sobota, 27 czerwca 2020

W poszukiwaniu siebie: "Port nad zatoką" M. Majcher



Każdy człowiek wnosi coś do naszego życia, 
nawet jeśli był w nim tylko przez chwilę.

Magdalena Majcher, Port nad zatoką, Pascal, Bielsko-Biała 2020.


Ostatnio nadmorskie klimaty mnie prześladują. Widocznie morze wzywa mnie na wszelkie możliwe sposoby i nie pozwala o sobie zapomnieć. Tęskno mi do szumu fal i tego niesamowitego uczucia, kiedy stopy zapadają się w piasku. Brakuje mi tej przestrzeni, spektakularnych zachodów słońca, ale też nieba usianego gwiazdami. Nic więc dziwnego, że powieści, których akcja toczy się nad morzem, wprowadzają mnie w dziwnie nostalgiczny nastrój. Tym razem wybrałam się do Helu (i tu uwaga: nie na Hel, ale właśnie do Helu). Czy znalazłam tam to, czego szukałam?

Czas na Port nad zatoką autorstwa Magdaleny Majcher. To kolejna z książek pisarki, która trafiła w moje łapki dzięki uprzejmości wydawnictwa Pascal  takie przesyłki zawsze cieszą! Opowiedziałabym Wam o tej powieści już w dniu, kiedy do mnie dotarła, ponieważ  jak zwykle  pochłonęłam ją w zastraszającym tempie. Myślę sobie jednak, że czasem coś musi w nas dojrzeć, przetrawić się i uleżeć, by mogło potem ujrzeć światło dzienne. Chwilę to trwało, ale skoro już wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce, nadszedł czas na refleksję po lekturze.


A może rzucić to wszystko i uciec nad morze?


Adrianna ma duszę artystki: tworzy cudowne kostiumy do sztuk teatralnych, współpracuje przy produkcjach filmowych, a do tego  z miłości do kultury starożytnej  wykłada na jednej z uczelni łacinę. Kocha to, co robi, i być może byłaby najszczęśliwszą kobietą pod słońcem, gdyby nie fakt, że adoptowana córa ma do niej ogromne pretensje, a separacja z mężem pogłębia jej samotność. Życie Adrianny nabiera ponownie rumieńców, gdy po długiej rozłące z Radkiem odkrywają się na nowo, ponownie w sobie zakochują i spędzają ze sobą najlepsze chwile swego życia  te, które warto zachować w pamięci, by wracać do nich na starość. Niepewnie badają znany już tak dobrze grunt, z obawą, ale i z  nieposkromionym zapałem, oddają się temu dziwnemu szaleństwu. Wiemy jednak, że los to taka przewrotna paskuda, która potrafi zaskoczyć w najmniej odpowiednim, a już na pewno w najbardziej niespodziewanym momencie. Czy świat może skończyć się w jednej chwili? Może, niestety.



Adrianna  dotychczas spokojna, poukładana, zachowawcza  postanawia rzucić wszystko i szukać szczęścia na drugim końcu Polski. Przenosi się z Katowic do Helu, nawet nie myśląc o skutkach podjętych decyzji, stawiając niemal wszystko na jedną kartę. Odcina się od znajomego świata, by zbudować siebie na nowo, odszukać jakąś iskierkę radości w gruzach codzienności i nicości, okiełznać bolesne wspomnienia i spróbować znów po prostu żyć.

Mówi się, że prawdziwie się kocha się tylko raz, ale czy na pewno? Czasem miłość potrafi zaskoczyć, a wszystko, w co dotychczas się wierzyło, ulega totalnemu przewartościowaniu. Czasem próba odnalezienia siebie, to nieustanna walka z każdą komórką ciała i bolesne starcie z myślami. A innym razem... dzieje się, po prostu.

