poniedziałek, 22 lutego 2021

Życie pisze najbardziej porażające scenariusze: "Mocna więź" M. Majcher

 


Dojmujące jest uczucie, że robiło się, dawało, mówiło i kochało za mało. W natłoku codziennych obowiązków nie przywiązujemy wagi do obecności naszych bliskich, oni po prostu są.


Magdalena Majcher, Mocna więź, W.A.B. Warszawa 2021.


To nie ociekająca krwią fikcja robi na mnie największe wrażenie, ale opowieści, do których scenariusze napisało samo życie. Historie oparte na faktach potrafią wstrząsnąć moim światem po stokroć mocniej niż nawet najbardziej zręcznie i zaskakująco wykreowany przez autora świat wraz z całym swoim obrzydlistwem. W historii potrzeba bowiem czegoś więcej niż tylko elegancko zawiązującej się intrygi czy zwalającego z nóg zakończenia; niezbędny jest ten element, który uwiąże, omami, nie pozwoli oderwać się od treści, a przy tym wywoła ogrom emocji, tworząc między nami a bohaterami opowieści trwałą więź. To te emocje są najważniejsze, a jednak kiedy uświadamiamy sobie, że o żadnym wymyśle nie może być mowy, nie chcemy ich, wzbraniając się przed taką rzeczywistością. Wolelibyśmy, by to, czego niejako staliśmy się świadkiem, nigdy się nie wydarzyło. Życzylibyśmy sobie, by wszystko to okazało się fikcją, by nie miało miejsca, by taka opowieść nigdy nie musiała znaleźć się na kartach historii.

Twórczość Magdaleny Majcher jest mi bardzo dobrze znana – tak sobie przynajmniej tłumaczyłam, bo przecież przeczytałam już kilkanaście powieści, które wyszły spod jej pióra, na które zresztą zawsze czekam z utęsknieniem, bo pisarka posiada, w moim odczuciu, ogromną wrażliwość na świat – ale po lekturze Mocnej więzi zdębiałam. To już dwudziesta książka w dorobku autorki, ale pierwsza oparta na faktach, a raczej pierwsza, która jest sfabularyzowanym zapisem rzeczywistości. To najlepsza książka, z jaką miałam do czynienia w tym roku i choć jestem świadoma tego, że wiele jeszcze przede mną, bo 2021 tak naprawdę dopiero wystartował, to zdania nie zmienię, ponieważ rzadko trafia się taka perełka, oszlifowany diament.

Życie pisze najbardziej porażające scenariusze


Często szczęście zaczyna się od wielkiej miłości, która dodaje skrzydeł i zmienia świat na lepszy, czyniąc go wyśnioną, bezpieczną przystanią, naszym własnym miejscem na Ziemi. Wymarzony ślub z urzeczywistniającym marzenia mężczyzną (sprawdzonym, znanym od lat, Tym Jedynym), narodziny wyczekiwanego i chcianego dziecka, satysfakcjonująca praca i podążanie za pasją. Anna Garska miała wszystko, czego pragnęła, a  jednak 7 lipca 2012 roku wyszła z domu i nie wróciła.


Szczęście jest takie proste, jeśli nie oczekuje się od życia wielkich rzeczy
i potrafi się łapać ulotne chwile.


Wszystko też może kończyć się na wielkiej miłości. Może urwać się doskonały kontakt z najbliższymi, mogą ulecieć plany i marzenia, umknąć ostatni uśmiech. Może wreszcie przerwać bieg życie, kiedy to ukochany odbiera je swojej małżonce. I mogło mu się udać, bo przecież tak niewiele brakowało, by skończyło się na pomówieniach i wrogich epitetach, rodzinnych wspomnieniach, ciągłym niedowierzaniu złączonym z nieustępliwą nadzieją. Można było poprzestać na tej wielkiej niewiadomej, która trawiłaby media, nie dając spokoju, aż wreszcie wyblakłaby ta zagadka, ucichła, by trafić do szufladki z innymi niewyjaśnionymi sprawami. Mogliśmy zapomnieć.

Matczyna miłość, nadzieja i ból pozostają jednak nieskończone, podobnie jak historia zaginięcia Anny Garskiej wciąż nie ujrzała swego kresu, nie doczekała rozwiązania. Dziś cała Polska wie, kto zabił, a jednak wciąż nie rozumiemy, dlaczego musiało do tego dojść. Teraz wiemy, że Ania nie wróci, bo nie może tego zrobić. Trwa jednak wciąż, nieprzerwanie od wielu lat, w pamięci, sercach i myślach matki (i rodziny); na zawsze związana mocną więzią z tymi, którzy kochali ją najmocniej na świecie.


Inspirowana prawdziwą historią Anny Garskiej i jej mamy Michaliny powieść o potędze matczynej miłości i o zbrodni prawie doskonałej.

