piątek, 31 lipca 2020

Nieprzejednane Himalaje: "Abominacja" D. Simmons


Śmierć w górach to część tego sportu (...)
Trudno to zaakceptować, wydaje się to niesprawiedliwe, ale tak już jest. 

Dan Simmons, Abominacja. Everest, lata dwudzieste XX wieku, przeł. J. Ochab, Vesper, Czerwonak 2020.


Na zewnątrz temperatura sięga trzydziestu stopni, więc właściwie wybór powieści skutej lodem i tonącej w śnieżnym puchu był oczywisty – czas na niewielkie ochłodzenie klimatu. Zapewne czytając tego typu książki zimą, można wczuć się nieco bardziej w nastrój, jednak ciekawość zżerała mnie na tyle, że nie było szansy, by Abominacja Dana Simmonsa wytrzymała nietknięta, nieodfoliowana dłużej niż to konieczne.

To już moje drugie spotkanie z prozą Simmonsa. Po niesamowitej lekturze Terroru (recenzja tutaj => Powieść skuta lodem) postanowiłam wyruszyć jeszcze raz w wykreowany przez autora świat. Tym razem zawędrowałam na Everest. Czy była to udana podróż? Cóż, przekonajcie się sami.

Nieprzejednane Himalaje


Prolog jest szczególną zapowiedzią tego, co czeka czytelnika. A czeka go wiele, bowiem dostanie pamiętnik mężczyzny, który w 1925 roku wybrał się z dwoma kompanami w góry – nie byle jakie, bowiem dotąd niezdobyty szczyt kusi, stanowiąc potężne wyzwanie. Do wyprawy dołączą jeszcze dwie nieplanowane osoby, bo gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze: jedna z nich zajmie się finansowaniem wyprawy (to kobieta!), natomiast druga to lekarz – a wiadomo, w górach zawsze dobrze jest mieć lekarza pod ręką.

Himalaje owiane są tajemnicą, a odkrywanie ich sekretów to wyzwanie dla najodważniejszych, najbardziej zdeterminowanych i odrobinę szalonych wspinaczy. Myślę, że trzeba mieć w sobie coś z z szaleńca, by w ogóle brać pod uwagę wyprawę w takie miejsce – śnieg, lód, lawiny, wiatr, skały i powietrze, które zapiera (dosłownie) dech w piersi. Poza tymi niedogodnościami czekają na naszych śmiałków zupełnie inne, bowiem nie tylko przyroda będzie uprzykrzała im życie. Słyszeliście kiedyś legendy o yeti? A o nazistach? Mówię Wam, pomieszanie z poplątaniem! 

Powieść zawiera bardzo konkretny wątek historyczny, który z pewnością nie przejdzie bez echa. Myślę, że szybko domyślicie się, jaki cel – poza tym oczywistym wspięciem się na szczyt świata – przyświeca naszym bohaterom. Powiem jednie, że są takie sprawy, za które niejeden jest gotowy zginąć. 

Klimat jest, jaki jest


Przystępując do lektury Abominacji, liczyłam szczególnie na to, że coś będzie kogoś zjadać. Albo że chociaż ludzie będą zmuszeni do przekąszenia tematu tabu, bo nie będzie innego wyjścia. A tu co? Wspinacze chodzą – w górę, w dół, bokiem, w tę i z powrotem między obozami – od bazowego, po przez pośrednie, do tych bliżej szczytu.

Niewątpliwie Dan Simmons wprowadzi nas w mroźny klimat. Zanim jednak wyruszymy na wyprawę, czekają nas żmudne i momentami (ciągnącymi się długoooo) nużące przygotowania. Wydaje mi się, że o sprzęcie do wspinaczki wiem już wszystko, choć wcale nie miałam zamiaru posiąść taką wiedzę. Znajdziecie tu ogrom ciekawostek dotyczących samej wspinaczki oraz tego, jak kształtował się ekwipunek zdobywców szczytów na przestrzeni lat.

Czasami musisz zaufać instynktowi, doświadczeniu i tej niewielkiej przewadze adrenaliny nad zdrowym rozsądkiem.

Jeśli spodziewacie się niezwykłości, którą tak zachwycił nas Terror, to w Abominacji niestety trudno o podobne wrażenia. Uznajmy, że to raczej powieść przygodowa z potężnym zapleczem, której nie pochłania się w mig, lecz smakuje z wolna, czasem wypluwa. Książkę czytałam około tygodnia, ponieważ musiałam dawkować sobie ten ogrom wiadomości, które autor serwuje czytelnikowi z pewną rezerwą – krok po kroku, nienachalnie – przeplatając te treści z bieżącymi wydarzeniami (przygotowaniami do misji poszukiwawczej; nie wspomniałam o tym wcześniej, ale zadanie jest dość konkretne: znaleźć zwłoki pewnego mężczyzny, który zaginął w Himalajach rok wcześniej).

W Abominacji nie znalazłam niczego, co wbiłoby mnie w fotel czy choćby wywołało ciarki na plecach. Nie spotkałam tu niczego tak niesamowitego, by wstrząsnęło moim światem. Nie było wielkiego wow...Trzeba jednak przyznać, że styl autora jest świetny, więc można się wkręcić w samo smakowanie słowa.

Książka jest dobra, ale w żadnym wypadku nie mogę stwierdzić, że porywa czy zachwyca. Kilka fragmentów szczególnie utkwiło mi w pamięci, np. opis ceremonii pogrzebowej zwanej "niebiańskim pogrzebem" – mocna rzecz – czy informacje na temat tego, co pozostawia po sobie człowiek zjeżdżający (oczywiście nieumyślnie) z góry. Rozśmieszył mnie fragment dotyczący sikania w tych lodowych warunkach (sople, długie sople!; chyba się staczam...), a zaskoczył odrobinę sposób na sprawdzenie, czy człowiek w ogóle nadaje się do "tej roboty".

Dla mnie to jednak za mało. Chciałabym powiedzieć, że ta książka to arcydzieło, ale w moim odczuciu tak nie jest. To jedna z tych powieści, które można przeczytać, a odpowiednio je sobie dawkując, czerpać z tego nawet jakąś masochistyczną przyjemność. Tym razem to nie to.