czwartek, 5 listopada 2020

Dobro nie istnieje?: W. Golding "Władca much"




Jak to jest, że ludzie nigdy nie okazują się tacy, za jakich się brało.

William Goldin, Władca much, przeł. W. Niepokólczycki, wyd. II, Czytelnik, Warszawa 1986.


Są takie książki, które warto upolować. Często graniczy to z cudem, bowiem cena jednego egzemplarza sięga kilkudziesięciu złotych (czasem nawet więcej, choć kondycja pozostawia wiele do życzenia) albo nakład definitywnie wyczerpał się już dawno temu i znikąd szansy na wznowienie. Znacie takie sytuacje? Macie na swojej liście "do upolowania" takie tytuły?

Długo polowałam na Władcę much autorstwa Williama Goldinga. Książkę znalazłam przypadkiem w skrzyneczce bookcrossingowej – dałam jej nowy dom, zostawiając w zamian coś od siebie. Uwielbiam tę formę dawania książkom drugiego życia i naprawdę cieszę się, że czasem takie stare wydania trafiają właśnie do skrzynek, a nie na śmietnik. Na szczęście Władca much dostanie drugie życie, bowiem już w listopadzie powieść ukaże się nakładem wydawnictwa Zysk, i chwała mu za to. Dlaczego? Przede wszystkim to historia, którą powinien znać każdy – klasyka, której warto poświęcić dłuższą chwilę. Poza tym to naprawdę ciekawa opowieść i, co trzeba przyznać, uniwersalna oraz ponadczasowa, choć ma już swoje lata – ukazała się w 1954 roku.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że autor w 1983 roku otrzymał nagrodę Nobla za całokształt twórczości literackiej. 

Na samo dno


Grupa kilkuletnich chłopców po katastrofie samolotu trafia na bezludną wyspę. Odtąd młodzi muszą się na nowo zorganizować, by przetrwać w nieznanym świecie – sytuacja wymaga od nich poradzenia sobie z dziką, surową rzeczywistością i to bez nadzoru dorosłych.


Wyobraźcie sobie tę radość pomieszaną z niepewnością. Z jednej strony życie bez dorosłych jawi się chłopcom jako coś niesamowitego, a konieczność zorganizowania się na wyspie brzmi jak niezwykła przygoda – kto z nas nie marzył, choćby przez chwilę, o małym epizodzie survivalowym? Z drugiej strony mamy przerażenie, bo przecież kontrolowani przez całe życie w jednej chwili tracą punkt zaczepienia, nagle mogą odłożyć na bok wszelkie zasady i wyznaczyć nowe, dostają szansę na stworzenie czegoś niezwykłego. Sielanka na rajskiej wyspie nie trwa jednak długo – szybko okazuje się, że zbudowanie nowej cywilizacji wcale nie jest takim prostym zadaniem, kiedy do głosu dochodzą pewne atawistyczne zachowania, a młodzi odnajdują w sobie coś więcej niż tylko chęć przetrwania – władza potrafi zawrócić w głowie każdemu, nawet nieskażonemu, otwartemu, młodemu umysłowi.

Dokąd zaprowadzi nas Golding? W mrok ludzkiej duszy, na samo  jej dno... Trudno to pojąć, ale dowiemy się, że w nawet niewinnych dzieciach tkwi zło, które tylko czeka na odpowiedni moment.


Dobro nie istnieje?


Władca much to jedna z tych książek, do którym wracam od czasu do czasu. Może lekko trąci myszką, ponieważ język tej powieści jest nieco skostniały, sprawiając momentami wrażenie sztucznego tworu, ale powiem Wam, że ma w sobie to coś – nie pozwala się oderwać, a potem długo kotłuje się w głowie. 

To historia przejmująca – śledzimy każdy krok bohaterów, wciąż mając nadzieję, że jednak dobro zwycięży, że istnieje jakaś malutka szansa na powodzenie misji, a w międzyczasie rejestrujemy kolejne niepokojące sygnały. Te sygnały – początkowo subtelne – od razu budzą w nas niepokój, a każde kolejne zdarzenia wywołują w nas sprzeciw. Podejrzewamy, dokąd to wszystko prowadzi, ale nie chcemy tego.

Książka w doskonały sposób pokazuje narodziny nowej cywilizacji. Zderzymy się z problemami, które wymagają rozwiązania, przyjrzymy się budowaniu relacji międzyludzkich, poznamy zależności, z powątpiewaniem wejdziemy w ten nowy ład, który niewątpliwie nam się nie spodoba. Nie tak wyobrażamy sobie nowy początek i nie życzymy sobie, by koniec zmierzał w wyznaczonym przez Goldinga kierunku.

Autor stawia nas przed niełatwym do przyjęcia faktem: dobro nie istnieje. Mimo wszelkich starań, podejmowanych prób, prowadzonych dialogów i podsuwanych rozwiązań każdy kolejny krok ciągnie naszych młodych bohaterów po równi pochyłej – na samo dno, z którego już nie ma wyjścia.

Powieść jest pełna symboli, których nietrudno się doszukać w treści. Taki alegoryczny wydźwięk zmusza nas, dorosłych, do zastanowienia się nad naturą ludzkiej duszy, ale też – a może przede wszystkim – nad rolą autorytetów (dorosłych, którzy wyznaczają granice) w życiu młodego człowieka. Czy wartości, które przekazujemy naszym pociechom, mają szansę przetrwać? Czy dziecko postawione w sytuacji ekstremalnej wykorzysta, by przetrwać, to, co otrzymało od nas najlepszego, czy jednak kontrolę przejmą nad nim atawistyczne instynkty? A może dzieci wyciągają z naszej cywilizacji to, co najgorsze, nasiąkają złem, są przez nas zepsute i nie potrafiłyby zapełnić czystej karty w sposób właściwy – dobrem?

Władcę much polecam Wam z czystym sumieniem, ponieważ to jedno z tych dzieł literatury klasyki współczesnej, które stawia wiele pytań o kondycję społeczeństwa. To jednak nie wszystko, bowiem akcja tej powieści, która toczy się w bliżej nieokreślonym tam, może w gruncie rzeczy dotyczyć niemal każdego elementu naszej rzeczywistości. Z pewnością ta historia zmusi Was do zastanowienia się nad autorytaryzmem, współpracą, granicą, której nie można (a może trzeba?) przekroczyć. Jedno jest pewne: w powieści Goldinga na pewno znajdziecie coś dla siebie, odnosząc tę historię do swojej codzienności. A co to będzie? Nie wiem, ale mam nadzieję, że wykorzystacie to, by uczynić teraźniejszość i przyszłość nieco lepszymi. Tego Wam życzę.


Moja ocena


O innych książkach, w których główną rolę odgrywają dziecięce bestie, przeczytacie tutaj => 8 książek o dzieciach, których lepiej unikać.