 


Bez happy endu, w zawieszeniu

O sprawie Anny Garskiej było swego czasu głośno; cała Polska szukała zaginionej (nawet Rutkowski znany przede wszystkim z rozwiązania sprawy małej Madzi), powstawały kolejne reportaże, próbowano wskazać możliwe kierunki, dociekać, tłumaczyć, kierując się przeświadczeniem, że ludzie przecież nie zapadają się, ot tak, pod ziemię. Pamiętam, że śledziłam te wydarzenia, które przykuły moją uwagę, ponieważ kobieta była niemal moją rówieśnicą, a ja sama tuliłam wtedy niemowlę do piersi i nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że matka mogłaby tak po prostu porzucić ukochaną córkę. Pamiętam też, że mocno trzymałam kciuki, by Ania się odnalazła, by wróciła do dziecka i męża, by wszystko zakończyło się szczęśliwie, bo przecież nie można tak po prostu zniknąć! Nie wtedy, gdy ma się, na kogo liczyć, do kogo wracać. Wierzyłam, tak po cichu, że wszystko dobrze się ułoży, bo przecież musi...

 


 

Sięgając po Mocną więź, wiedziałam, jakie będzie zakończenie tej historii (wszystko jest jasne już w momencie, gdy czytacie opis wydawcy – to nie jest żadną tajemnicą), choć tak naprawdę o żadnym końcu nie może być mowy, ponieważ zwłoki kobiety wciąż nie zostały odnalezione, matka nadal nie może zapalić znicza na grobie córki – koszmar, choć już częściowo wyjaśniony, wciąż trzyma ludzkie serca w zawieszeniu. A jednak nie o finał w tym czytaniu chodzi, ale o drogę, która jest tak emocjonalnym przeżyciem, że pozostawia głębokie bruzdy w umyśle. Ten ból jest namacalny, rzeczywisty.

Książka jest bardzo dobrze napisana; styl nie pozostawia żadnych zastrzeżeń, a językowi daleko do zbędnego patosu – nie ma mowy o przesadnej wzniosłości – to język matczynej miłości, pełen bólu i równoważącej go czułości. Treść została podzielona na czas przed 7 lipca 2012 (od momentu urodzenia Ani w 1982 roku) i po nim. I chyba ten sposób prezentacji treści jest tak wstrząsający i przejmujący. Poznajmy dorastającą dziewczynę, która ma przed sobą całe życie, która marzy, pragnie, trwa i cieszy się codziennością, która staje się szczęśliwą żoną i najszczęśliwszą na świecie matką. Nad tym szczęściem wisi jednak koszmar rodziny, która poszukuje zaginionej i nijak nie może wyjaśnić jej zniknięcia (to niemożliwe, by Ania zniknęła!) – to życie w ciągłym strachu, bolesne trwanie na posterunku z nieustępliwą nadzieją, ale też przeszywającym, świdrującym bólem.

Magdalena Majcher z niesamowitym wyczuciem i wrażliwością prowadzi nas w opowieść, która na bardzo, bardzo długo zostanie w naszej pamięci. Autorka nie sili się na dramatyzm, nie stosuje żadnych tanich chwytów, by zyskać i utrzymać naszą uwagę, specjalnie nie szokuje, zbędnie nie poddaje ocenie. Nie musi tego robić, ponieważ opowieść sama generuje w nas odpowiednie emocje. Mocna wieź to książka równie wstrząsająca, co piękna – a może właśnie przez to piękno tak dramatyczna? Porusza najczulsze struny ludzkiej duszy, wywołuje w czytelniku sprzeciw, wyciska łzy, wzmaga poczucie niesprawiedliwości, daje nadzieję, choć bez ukojenia, ale też pokazuje siłę rodziny – tę tytułową mocną więź.

Nie znaliście tej historii? Nic nie stoi na przeszkodzie, by teraz, właśnie w tej chwili poznać losy Anny – oddać jej sprawiedliwość, spróbować zrozumieć, przejść wspólnie z bohaterami przez rodzinne piekło. Wiem, że nie zachęcam Was do sielankowego zaczytywania się w magicznej opowieści, która dobrze się kończy, mam tego świadomość, ale... ta historia wybrzmiała, ten ból się rozlał (sączył się wiele przez wiele lat), więc przyjmijcie tę historię, zmierzcie się z tym wszystkim i spójrzcie prawdzie w oczy.





Mocna więź to moim zdaniem najlepsza książka w dorobku Magdaleny Majcher. Myślę, że autorka trafiła na swoje miejsce – to właśnie literatura faktu powinna być jej znakiem szczególnym. Dlaczego? Ponieważ pisarka uzmysławia nam, że nie tylko fakty są ważne, ale towarzyszące zdarzeniom emocje, a Majcher wie, jak nawet najgorszą tragedię przedstawić tak, by nie uronić ani kropli tego, co najważniejsze. Pochyla się nad ludzkim dramatem, nie szukając taniej sensacji, ale dając nam autentyzm. Książkę polecam Wam z czystym sumieniem, chociaż nie... ja jestem głęboko przekonana o tym, że musicie sięgnąć po tę opowieść, bo jest warta każdej chwili Waszego życia.

Mam szczerą nadzieję, że Magdalena Majcher nie poprzestanie na tej opowieści – jeszcze tyle tajemnic wymaga wyjaśnienia, tyle tragicznych historii czeka, by je opowiedzieć. Domyślam się, że praca nad taką książką była wymagającym i niszczącym zadaniem – na pewno bardzo bolesnym, bo trudno przecież pozostać obok, kiedy trafiło się do środka – ufam jednak, że to dopiero początek, bo obrany przez autorkę kierunek nie pozostawia wątpliwości – tak miało być.