wtorek, 23 lipca 2019

TO zawsze dzieje się gdzieś daleko, u kogoś, poza nami


Czas zdjąć pajęczyny, wytrzeć kurze, przewietrzyć i wypełnić tę pustkę słowem – albo kilkoma. Nawet nie wiem, kiedy nastała wiosna, a już mamy lato. Długo mnie tu nie było... Wiele się zmieniło, chociaż miłość do czytania trwa. Dziś trochę prywaty. Recenzje następnym razem.




Kochani, zacznę od tego, że bardzo się cieszę, że jeszcze tu jesteście. Długo zbierałam się do napisania czegokolwiek. Brakowało sił, weny, czasuwszystkiego. Dziś, na rozgrzewkę, sporo prywaty. Po bardzo długiej przerwie opowiem Wam o tym, gdzie byłam, kiedy mnie nie było, skąd cisza i pustka na blogu... Opowiem też o tym, jak autorzy, czytelnicy, wydawcy i książki ratują życie. Na recenzje przyjdzie pora, a sporo się tego wszystkiego nazbierało. Nie wiem, czy wykaraskam się z tych wszystkich zaległości; nie wiem, czy będę wracała do tego, co za mną. Chciałabym. 

Szkic tego wpisu powstał w połowie maja... trochę zleciało, bo zawsze było coś do zrobienia, poza tym treść zmieniałam z milion razy  wygładzałam, odejmowałam, zmieniałam. O niebo łatwiej pisać recenzje książek, nawet tych miażdżących.


Tego było za wiele



Jeszcze w zeszłym roku tłumaczyłam ten blogowy zastój brakiem czasu. Wciąż było coś do zrobienia, terminy w pracy goniły, papiery piętrzyły się w zastraszającym tempie, a poza tym był to okres, kiedy musiałam ogarnąć nowe zadania: we wrześniu zaczęłam uczyć polskiego, zostałam wychowawcą, leciałam z migowym, biegałam na indywidualne, czarowałam na zajęciach romskich – szkoła wciągnęła mnie na maksa. Wkręciłam się w tworzenie materiałów, w międzyczasie ogarniałam teczkę na awans – w końcu, po latach, wstrzeliłam się z terminem – czytałam lektury, sprawdzałam wypracowania, robiłam kursy – no, cuda, mówię Wam. Pomijając pracę, był jeszcze dom – taka szara proza życia  znacie to doskonale: pranie, sprzątanie, zakupy, obiad czy wyjście z psem. W tym wszystkim była rodzina – szkoła, zadania domowe, wyjścia, zabawy, wspólne czytanie i przytulanie. Doba zawsze była zdecydowanie za krótka, by zmieścić to wszystko (i nie robić niczego na odpierdziel), więc coś trzeba było odsunąć na chwilę na bok  padło na blog. Potem padł mój laptop ze wszystkimi szkicami, współpracy odmówiła komórka, więc siłą rzeczy trafił mi się przymusowy detoks.

Moje miejsce w sieci czekało na powrót, który miał nastąpić w grudniu – wszystko przeciągnęło się jednak na styczeń, bo wiadomo, że grudzień to święta, koniec roku i znów ciągle coś. Czekałam z niecierpliwością na ferie; poumawiałam się na publikacje, wywiady, konkursy, na spokojnie pisałam sobie recenzje, pykałam fotki – byłam gotowa, chętna i zdecydowana. W planach był szybki urlop w Egipcie z laptopem w torebce.

I wtedy runął mój świat



Można sobie coś zakładać (albo nie brać czegoś w ogóle pod uwagę), a życie i tak wszystko weryfikuje. Potrafi nas zaskoczyć, sponiewierać, a przy okazji wymusić pewną elastyczność lub skłonić do ułożenia wszystkiego na nowo. Wciąż uczymy się nowej i zaskakującej rzeczywistości.



Miałam taki plan, żeby napisać tu coś mądrego czy choćby górnolotnego, ale powiem jednie, że TO zawsze dzieje się gdzieś daleko, u kogoś, poza nami. Tym razem po prostu trafiło na naszą Ewę i musimy się z tym zmierzyć.


