środa, 27 listopada 2019

Najsłabsze ogniwo?: A. McKinty "Łańcuch"


Nie doznałeś prawdziwego strachu, dopóki nad twoim dzieckiem nie zawisło niebezpieczeństwo. Śmierć to nie najgorsze, co może ci się przytrafić.

Adrian McKinty, Łańcuch, przeł. Dariusz Żukowski, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019.



Łańcuch zaintrygował mnie przede wszystkim opisem. Czułam, że czeka mnie ciekawa literacka przeprawa – przynajmniej na takową liczyłam. Pomysł na fabułę wydał mi się bardzo interesujący. Doszłam zatem do wniosku, że sprawdzę, jak ma się sprawa z realizacją tematu.

Najsłabsze ogniwo?


Dostajemy całkiem niezłą historię opierającą się na ludzkim łańcuchu, którego ogniwa stanowią rodzice postawieni w sytuacji kryzysowej: ich dzieci zostały porwane. Na czym to wszystko polega? Istnieje pewna paskudna organizacja zwana "Łańcuchem", która działa już od dłuższego czasu i zrzesza całkiem spore grono osób, przy czym żadna z nich nie pisała się na takie "atrakcje". Wygrana jest bardzo ważna, a stawka niezwykle wysoka; tylko, żeby wygrać, trzeba grać, a zasady tej rozgrywki są co najmniej nieakceptowalne...

Wyobraźcie sobie, że Wasz ukochany skarb został porwany – odbieracie telefon i nagle cały świat wali się Wam na głowę, miliony myśli atakują każdy zakątek Waszego ciała. Jednak nie wszystko stracone, jest jeszcze nadzieja, by uratować swoje dziecko. To brzmi jak wyzwanie, wcale nie takie łatwe, wręcz brutalne i wymagające przewartościowania całego swojego życia. Czy jesteście gotowi zrobić wszystko, by sprowadzić latorośl do domu?



Nasi bohaterowie zostali postawieni w sytuacji bez wyjścia. Z jednej strony dławi ich strach o własne dziecko i bezwarunkowa potrzeba ruszenia mu z pomocą; z drugiej strony stoi murem moralność i wszelkie te zasady, którymi kierowali się przez całe życie. Z pewnością wśród nich nie znajdowały się zapędy kidnaperskie... A jednak, co im pozostaje? Kiedy nie ma innego sposobu, trzeba uruchomić wszelkie środki, wziąć się w garść i zrobić, co każą, bo przecież nasza kruszynka umiera gdzieś tam, u jakichś ludzi (na pewno psychopatów!) ze strachu... Jedno nasze potknięcie i po "zabawie".

Rodzice, aby odzyskać swoje dziecko, są w stanie zrobić wszystko – nawet uprowadzić inną niewinną osóbkę... Dopiero po dokonaniu tego paskudnego czynu, mogą liczyć na powrót do normalności... przynajmniej pozornej. Bycie ofiarą to dramat, ale kiedy do tego dołożymy jeszcze konieczność przeobrażenia się w oprawcę, sprawa znacznie się komplikuje, bo jak po czymś takim można spojrzeć sobie w oczy i nadal nazywać się człowiekiem, jak spojrzeć w oczy swego dziecka? Nie da się przecież udawać, że nic nie zaszło. 

To jednak nie wszystko. Łańcuch musi trwać, zatem nikt nie może się wyłamać – dla wspólnego dobra. Niektórzy pokornie przyjmą ten cios od życia i z bólem serca przełkną tę żabę, inni natomiast bronią się, jak mogą. I co? I to do ogniw Łańcucha – do zwykłych ludzi – należy utrzymanie tej brutalnej "zabawy" w odpowiednim rytmie. Łańcuch nie może zostać przerwany, a jego twórcy doskonale zabezpieczyli się przed taką ewentualnością.

Dramat moralny


Jak wspomniałam na początku, bardzo spodobał mi się pomysł na tę opowieść. Niestety, na dobrym koncepcie się skończyło. Myślę sobie, że to była sprawa przegrana już na wstępnie, bo trudno tu o utrzymanie odpowiedniego napięcia, kiedy właściwie wiemy, z czym mamy do czynienia już na początku. Owszem, spodziewamy się jakichś perypetii czy zawirowań, ale czy nas to zaskakuje? Niezbyt. Pozostaje nam jedynie śledzenie poczynań kolejnych ogniw – w tym głównej bohaterki i jej pomocnika (parki miałkiej i nijakiej, choć wydawało się, że z ogromnym potencjałem).

Czy ta książka miała szansę się obronić? Wydaje mi się, że nie. O ile jeszcze pierwsze rozdziały czytało się całkiem nieźle, o tyle kolejne dłużyły się podle. Na końcu tej drogi byłam już zmordowana, bo niby się działo, ale jakoś tak bez polotu. Zaskoczyło mnie banalne rozwiązanie tej historii, a odkrycie twórców Łańcucha nie zrobiło odpowiedniego wrażenia.

Spodziewałam się doskonale skonstruowanego thrillera, który trzymałby mnie w niepewności, zaskakiwał i miażdżył psychicznie. Dostałam natomiast dramat moralny, który też nie do końca mnie zadowolił, bo autor nie wlazł bohaterom porządnie do głów, a jedynie musnął wierzchnią warstwę. Owszem, mamy tu problem natury etycznej, ale chyba jego tragizm zależy głównie od nas – sami musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ofiara, która jest katem, nadal może się nazywać ofiarą. 

Zastanawiacie się pewnie, czy warto przeczytać tę książkę. Moim zdaniem szkoda na nią czasu, bo na rynku wydawniczym mamy teraz taki wybór naprawę dobrych tytułów, że te średnie można z czystym sumieniem pominąć. Ale – bo przecież zawsze jest "ale" – po lekturze książki przeczytałam wiele recenzji Łańcucha i wiem, że zbiera też bardzo wiele pozytywnych opinii, czasem nawet najwyższe noty. 

Skusicie się?