sobota, 6 lutego 2021

"3096 dni" koszmaru Nataschy Kampusch


Człowiek posiada umiejętność stworzenia wrażenia normalności w najbardziej nawet nienormalnych sytuacjach – aby się nie zatracić. Aby przeżyć. 


Natascha Kampusch, 3096 dni, przeł. V. Grotowicz, Sonia Draga, Katowice 2011.


Moi Drodzy, dziś będzie o porwaniu, ale w totalnie przerażającym wydaniu. Wcale nie mam tu na myśli krwawego kryminału czy soczystego horroru; obejdziemy się bez plastycznych opisów makabry i spektakularnego dochodzenia. Głos zabierze uprowadzona, która podzieli się z nami wspomnieniem (wciąż żywym) dramatu, w jakim musiała się odnaleźć, by przeżyć; poznacie historię, która wydarzyła się całkiem niedawno, niedaleko. 

Na liście książek, które zawsze chciałam przeczytać, znajduje się kilka tytułów, do jakich niestety trudno dotrzeć, ponieważ nakład już dawno się wyczerpał, o wznowieniu cisza, a ceny pojedynczych egzemplarzy sięgają kilkudziesięciu, a nawet kilkuset złotych (serio, szaleństwo jakieś). Tak było z książką, o której dziś mowa, a która trafiła pod moją choinką.

Historia zainteresowała mnie z jednego konkretnego powodu: to próba rozprawienia się z przeszłością podjęta przez kogoś, kto trwał w wieloletnim koszmarze. To wyznanie kobiety, która została porwana, kiedy była dzieckiem, a wolność odzyskała dopiero wiele lat! później. Mowa o 3096 dniach Nataschy Kampusch – Austriaczki, o której być może gdzieś, kiedyś, przypadkiem usłyszeliście.


Wieloletni koszmar

Ten dzień był jak dziesiątki innych. Nic nie zapowiadało katastrofy, która się wydarzyła. Tak to chyba bywa, prawda? Nigdy nie ma się pewności, że właśnie dziś, że to akurat teraz wydarzy się coś, ta jedna chwila, która może wpłynąć na całe nasze życie. Mała Natascha ruszyła w drogę do szkoły. W marcu 1998 roku dziesięciolatka nie dotarła jednak na pierwszą lekcję, nie pojawiła się też na żadnej kolejnej. Dziecko zostało wciągnięte do furgonetki, zastraszone, a w finale zamknięte w pomieszczeniu piwnicznym, w którym przyszło mu dorosnąć.


Mój świat przeżył potężny wstrząs, rzeczywistość nieco się przesunęła. Zaakceptowałam to, co się stało i zamiast rozpaczać i z oburzeniem walczyć przeciwko nowej sytuacji, dostosowałam się.


Natascha spędziła w niewoli dokładnie 3096 dni – to osiem lat wyrwanych z życia, ponad 400 tygodni z daleka od rodziny, życia w izolacji i ciągłym strachu. To przede wszystkim czas walki o siebie, wypełniony wolą przetrwania, chwilami zwątpienia, otulony bezsilnością i smutkiem.

Wolfgang Priklopil zdecydował o czyimś życiu, był potworem, który uzależnił (całkowicie, na każdej możliwej płaszczyźnie) od siebie bezbronną ludzką istotę i zamienił jej życie w piekło. Natascha po latach zdradza, w jaki sposób udało jej się przetrwać ten czas, jakie towarzyszyły jej emocje i myśli. Dowiemy się, co tak naprawdę wydarzyło się w domu, który z pozoru wyglądał jak każdy inny oraz czego dopuścił się człowiek, którego nikt o nic nie podejrzewał.

Jesteśmy w środku

Na rynku książki znajdziemy mnóstwo tytułów, które poruszają wątek porwania (to przede wszystkim kryminały), jednak większość z nich (przynajmniej tych, do których dotarłam) odnosi się przede wszystkim do osób, które cierpią z powodu utraty kogoś bliskiego i z nadzieją wyczekują jego powrotu. Oczywiście zdarza się, że zaglądamy do opuszczonych domów, zatęchłych piwnic, wyciszonych pokojów czy opuszczonych magazynów, gdzie spotkamy się z ofiarą porwania, gdzie możemy przyjrzeć się jej sytuacji, ale co innego, gdy współczujemy fikcyjnej postaci, a co innego, gdy musimy zmierzyć się z wyznaniem osoby, która znalazła się w takim położeniu i postanowiła opowiedzieć o swoim koszmarze. Myślę, że 3096 dni to historia szczególna właśnie dlatego, że wydarzyła się naprawdę, a kobietą, która prowadzi nas przez ten dramat, jest właśnie ta, której udało się uwolnić. Zastanawiam się, ile jest takich osób, które wciąż tkwią wciśnięte w piwniczny kąt i każdego dnia walczą o odrobinę normalności, marząc o powrocie do domu.