Na początku stycznia zdiagnozowano u mojej córeczki ostrą białaczkę limfoblastyczną, nagle straciła czucie w nodze i ręce, a po badaniach okazało się, że hemoglobina trzyma się na krytycznym poziomie 2.6 – Ewka w ogóle nie powinna już chodzić. Znajomy świat w jednej chwili po prostu się skończył. Wiecie, nigdy nie myślałam, że można z dnia na dzień zmienić całe swoje życie – nagle odciąć się od wszystkiego i w sumie od wszystkich, zostawić to, co przecież ważne, odrzucić wszystkie plany, odłożyć marzenia i żyć z dnia na dzień, oddychać chwilą. A jednak. Wyszłam, jak stałam; zostawiłam dom, psa, pracę, sprawdziany, oceny semestralne, mokre ciuchy w pralce i kolację na blacie.



Nie dało się tego przewidzieć, a zapewnienie lekarza rodzinnego, że blada, bo antybiotyk i zima, było uspokajające. Byliśmy przekonani, że tak właśnie jest, więc nie szukaliśmy, bo komu wierzyć, jak nie pediatrze? Badajcie, Miśki, swoje dzieciaki... Koszt wykonania morfologii prywatnie to jedyne 12 zł. To niewiele, a pozwala spać spokojnie albo po prostu zadziałać w odpowiednim momencie.


11 1160 2202 0000 0001 0214 2867
Z tytułem wpłaty: „Ewa Gaczoł”



Nigdy w życiu tak się nie bałam. Ogólnie niewiele jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi i mało jest takich rzeczy, które mogłoby mnie zaskoczyć (tak przynajmniej myślałam). A tu jeb: okazuje się, że na koszmar nigdy nie jest się gotowym. I nie wiemy, jak zareagujemy na pewne informacje, jak sobie z tym wszystkim poradzimy – niektóre emocje są po prostu za silne i żadne wmawianie sobie supermocy nie działa, w człowieku wszystko nagle siada. Pierwsze trzy miesiące spędziłam z córką w szpitalu, który zaczęłam w końcu traktować jak swój drugi (a właściwie pierwszy) dom. Przeniosłam połowę wyposażenia mieszkania do szpitalnej sali i tak dzień po dniu czekałam – ta choroba uczy cierpliwości, chyba osiągnęłam już level hard. Nadal czekam, tyle że raz na jakiś czas zmieniam otoczenie. I tak ciągle od-do, nigdy nie wybiegam myślami gdzieś dalej, nie planuję i nie zakładam, nie zastanawiam się, co będzie dalej. Jestem tym totalnie przerażona, chociaż pełna nadziei.




Wiem już, że jestem kłamcą doskonałym. Każdego dnia z uśmiechem podchodzę do kolejnych zadań, następnych badań, wyników i całej tej reszty. Moje dziecko przez ten cały czas było przekonane, że wszystko jest dobrze, warto się uśmiechać, snuć plany i cieszyć się z małych pierdół, co więcej, Ewka mówi, że mamusia uwielbia szpital, bo jest taka radosna, kiedy w nim jest. A jednak wszystko we mnie krzyczy, jestem bezsilna i rozpadam się na kawałeczki każdego dnia. Z bijącym sercem mierzę córce cukier, temperaturę czy ciśnienie, ze strachem sprawdzam wyniki krwi, zmieniam opatrunki czy pobieram kolejne próbki do badań. Zatem jest mnie dwie: kobieta w "trybie matka" i taki zwykły człowiek, w którym wszystko się kotłuje, ale nie ma już nawet siły, żeby wybuchnąć. 

