czwartek, 31 października 2019

Wszystkie jesteśmy durne: "Carska droga" T.M. Rudzka


Wiesz, że chcesz żyć, i masz już swoje życie, jesteś sobą i jesteś z siebie zadowolona. Wiesz, że sobie zawsze poradzisz, i nagle się zakochujesz, choć się tego nie spodziewałaś.
Teresa Monika Rudzka, Carska Droga, Axis Mundi, Warszawa 2019.


Teresa Monika Rudzka kolejny raz mnie zaskoczyła. Czytałam już książkę dla dzieci w jej wykonaniu (od tego zaczęłam), porywającą historię z elementami fantastycznymi oraz intrygujący kryminał. Tym razem miałam okazję, dzięki uprzejmości wydawnictwa Axis Mundi, zapoznać się z jej powieścią obyczajową pt. Carska Droga.

Czym jest tytułowa Carska Droga? Zacznę od tego, że pierwszy raz spotkałam się z tą nazwą, zatem tytuł powieści potraktowałam intuicyjnie, bardziej metaforycznie. Zastanawiało mnie jednak, czemu "carska"? O co w tym w wszystkim chodzi? Carska Droga to trakt zbudowany na przełomie XIX i XX wieku, który znajduje się w województwie podlaskim, a powstał po to, by połączyć carskie twierdze (Osowiec, Grodno i Łomżę) – służył wojskowym manewrom. To ciągnąca się na ponad 33 kilometry droga, w wyjątkowo pięknych okolicznościach przyrody, bo przebiega w większości przez Biebrzański Park Narodowy, a (z tego, co wyczytałam) łosie są tam niemalże na porządku dziennym. 

Wracając jednak do tego ukrytego znaczenia tytułu, warto tu zaznaczyć, że droga jest metaforą ludzkiego życia – wraz z jego blaskami i cieniami, z tymi wszystkimi kłodami, które ciska nam pod nogi, z chwilami uniesień i wielką niewiadomą, która czeka nas na końcu. Nigdy przecież nie wiemy, jak zakończy się nasza podróż (i nie mówię tu o ostateczności), bowiem każda podjęta przez nas decyzja może diametralnie zmienić finał naszej historii.


Każdy ma taką Carską Drogę, na jaką zasługuje.




Kochać i być kochanym


Każdy z nas (a przynajmniej zdecydowana większość) chce kochać i być kochanym. Mamy w sobie ogromne pokłady miłości, którymi pragniemy kogoś obdarzyć, a przy tym kłębi się w nas i kotłuje pożądanie, któremu chcemy ulżyć. To naturalne. Potrzebujemy bliskości drugiego człowieka, który szepnie czułe słówko, chcemy wielkich wzruszeń i ciepła, ale też pragniemy kogoś, kto pogłaszcze lub po prostu wychędoży – zaspokoi potrzeby na wszystkich płaszczyznach, ukoi spragnione ciało i romantyczny umysł.

Z jednej strony pędzimy w objęcia tych, których wskazuje nam serce, a z drugiej strony próbujemy podejść do wszystkiego na chłodno, rozważając wszelkie za i przeciw. I tak trwa odwieczna walka serca z rozumem, a gdy dochodzi do tego chemia, przeskakuje iskra i czuć miętą... cóż, wtedy nic nie jest już takie proste.

Jesteśmy w stanie wiele zrobić, by odnaleźć swoją drugą połówkę, możemy coś poświęcić, gotowi pójść na kompromis. O ile kompromisy są w porządku, o tyle ślepe oddanie bywa toksyczną siłą niszczącą. Zresztą, nie ma sensu rozpisywać się na ten temat, bo żadna ze mnie ekspertka od miłości, a Wy z pewnością macie jakieś miłosne przygody na swoim koncie, pewnie też zdarzyło się Wam zakochać w kimś bez pamięci i być może okazało się, że nic dobrego z tego nie wyszło.

Teresa Monika Rudzka skupia się w Carskiej Drodze na kobietach – to one są głównymi bohaterkami powieści. Dzieli je właściwie wszystko: status społeczny, wiek, temperament, poglądy czy nawet epoka, co więc  łączy? 



