piątek, 9 października 2020

Ciężkie czasy wymagają poświęceń: "Apokalipsa według Pana Jana" R.J. Szmidt

Nikt nie jest wieczny. Kiedyś trzeba będzie umrzeć, a oceniać nas będą nie po tym, co mówiliśmy, ale czego dokonaliśmy.

Robert J. Szmidt, Apokalipsa według Pana Jana, wyd. IV (dodruk), Rebis, Poznań 2017.


Z postapo zawsze mi po drodze. Nie wiem, jak to ze mną jest, ale kiedy mam przed sobą książkę opisującą zagładę ludzkości, to od razu serce zaczyna bić szybciej. Lubię, po prostu lubię takie klimaty i wcale nie twierdzę, że to normalne. Na szczęście to niegroźna przypadłość, więc pogodziłam się z tym faktem i... czytam dalej, wciąż poszukując nowych tytułów.

Na Apokalipsę według Pana Jana autorstwa Roberta J. Szmidta trafiłam zupełnym przypadkiem. Nie słyszałam wcześniej o tej książce i choć planowałam rozpocząć przygodę z twórczością autora od czegoś zupełnie innego (Szczury Wrocławia wciąż czekają na swoją kolej), to jednak właśnie te apokaliptyczne wizje wzięłam na tapet, na pierwszy ogień. Skusiła mnie – poza tematyką, rzecz jasna – możliwość pochłonięcia opowieści jednotomowej, nie całego cyklu.

Dziś mogę powiedzieć kilka słów na temat Apokalipsy... Niestety, początkowy zachwyt spowodowany odkrywaniem Wrocławia postawionego w dość niecodziennej sytuacji ulotnił się szybko i bezpowrotnie. Dlaczego? Wcale nie chodzi o to, że ta książka jest słaba, skłamałabym, gdybym stwierdziła inaczej! Po prostu znalazłam w niej spojrzenie na koniec i początek, które zupełnie mnie nie zainteresowało.


Koniec i początek


Wybucha wojna nuklearna. Szybka mobilizacja jednostek, ukryta we wnętrzu góry (masyw Ślęży) tajna baza-bunkier dla wybranych i jedna wielka niewiadoma: jak będzie wyglądał świat, kiedy znów będzie można wychylić się z tej bezpiecznej nory? Czy w ogóle ktokolwiek przeżył atak, a jeśli tak się zdarzyło, to jacy będą ci, którym się udało?

Mijają dwa lata, zanim grupa zwiadowców wyruszy na rekonesans i odkryje zupełnie nowe – brudne, odrażające, głodne – oblicze Wrocławia. Mimo odpowiedniego przygotowania i dość pokojowego nastawienia (a może właśnie z tych powodów) coś poszło nie tak. W starciu z samozwańczym szefem wszystkich szefów – Panem Janem, który okrzyknął się wybrańcem – wszyscy, którym udało się uniknąć skutków promieniowania, są z góry skazani na porażkę.

Ruszymy ulicami stolicy Dolnego Śląska, by dokładnie przyjrzeć się zgliszczom. Spojrzymy na działania szalenie inteligentnego polityka, który doskonale wiedział, jak umocnić swoją pozycję w nowym, zrujnowanym świecie. To jednak nie wszystko, bowiem wojna ma to do siebie, że generuje kolejne agresywne "wypady", zatem Polska (w tej zupełnie nowej odsłonie) stanie przed nie lada wyzwaniem. Plany Pana Jana to istne szaleństwo. 

Ciężkie czasy wymagają poświęceń


Szczerze Wam powiem, że nieco mnie ta książka rozczarowała. Zaczęło się fascynująco, bo pełną niepokoju i niewiadomych mobilizacją jednostek wojskowych. Jeden z głównych bohaterów wyruszył niemal spod mojej kamienicy, a przyznaję, że doskonała znajomość okolicy pozwala mocniej wczuć się w akcję utworu. No, wiecie: nagle człowiek zaczyna się zastanawiać, jak by to było, gdyby faktycznie się wydarzyło. Dla mnie rewelacja. 

Niestety chwilę później zarejestrowałam tendencję spadkową. Znalazłam nawet winnego, choć wydaje mi się, że wielu zwolenników literatury postapokaliptycznej będzie zadowolonych z tej lektury; szczególnie polecę tę historię osobom, które cenią sobie taktyczno-polityczne spojrzenie na Armagedon. Wiele tu działań, rozmów na wysokim szczeblu, kombinowania i przeświadczenia o jedynym słusznym wyjściu – władza Pana Jana zdaje się niemal absolutna! A jednak zabrakło mi w tej całej opowieści jednego znaczącego, a dla mnie najważniejszego elementu – człowieka.

Bohaterowie, pomijając Pana Jana, to jedynie małe elementy krajobrazu. Nie będziemy zagłębiać się w emocje, nie spojrzymy na pojedyncze tragedie, nie przywiążemy się do żadnego dramatu, bo te właściwie nie mają żadnego znaczenia – w tej opowieści ważniejsze od kondycji ludzkości w tych ciężkich czasach są działania polityczne. Nie takiego ujęcia tematu szukam, bo brak tu jakichkolwiek emocji... Wiem, że ta historia przejdzie u mnie bez echa, nie pozostawi po sobie żadnego wstrzymanego oddechu, znaczącego obrazu... i z pełną świadomość mogę stwierdzić, że za żadne skarby do niej nie wrócę, bo po prostu zmęczyła mnie okrutnie.

Z pewnością na uwagę zasługuje tu wartka akcja (jeśli kogoś działania wojenne kręcą) oraz mnogość wątków, które pomagają rozejrzeć się nieco po tym nowym, toczonym chorobą popromienną świecie. Tu nie ma miejsca na piękne zabytki, a Wrocław zyskuje zupełnie inną, mocno przygnębiającą aurę.

Podsumowując, jeśli szukacie emocji, Apokalipsa według Pana Jana nie jest powieścią, która spełni Wasze oczekiwania. Natomiast, jeśli ciekawi Was, jak wyglądałaby to (potencjalnie, rzecz jasna) na płaszczyźnie militarno-politycznej, to być może lektura będzie dla Was satysfakcjonująca. Trudno orzec... Nie wiem. Nie znam się, ale wiecie... Gdzie ból, cierpienie i bezsilność? Gdzie niepokojący strach o bliskich i wychodzenie z siebie, by odnaleźć nową drogę w tym całym bagnie? 



Moja ocena