U nas dramaty, ale życie toczy się dalej


W pewnym momencie czas się dla nas zatrzymał, a kolejne minuty odliczaliśmy badaniami, wlewami chemii czy porcjami leków, ale też biciem szwankującego serducha. A życie toczyło się dalej. Wiele mnie w tym roku ominęło  właściwie wszystko. Nie mogłam być przy przyjaciółce, gdy tego najbardziej potrzebowała, nie potrafiłam dać jej tyle wsparcia, na ile zasługiwała; nie byłam na ślubie mojej drugiej przyjaciółki, więc cieszyłam się jej szczęściem z daleka. Ominęły mnie wszelkie urodziny, spotkania, rady pedagogiczne czy promocje w marketach. Kiedy pod koniec kwietnia poczułam w powietrzu słodki zapach bzu, zorientowałam się, że zima już dawno minęła. Wracam do Przylądka jak do prawiedomu – znam tych ludzi, te dramaty, emocje, nieznośne oczekiwanie. I płaczę z rodzicami, którzy stracili swoje dzieci, dziękując, że moje walczy, a leczenie przynosi efekty. Takie sprawy rozpierdzielają...

Alipet zawsze w gotowości do przytulania


Córka zaskoczyła mnie wielokrotnie, chociaż to mało powiedziane – zaskakuje mnie każdego dnia. Dzielnie wszystko znosi, jest silna i wciąż radosna (chociaż, wiadomo, czasem i ona ma wszystkiego dosyć, a leki robią swoje). Na początku strasznie przeżywałam każdą "sprawę": Jak ona będzie łykać tyle tabletek? Jak sobie poradzi ze ścięciem włosów? Jak z łysą głową? Jak zniesie tyle czasu w szpitalu? Jak poradzi sobie z codziennym kłuciem? Jak to będzie, kiedy spotka się z kimś znajomym? Jaka będzie, kiedy to wszystko się rozkręci? A jednak... ona mimo wszystko daje radę. Jeden z lekarzy powiedział, że "dzieciaki z Przylądka to robokopy"  zgadzam się, są megawytrzymałe.

Co teraz?


Leczenie jest w trakcie. Czasem odnoszę wrażenie, że to się nigdy nie skończy, a kiedy opanujemy już jakiegoś potworka, od razu zaczyna nas atakować kolejny. I w sumie tak trochę będzie – każde kichnięcie, podwyższona temperatura czy wysypka będą spędzać nam sen z powiek. Jeszcze trochę to potrwa, ale można powiedzieć, że intensywna chemioterapia powoli zbliża się ku końcowi. Oby. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i po drodze nie napotkamy jakichś większych komplikacji, to we wrześniu (albo w październiku) będziemy mogli przejść na kolejny etap, tzw. podtrzymanie. Co prawda dziecko nie wróci do szkoły, nadal nie będzie mogło pójść do sklepu czy na plac zabaw, ale nie będą to już długie miesiące spędzone w szpitalu, a tylko szybkie wypady + chemia w domu + badanie krwi raz w tygodniu + w sumie nie wiem, co jeszcze, bo to wszystko dopiero przed nami...





Na razie z niepokojem wyglądamy kolejnych wychodzących włosów (od marca zdążyły już nieco odrosnąć), łagodzimy bóle szczęki czy nóżek, znosimy huśtawki nastroju, pilnujemy cukru i szykujemy się na kolejne wlewy. Walka trwa.



Chyba potrzeba zaczepiania się w jakimś punkcie wpłynęła na to, że w końcu blog rusza (nie mogę też pominąć męża i moich rodziców, którzy wymownie dali do zrozumienia, że byłoby szkoda to wszystko zaprzepaścić...). Poza tym brakuje mi czegoś tylko mojego – od stycznia moje życie i wszelkie działania są podporządkowane leczeniu – mój poukładany światek z niezłymi perspektywami na przyszłość odszedł w zapomnienie, nie wiem, co dalej. A tu? Tu mogę sobie planować do woli, rozkładać w czasie, manewrować i odkładać na potem. Daleko temu do stabilizacji, ale dobrze jest wracać do czegoś znajomego i oswojonego. Musiałam się po prostu odblokować, bo ten blog wciąż miałam gdzieś z tyłu głowy.

Równowaga zachowana


Choroba uczy pokory, pokazuje też, że dumę trzeba sobie wcisnąć głęboko w pupę, bo są rzeczy ważniejsze. Nauczyłam się prosić o pomoc, czego dotąd nie robiłam, bo zawsze starałam się być samowystarczalna. Niestety z niektórymi demonami nie da się walczyć w pojedynkę. Może gdyby chodziło o mnie, wypięłabym się na cały świat, zwinęła w kłębek i jakoś przetrwała. Ale tu wcale nie chodzi o mnie. 

