeci tom cyklu  zwieńczenie całej trylogii  w ogóle nie przypadło mi do gustu. Podchodząc ponownie do lektury wszystkich części, właśnie tę pamiętam jak przez mgłę i w sumie dziś (po wielu latach) wcale mnie to nie dziwi. Nudaaaa! Ta historia nie zapada w pamięć, nie szokuje i niestety nie dostarcza nawet procenta tych emocji, z którymi przyszło nam się zetknąć przy okazji poprzednich części.


W sumie miałabym kilka pomysłów na wielki finał, ale zaproponowany przez autorkę jest właściwy, bowiem wszystko  każdy krok, spisek (tych nie brakowało), działanie bohaterów  prowadziło czytelnika w kierunku rebelii, która musiała dojść do głosu. Wykonanie jednak nie dostarcza takich emocji, jakich doświadczyliśmy w przypadku Igrzysk śmierci czy W pierścieniu ognia. Kosogłos był dla mnie męczącą, ciągnącą się mozolnie i bez większego zaskoczenia opowieścią. To smutna ballada o złamanych, przegranych ludziach, którzy sami nie wiedzą już, czego chcą, czego im potrzeba i jaki będzie najlepszy sposób, by to osiągnąć... Dzieje się tu sporo  nie brakuje zwrotów akcji  ale to wszystko, co nas nagle otacza, jest jakby na siłę, całość jest wymuszona, wyduszona do granic możliwości. Jestem mocno rozczarowana tym, co działo się po zakończeniu Głodowych Igrzysk. Uwiera mnie to, pozostawia nieprzyjemny posmak. 

Myślę, że mogłabym zakończyć moją przygodę z Katniss po lekturze W pierścieniu ognia, ale pewnie nie dałabym rady, bo jednak coś zmusza do poznania dalszych losów dystryktów, bo w końcu po coś to wszystko było, prawda? Cóż, biorąc pod uwagę całą trylogię  ze wszystkimi jej częściami  można powiedzieć, że jest naprawdę dobra, a świat wykreowany przez autorkę zasługuje na bliższe poznanie. Przy pierwszym kontakcie robi wspaniałe wrażenie, zyskuje przy okazji kolejnego spotkania, ale  niestety  finalnie mocno traci. Szkoda.

Teraz pozostaje mi już tylko wrócić do świata kręcącego się wokół areny i dziesiątych Głodowych Igrzysk. Z przyjemnością zerknę na arenę, ale z jeszcze większą rozkoszą pożegnam dziewczynę igrającą z ogniem. Czas na Balladę ptaków i węży (prequel). Recenzja już wkrótce.