Wiecznie w drodze


Port nad zatoką to poruszająca opowieść o dojrzałej kobiecie, która próbuje odnaleźć swoje miejsce w nowej rzeczywistości. Szalenie podoba mi się kreacja głównej bohaterki! To ona jest w centrum tej opowieści, wraz ze swoją kobiecością, problemami, marzeniami i obawami. Na każdym etapie życia (możemy obserwować zmiany, które w niej zachodzą na przestrzeni roku) jest zupełnie inną osobą  rozkwita, więdnie, usycha, by potem odrodzić się z popiołów, wytrwale stawia czoła wszelkim przeciwnościom losu, z uporem przeskakuje rzucane przez życie pod nogi kłody. Próbuje, ryzykując wszystko (a może właśnie nic?). Jest pełnokrwista i utkana z emocji, realna, a przy tym wciąż się nam wymyka  trudno za nią nadążyć.




Autorka z niebywałą wprawą żongluje nastrojem, absolutnie nie oszczędzając czytelnikowi emocjonalnej karuzeli. Zaskakuje, gdy się nie spodziewamy, koi nerwy, gdy czujemy, że zbliżamy się do granicy, by w finale totalnie wyprowadzić nas z równowagi. Myślę, że takiego zakończenia tej historii się nie spodziewacie  u mnie pojawiała się konsternacja i lekkie niedowierzanie. Nie umiałam początkowo odnaleźć się na takim finiszu, ale... no, właśnie, czy rzeczywistość nie wprawia nas często w zdumienie? Wprawia! Zatem i ta opowieść, właśnie ze swoim specyficznym finałem, zasieje w czytelniku malutkie ziarenko niepewności i pozostawi z szeroko otwartymi oczami (nie wspominam już o konieczności zbierania szczęki z podłogi).

Dla mnie ta książka, choć piękna i zmuszająca do refleksji, jest jednak zbyt delikatna, ulotna. Tym razem zabrakło mi jakiegoś kontrowersyjnego tematu  właśnie za wywlekanie prawdy i poruszanie niewygodnych zagadnień cenię autorkę najbardziej. Nie oznacza to jednak, że książka nie jest dobra, bo jest, za czym przede wszystkim przemawia doskonała umiejętność (autorki) przelewania myśli na papier, a właściwie uplastycznienie obserwacji i zaserwowanie jej czytelnikowi w taki sposób, by nie mógł się od historii oderwać. I może brak tu (w moim odczuciu) kontrowersji, ale trzeba przyznać, że zmagania głównej bohaterki do łatwych nie należą. 

Port nad zatoką to przede wszystkim romans (podejrzewam, że fanki miłosnych wątków będą zachwycone i z pewnością uronią niejedną łzę), choć myślę, że to jednak nie miłość jest tu najważniejsza, nie dla mnie. Znalazłam w tej opowieści przede wszystkim silną kobietę, której odwaga (a może impulsywność i szalone działanie?) zrobiła na mnie największe wrażenie i stała się centrum wszystkiego. Mężczyźni, oczywiście, są ważni, emocje współdzielone z innym człowiekiem to ważny element tej całości, a jednak... czasem ważniejsze jest to, czego należy poszukać w sobie. 

Nie powinnam czytać tej książki z bardzo prostego powodu: zatęskniłam za morzem, za wolnością, którą kojarzę właśnie z tym miejscem. Jestem przekonana, że po lekturze tej powieści poczujecie pewną nostalgię i zapragniecie po prostu tam być. Przyznam, że miałam ogromny problem ze zrobieniem zdjęcia tej książce  żadne mi się nie podobało, nic tu nie pasowało... Taka opowieść zasługuje na jasne przestrzenie, ulotne muśnięcia i otulenie ciepłym powiewem wiatru. Dzięki niej mam jednak namiastkę tych przyjemności, a kiedy zamykam oczy, czuję ten nadmorski klimat. Mam nadzieję, że Wy również zechcecie się w nim zanurzyć i dacie się porwać.