Na swojej drodze spotkałyśmy mnóstwo ludzi, którzy pomogli nam, we wszystkim. Stawali na głowie, żeby nieco ulżyć Ewce, pomóc mi i mężowi, wnieść nieco radości do naszego życia i podnieść na duchu. 

Autorzy ze zrozumieniem podeszli do naszej sytuacji, nie naciskali, co więcej okazali wsparcie. =>Magdalena Majcher<= stworzyła nawet grupę, w której licytowane były książki i inne rzeczy na rzecz Ewki. 


Sprawdźcie, jak to wyglądało

W ogóle Magdalena była pierwszą osobą "spoza", z którą podzieliłam się tym wszystkim. Kiedy dostałam książkę Jeszcze jeden uśmiech do recenzji, uprzedziłam, że jesteśmy przed diagnozą, a tematyka chyba mnie rozłoży na łopatki, więc nie wiem, kiedy przeczytam. Książkę wciągnęłam pod koniec stycznia. Jest wspaniała. Recenzja już wkrótce, a kiedy opowiem Wam o tym wszystkim, co w książce, zrozumiecie, jaką cudowną osobą jest autorka. Madziu, dziękuję za wszystko. 

Ludzie zaszaleli z licytacjami. Pod młotek szły książki  dziękuję wszystkim znajomym i nieznajomym autorom, którzy wsparli akcję oraz wszystkim czytelnikom, nieczytelnikom, członkom grupy =>Przeczytaj & podaj dalej <= z Magdą Erbel na czele, wydawnictwom, redakcji magazynu, youtuberom i blogerom. Wszystkim. Dzięki Wam udało się zebrać ładną sumkę, która teraz jest niezbędna do codziennego funkcjonowania  kupujemy leki, opatrunki, wszelkie "przyrządy" służące do płukania wkłucia centralnego, preparaty do poratowania buźki i mnóstwo innych potrzebnych dziwactw. Wszystkie wpłaty i procenty z Waszych pitów (te wejdą na konto w październiku?) to dla ogromne ułatwienie. Dziękuję. 

Szczególnie dziękuję również => Krzysztofowi Koziołkowi <=, któremu winna recenzję patronacką. Krzysiu, Twoje maile bardzo wiele dla mnie znaczą. Uzmysłowiłeś mi, że nie powinnam przejmować się pisaniem, bo na to będę miała jeszcze dużo czasu. Dziękuję.

Dziękuję również =>Tomaszowi Stochmalowi <=, który ciągle gdzieś się w tej naszej drodze pojawia. Jemu oczywiście również wiszę recenzję... Powiem Wam, że wkrótce się on pojawi, do tego dorzucę też konkurs, a będzie się działo, bowiem książka jest w iście letnim klimacie. Tomku, dziękuję.

Do tego dochodzi też =>Paweł Maj<=. Pawle, dziękuję za książki dla Młodej  wkrótce je przeczytamy, bo jakoś nie było okazji... Poza tym Paweł był dla mnie swego rodzaju inspiracją w tym trudnym czasie, bo wzorując się na jego bajkach terapeutycznych, tworzyłam dla Ewki swoje, które opowiadałam w te trudniejsze wieczory... Dziękuję.

Kiedy o tym wszystkim myślę, dochodzę do wniosku, że mam szczęście do ludzi...

Internet to jednak nie wszystko. Codziennie zaskakiwała mnie rzeczywistość. Każdego dnia koleżanki i koledzy oraz zupełnie obcy ludzie byli dla mnie ogromnym wsparciem, nie zapominając o przyjaciołach, oczywiście, i rodzinie.