Spisanie tego wyznania  zajęło autorce cztery lata – tyle czasu musiało minąć od chwili wyrwania się na wolność, żeby Natascha poczuła się na tyle silna, by otwarcie opowiedzieć o wieloletniej izolacji. Dojrzewała do podzielenia się z czytelnikami swoimi wspomnieniami; nie wykrzyczała światu swego bólu od razu, ale zrelacjonowała wszystkie wydarzenia (prawie wszystkie, bo sama zaznacza, że pewne sprawy wolała przemilczeć) na chłodno. Ta historia wybrzmiała, kiedy już emocje nieco opadły i pojawiły się odpowiednie słowa, w które można było ubrać ten dramat. Nadeszła chwila, gdy kobieta potrafiła przeżyć ten koszmar na nowo, bo niewątpliwie sporej odwagi wymagał od niej powrót do przeszłości.

Nie jest tajemnicą fakt, że ta historia dobrze się kończy, co sprawia, że czytamy ją z pewnym spokojem. Nie zrozumcie mnie źle, bo to naprawdę mocna rzecz, przerażający obraz okrucieństwa wypełniony strachem małego dziecka i bezsilnością młodej kobiety, ale mimo wszystko wiedząc, jakie jest zakończenie tej opowieści, łatwiej nam przejść tę drogę przez piekło. Natascha pozwala nam spojrzeć na całą sytuację z dystansem, nieco odgrodzić się od tego okrucieństwa, zacisnąć zęby, kiedy jest naprawdę nieprzyjemnie, bowiem w perspektywie mamy wolność – wiemy, że wszystko to, co przeżyła, jest już za nią. 

Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż czujemy się, jakbyśmy byli w środku, nie tyle przyglądając się całej sytuacji, co przeżywając z porwaną każdą chwilę. To szalenie bolesne, ponieważ nie odstępują nas: poczucie zagrożenia, strach, przerażenie i bezsilność – nie potrafimy oprzeć się tym psychicznym mękom, a kiedy dochodzi do tego znęcanie się fizyczne... wszystko w środku buzuje! Nie wiem, jakim trzeba być zwyrodnialcem, by tak upodlić drugiego człowieka, który w gruncie rzeczy jest całkowicie od takiej kreatury uzależny.

Narracja prowadzona jest w formie pierwszoosobowej – to bohaterka tych zdarzeń opowiada nam o swojej przeszłości. Książka podzielona została na dłuższe rozdziały, które pomagają zakotwiczyć te informacje w czasie. Przejdziemy przez dzieciństwo Nataschy, przeżyjemy pierwsze dni porwania, przyjrzymy się codziennej walce o przeżycie, zobaczymy, w jaki sposób ewoluowała więź (nie da się tego uniknąć, kiedy porywacz jest jedyną osobą, którą widuje się każdego dnia) między mężczyzną a porwaną, a potem z wypiekami na policzkach będziemy towarzyszyć kobiecie w drodze na wolność. Znaczący dla tej opowieści jest również epilog, w którym poznamy Nataschę walczącą o powrót do na łono społeczeństwa, co wcale nie było takie proste, biorąc pod uwagę długoletnią izolację, życie w oderwaniu od rzeczywistości i sam świat, który nieco zmienił pod jej nieobecność, a także stosunek społeczeństwa do samej uwolnionej – tu bywało różnie. 

3096 dni to historia, której warto poświęcić dłuższą chwilę. To odważny akt rozprawienia się z przeszłością, być może szansa na odnalezienie spokoju i nadzieja na ubranie w słowa tego, co trudno jest w jakikolwiek sposób opisać. To po prostu nie mieści się w głowie. Jeśli tylko będziecie mieli okazję zerknąć do tej książki, to nie wahajcie się – jest trudna, bolesna, autentyczna i poruszająca, ale warta Waszej uwagi.