Wszystkie jesteśmy durne, grzeszymy naiwnością, bo pragniemy być szczęśliwe.



Nasze bohaterki gonią za miłością i często w tej pogoni gubią siebie. Zakochują się w nieodpowiednich mężczyznach, którym niejednokrotnie dają się poniżać i mamić słodkimi obietnicami świetlanej przyszłości. Znoszą praktycznie wszystko i choć serducho czasem krwawi, starają się tłumaczyć niewłaściwe zachowania swoich wybranków, bo przecież miłość jest w stanie wszystko wybaczyć. Chcą być szczęśliwe i tego spełnienia upatrują w osobie, z którą dzielą życie i łoże. 

I tak sobie myślę, że nie będę Wam zdradzać, jak wielką naiwnością grzeszą bohaterki, bo można pisać o tym godzinami. Powiem Wam jedynie, jakie są. Z pewnością nie możemy odmówić im wiarygodności – to postacie pełnokrwiste i takie naturalnie ludzkie. Targają nimi emocje, są niekonsekwentne, poddają się chwili, bujają w obłokach, wypłakują się w przyjacielskie rękawy, złorzeczą, ale usprawiedliwiają, narzekają, ale przyjmują. Znacie to skądś? To kobiety, które z powodzeniem można umieścić w naszej rzeczywistości. Można się oczywiście doszukiwać tu lekkiej przesady czy subtelnego wykrzywienia rzeczywistości, ale to niczego nie zmieni.

Bohaterowie są wyjątkowo irytujący, co jednak stanowi ich zaletę – każdej ich akcji towarzyszy nasza reakcja. Niekoniecznie zwrócimy tu uwagę na męskie przekręty, bowiem to kobiety stanowią sedno tej opowieści.  Denerwują nas ich decyzje, smęcenie, nieroztropne zachowanie. Mamy ochotę złapać tę czy tamtą za fraki i mocno nimi potrząsnąć, żeby się w końcu ogarnęły. W myślach wciąż je krytykujemy, pukamy się w głowę, śledząc ich kolejne poczynania. A jednak... są nam bliskie, a my szybko dochodzimy do wniosku – gdy fabuła postępuje – że łatwo jest przecież radzić, układać plan działania czy rzucać mądrymi argumentami, gdy to nie my podążamy tą Carską Drogą...





Warto dać sobie szansę


Początkowo myślałam, że się nie wkręcę – przyznaję, że do historii miłosnych podchodzę trochę jak pies do jeża, a pierwsze rozdziały zupełnie mnie nie porwały. Takie smęcenie, uczuciowe rozterki, niepewność i kombinacje... Obawiałam się, że nic z tego naszego książkowego romansu nie będzie, bo to nie do końca mój klimat, nie było fajerwerków, nie zaskoczyło...

Nie zrezygnowałam jednak z tej opowieści, dając jej szansę, a może raczej dałam sobie szansę na zapoznanie się z tą historią? Pierwsze wrażenie było takie sobie – dość nijakie i smętne. Jednak im dłużej siedziałam z Carską Drogą, im głębiej wchodziłam w tę opowieść i dokładniej przyglądałam się poczynaniom bohaterek, tym ściślej przylegałam do tej opowieści. Łapałam się na tym, że sama być może postąpiłabym podobnie, gdyby moje życie potoczyło się w innym kierunku. 

Absolutnie nie żałuję podjętej decyzji, bo Carska Droga to bardzo życiowa historia, która i wzruszy, i rozbawi, i do tego wszystkiego pozwoli nam spojrzeć na kobietę z różnych stron. Może czegoś nauczy? Może pozwoli zerknąć na swoje osobiste dramaty z nieco innej perspektywy?

Jedno jest pewne: to powieść obyczajowa, po którą warto sięgnąć. Nie ocieka lukrem, bo pozostawia słodko-gorzki posmak, niczego nie obiecuje, ale zaskakuje. Zachwyca tu niesamowity, wręcz mistrzowski zmysł obserwacji – właściwy dla autorki – i sposób przekucia ulotności w coś namacalnego. 

Zachęcam do lektury.