Walentynki

W =>mojej szkole<= zorganizowano mnóstwo akcji na rzecz Ewci, m.in. zbierano pieniążki (grono pedagogiczne zrezygnowało nawet z kwiatków na koniec roku, a zamiast tego rodzice wpłacali pieniądze do puszek. Powiem Wam, że to cudowna sprawa, naprawdę, i nasza szkoła zrobi z tego piękną tradycję  będziemy pomagać dzieciom), dzieci pisały listy do Ewci (nauczycielki młodszych klas zorganizowały specjalną skrzynkę pocztową, Bianeczko, dziękuję), a z okazji walentynek Ewcia dostała tysiące serduszek z życzeniami powrotu do zdrowia. To było coś wielkiego. Rodzice szyli poduszki, tworzyli ramki, robili skarbonki, uczniowie wyklejali obrazki tonami brokatu. Klasa Ewki pisała listy, wysyłała zdjęcia, rodzice organizowali eventy, spotkania, a wychowawczyni była dla nas pomostem łączącym z normalnością  i nie tylko (Ewciu, dziękuję). Pracodawca zachował się naprawdę bardzo w porządku, czego się ogólnie obawiałam, bo naprawdę zależy mi na pracy. Tyle dobra...




W takich chwilach nie wiedziałam (dalej nie wiem), jak dziękować. Jestem naprawdę dumna z naszej szkolnej społeczności i niesamowicie cieszę się, że jestem jej częścią, że moja córa trafiła do tak cudownej szkoły, a ja do pracy. Te wszystkie gesty dobrej woli, bezinteresowne propozycje, kombinacje, wyciągnięte dłonie i słane uśmiechy to znacznie więcej, niż można sobie wyobrazić. To wszystko pozwoliło nam oderwać się od bólu i smutku, zachłysnąć na moment normalnością i nienormalnością, np. nasza pani psycholog przybiegała pod szpital ze swoimi zabieganymi laskami i... tańczyły pod oknami. Wyobrażacie to sobie? Coś pięknego i uśmiechy wszystkich dzieciaczków, które wyjrzały wtedy przez okna... =>Iwonko<=, jesteś wielka! Dziękuję.

Na łopatki rozłożyło mnie kameralne spotkanie z rodzicami i uczniami. Matko, to niesamowite, że ludzie potrafią wsiąść w auto czy tramwaj i przyjechać, żeby się ze mną zobaczyć i zrobić przyjemność Ewci. Na koniec roku szkolnego dostałam piękny bukiet od ucznia z mojej (teraz już byłej) klasy. Podziękował za ten czas, kiedy zajmowałam się klasą. Wiecie, to takie chwile, kiedy starasz się z całych sił nie rozpłakać, bo przecież trzeba choć trochę trzymać fason... Mogłam się przez chwilę oderwać o tego wszystkiego i być tą dawną sobą. Miłe uczucie.

W Przylądku Nadziei również trafiliśmy na mnóstwo wspaniałych ludzi. Szczególnie chciałam podziękować wolontariuszce Ewie Harapin, którą moja Ewka od razu pokochała. Bywało ciężko, dziecko się buntowało, a tu przychodziła Ewa i od razu wszystko stawało się łatwiejsze. Zaraża uśmiechem, pozytywnym nastawieniem i ciepłem. Zerknijcie na jej =>blog<=, a zrozumiecie, jaką jest niesamowitą osobą. Fundacja Na ratunek dzieciom z chorobą nowotworową robi coś pięknego  pomaga przetrwać dzieciaczkom te najtrudniejsze chwile, rodzicom zresztą też. Cieszę się, że trafiliśmy do Przylądka, do tych ludzi. Nie można tu nie wspomnieć również o panu Michale muzyki, który czyni cuda na instrumentach. Z jego muzyką pobyt w szpitalu od razu staje się przyjemnością. No i pani Kasia, za którą moje dziecko przepada... Pani Kasia zawsze skłania Ewę do działania i... jak nikt rozumie miłość do lamp i alpak. To właściwie ludzie na właściwym miejscu.

Poza tą fundacją jest jeszcze jedna, która nas zauroczyła. => Mam marzenie <=. Ewka wybrała sobie marzenie, które na razie musi jeszcze poczekać, bo leczenie na to nie pozwala, ale za jakiś czas, kiedykolwiek, mam nadzieję, że się uda. Macie może jakieś alpaki pod ręką? 

