środa, 29 lipca 2020

Walka z wiatrakami: "Lot nad kukułczym gniazdem" K. Kesey



Nikt mi nie wmówi, że czegoś nie dam rady zrobić,
póki nie spróbuję.


Ken Kesey, Lot nad kukułczym gniazdem, przeł. T. Mirkowicz, Da Capo, Warszawa 1993.




Czas na mały przegląd książek, których akcja toczy się w całości lub w dużej mierze w szpitalu psychiatrycznym (dorzuciłam też te, w których wątek ma znaczenie). Doszłam do wniosku, że przez ostatnie lata sporo się tych tytułów nazbierało, więc warto zebrać wszystko w jednym miejscu. Poniżej, zanim przejdziemy do recenzji, podsuwam Wam inne propozycje w wiadomym klimacie.

Wkrótce opowiem też o Pacjencie (Sebastian Fitzek) oraz przedstawię powieść To, co zostawiła (Ellen Marie) – to zalegajki, które wciąż czekają na zrecenzowanie...

Dziś kolejna propozycja – must read. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z Lotem nad kukułczym gniazdem, choć dopiero teraz doszukałam się informacji, że jest to debiutancka powieść autora i z przykrością stwierdzam, że jedyna, z którą miałam do czynienia. Ken Kesey stworzył opowieść niesamowitą, a na jej podstawie powstał film o tożsamym tytule (z rewelacyjną grą aktorską Jacka Nickolsona), który zdobył 5 Oskarów. Prawdę mówiąc, nie wiem, czy lepsza jest papierowa wersja, czy jednak filmowa – obie odsłony są warte uwagi, ale zacznijcie od książki.


Walka z wiatrakami


Do szpitala psychiatrycznego zostaje skierowany na przymusowe leczenie McMurphy – wyjątkowy osobnik, który narobi sporo zamieszania na oddziale. Mężczyzna, co trzeba przyznać, jest wyjątkowy: wciąż wybucha rubasznym śmiechem, kiedy inni nerwowo chichoczą, utrzymuje stosunki z dziwkami (na bogato), gdy niektórzy są jeszcze prawiczkami, szmugluje, gra w karty, robi zakłady i jako jedyny próbuje się postawić Wielkiej Oddziałowej (paskuda z sadystycznymi zapędami, trzymająca pacjentów twardą ręką), która jest postrachem całego przybytku. Nie chcieliście mieć z nią do czynienia, wierzcie mi...

McMurphy zderzy się z zupełnie inną rzeczywistością, w której – co ważne – będzie potrafił się odnaleźć i, co więcej, zacznie jej nadawać nowego, zaskakującego kształtu. Znacząco wpłynie na życie pacjentów, co nieco uda mu się ugrać. Nie wszystko pójdzie jednak zgodnie z planem, bowiem to, w jaki sposób (i czy w ogóle) mężczyzna przystosuje się do panujących (narzuconych przez Wielką Oddziałową) warunków, rzutuje na możliwość zwolnienia ze szpitala. Najważniejsze: nie można mu odmówić tego, że nie spróbował! 

Kesey zabiera czytelnika w niezwykłe miejsce, poznając go z wyjątkowymi osobami i wprowadzając w bezlitosny regulamin. Czy nasi bohaterowie mają jakąkolwiek szansę w starciu z Kombinatem? A może to walka z wiatrakami?

Smutna opowieść o determinacji


Zacznijmy od tego, że narratorem tej opowieści jest jeden z pacjentów szpitala, Indianin Bromden, wielki jak góra, niesamowicie silny (choć całkowicie wypompowany i niepewny swojej osoby), który od wielu lat udaje głuchoniemego. Ten jego podstęp pozwala mu poznać sekrety Wielkiej Oddziałowej, przysłuchiwać się rozmowom sanitariuszy i wiedzieć właściwie wszystko, co dzieje się na oddziale, bowiem nikt nie zwraca na niego żadnej uwagi. 

Opowieść zaczyna się w momencie, gdy na oddział spowity gęstą mgłą wkracza pewien rubaszny rudzielec, który od razu robi ogromne wrażenie na Indianinie. Jest inny, ponieważ śmieje się, zagaduje, potrafi oprzeć się wpływom Wielkiej Oddziałowej, zakładając się nawet, że złamie tę paskudę. Wraz z wkroczeniem tego niezwykłego typa, coś zaczyna się zmieniać. Zlęknieni nabierają odwagi, zahukani zaczynają walczyć o swoje. Walka to będzie bardzo nierówna, bowiem Wielka Oddziałowa opanowała manipulację do perfekcji. Kto wygra? Cóż, nie powiem, bo najlepiej jest przejść przez tę opowieść samodzielnie.



Historia wzbudza mnóstwo emocji, czego zasługą jest niewątpliwie doskonała kreacja głównego bohatera, wokół którego kręci się ta opowieść. To niesamowite spotkanie z determinacją, wiarą w siebie, ale też z przejmującym dogłębnym smutkiem, którego nie sposób uniknąć. To godziny trzymania kciuków, ale też minuty wstrzymywanego oddechu. Nawet nie wiecie, z jakim ja oddaniem kibicowałam pacjentom, co było w tym przypadku głupotą, bo przecież nie pierwszy raz wchodzę w ich dzieje... Lot nad kukułczym gniazdem daje jednak nadzieję, której za wszelką cenę staramy się uchwycić.


Zrozumcie, proszę, że trudno mi jest zachować jasność myśli, kiedy do tego wracam. Ale to wszystko prawda, nawet jeśli nie miało miejsca.


Bieżące wydarzenia – nie pomijając oczywiście elektrowstrząsów czy innych sadystycznych działań ze strony personelu szpitala dla dobra pacjentów) – przeplatają się tu ze wspomnieniami małego chłopca, który wychowywał się w zupełnie innej rzeczywistości, a wsparte są dodatkowo dziwnymi wizjami zmęczonego umysłu. Takie oniryczne podejście do tematu to doskonałe posunięcie, bowiem wprowadza nas w dość psychodeliczny klimat. Świetne!

Powieść jest wciągająca, bardzo mi się podobała i trudno się tu właściwie do czegoś przyczepić choć przyznam, że niesamowicie drażniło mnie tu podeście do kobiet (i co z tego, że dziwki?!). Przez ten szpital się płynie – to burzliwa przeprawa pełna zwrotów akcji, które sprawiają, że serce zaczyna galopować (chyba w nadziei, że to wszystko może się udać).

Jeśli nie mieliście jeszcze do czynienia z Lotem nad kukułczym gniazdem, to szczerze polecam tę powieść Waszej uwadze. Moim zdaniem to jeden z lepszych obrazów szpitala psychiatrycznego, z jakim spotkałam się w literaturze. Bohaterowie są jacyś (myślę, że ich polubicie), intryga jest ciekawa, a całość w żadnym razie nie bywa płytka – wręcz przeciwnie, ta historia z pewnością zmusi Was do refleksji. Polecam i z przyjemnością dowiem się, które z zaproponowanych we wstępie powieści należą do Waszych ulubionych? A może macie dla mnie jakieś kuszące propozycje?