Zaskakują nas nie tylko ci, których znamy. Czasem bezinteresowne dobro trafia do nas od kompletnie nieznajomych. Po publikacji historii Ewki na stronie Fundacji, napisała do mnie pani Beata, która (kiedy tylko wyczytała, że Ewka uwielbia lamy) postanowiła przesłać wyjątkowy podarunek... Wiecie, że trafiła do Ewci piękna poduszka w lamy i worek w komplecie? Matko... ja nie wiem, czy ludzie wiedzą, ile radości potrafią sprawić takimi gestem! Córa jest zachwycona. Ja również. Dziękuję, pani Beato. A Was zachęcam do zerknięcia na stronę => Szycie Ozdobne <=. Ta kobieta naprawdę szyje z pasją <3




Mam tylko nadzieję, że dobro naprawdę wraca, bo cały zastęp wspaniałych ludzi zasługuje na coś pięknego.


Tonący książki się chwyta


Pierwszych dni prawie nie pamiętam – właściwie wszystkie zlewają mi się w dramatyczną całość. Pamiętam jednak emocje, które mi wtedy towarzyszyły i potrzebę wyrwania się z tego koszmaru. Nie będę udawała, że byłam opanowana, bo nie byłam – mówiąc, że byłam w rozsypce, to jak nie powiedzieć nic. Czytałam, chociaż niektóre historie pamiętam jak przez mgłę. Kiedy Młoda zasypiała, ja uciekałam w literackie światy. Pomijając wsparcie rodziny, przyjaciół i znajomych, to właśnie te ucieczki dawały mi szansę na odrobinę normalności w tym wszystkim. Mogę śmiało powiedzieć, że hobby okazało się dość szeroką deską ratunku, której mogłam się chwycić. Często budziłam się w środku nocy z poczuciem ogromnej niesprawiedliwości i z takim przekonaniem, że jestem bardzo nieszczęśliwa. Szczególnie dawały mi w kość te dni, kiedy Ewkę bolało, ale też te chwile, kiedy siadała psychicznie i opłakiwała przerwę w szkole, zostawionych przyjaciół, psa, którego nie widziała miesiącami – to wszystko, co znajome i bezpieczne. 

O tych wszystkich książkach pewnie Wam opowiem, bo trafiłam na kilka naprawdę cudnych, ale też na kilka dennych opowieści. Nie wiem, jak przetrwałabym bez Legimi – to była chyba moja najlepsza inwestycja. Co prawda czytadeł w papierze mi nie brakuje, ale przyklejenie się nocą do czytnika było nie lada ułatwieniem. 

Oczywiście zawaliłam wszystkie blogowe czy blogostrefowe terminy, nie odpowiedziałam na mnóstwo wiadomości, odrzuciłam ogromną liczbę ciekawych propozycji. Przepraszam. Moje skrzynki pękają w szwach  musiałabym w końcu przejrzeć te wszystkie wiadomości. To zapewne dobry plan na najbliższe dni... Może i to blogowanie wyszłoby mi wtedy na dobre, bo mogłabym zająć się czymś innym, ale... nie miałam mocy, a nawet chęci. Teraz chwilę zajmie mi wydobycie się z tej czarnej dziury zaległości  przynajmniej czymś się zajmę  trzymajcie kciuki.

Książki zrobiły też dużo dobrego dla Ewki. Godzinami leżała i słuchała przeróżnych opowieści  bywało, że kładłam się spać z chrypą po wielogodzinnym czytelniczym maratonie.



Książeczki pomagały nam zabijać czas, który wlókł się niemiłosiernie. Na szczególną uwagę zasługuje Sekretny dziennik Bianki Pomorskiej  ta historia pomogła mojej córce przygotować się na to, co się będzie działo, dzięki niej Ewka "weszła" w przylądkowe klimaty i, co budujące, zrozumiała, że wszytko da się przejść  Bianka przez to przeszła, takich dzieci jest więcej.

Mnie rozbroiła Miłość. Polecam. Napiszę Wam kiedyś o tej książce.

W szpitalu, już na samym początku, dostałyśmy książkę pt. Chemioludek Kacper i jego polowanie na złe komórki nowotworowe. Powiem Wam, że ten, kto to napisał, powinien dostać Nobla. Czasem najlepsza jest prostota, a kiedy trzeba dziecku wyjaśnić, co, jak i dlaczego, takie wsparcie okazuje się niezastąpione. Ewka długo wyobrażała sobie, jak Chemioludek wali młoteczkiem złe komórki  podobno pozytywne myślenie wiele daje... Potem poszła krok dalej i uznała, że Chemioludki to takie maleńkie lamorożce, które hasają pośród nieładnych komórek i walczą z nimi za pomocą magicznych rogów. 

Gdybyście mieli ochotę na lekturę tej książeczki, to można ją przejrzeć =>tutaj<=. O tej książce też Wam kiedyś opowiem.



Poza historiami w szpitalnym klimacie Ewka polubiła Nelę Małą Reporterkę  mamy kilka części. Co najlepsze? Sama zaczęła czytać, więc mogła te wszystkie przygody poznawać w swoim własnym tempie. Na początku w ogóle nie byłam przekonana do tych książek, ale dają dużo radości, zdjęcia są piękne, no i samodzielne czytanie ruszyło. Wszystko na plus, a dodając do tego jakąś tam aplikację z kodami do skanowania, wychodzi coś całkiem przyjemnego.

Ewka miała też okazję spotkać autorkę Annę K. Maciejowską  autorkę książki Mia Ziemianka. Dostała swój egzemplarz z dedykacją. Co prawda lektura jeszcze przed nami, ale zapowiada się wartościowo.



Książki ogólnie są dość powszechne w szpitalu. Byłyśmy z różnymi osobami w pokoju i niemal każda z nich coś tam podczytywała. Książki otwierają przestrzeń  zawsze można było porozmawiać na temat jakiejś historii czy coś komuś polecić  moja lista must read oczywiście znów wzbogaciła się o kilka pozycji. Powiem Wam, że wiele książkowych recenzji przed nami. Chyba najtrudniej jest zacząć... W pogotowiu czeka kilka recenzji, które na pewno opublikuję na dniach  trzeba w końcu ruszyć patronaty, ale też te książki, których recenzje miały się pojawić dawno temu... A poza tym całą resztę! Jestem lekko podekscytowana, to dobry znak. 

Poza książkami czytałam też blogi. To nie tak, że całkiem wypadłam z obiegu, bo zaglądałam do moich ulubionych blogerów, więc jestem z postami prawie na bieżąco. Wybaczcie brak komentarzy z mojej strony, poprawię się. Na początku pierwsze, o czym pomyślałam, to znaleźć blogi, które dotyczyłyby białaczki, ale... no właśnie. Chyba lepiej, że skupiłam się na czymś innym i nie dokładałam sobie. Dlatego też profil mojego bloga nie ulegnie zmianie  chociaż niektórzy mnie do tego namawiali, bo przecież to znam najlepiej, bo mogłabym rozjaśnić co nieco rodzicom, którzy są dopiero na początku drogi  każde dziecko ma swoją drogę, którą musi przejść, po prostu. Lepiej pisać o czymś przyjemnym, chociaż nie ukrywam, że choroba jest teraz częścią naszego życia, więc pewnie będę się do tego tematu od czasu do czasu skłaniać. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.

Na pierwszy ogień pójdą: Nie pozwól mi umrzeć (Krzysztofa Koziołka), Mataszkowie na ziemi wąbrzeskiej (Tomasza Stochmala) oraz Jeszcze jeden uśmiech (Magdaleny Majcher). A potem? A potem lecimy z całą resztą cudowności. Na pewno opowiem o Inkubie  rzadko kupuję książki, ale tę musiałam mieć (a z recenzowania "na czas" musiałam zrezygnować), będzie co nieco o zombiakach, na dokładkę jakieś thrillery, co nieco dla dzieci i inne cuda. Wszystko w swoim czasie.  

Chyba mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że do Was wróciłam. Z nowym doświadczeniem, odrobinę postrzępiona i trochę sprana, ale jestem.

A teraz opowiadać, co tam u Was słychać?