niedziela, 1 grudnia 2019

Quo vadis, Polsko?: "Czarne słońce" J. Żulczyk



Pamiętaj, jeden z drugim, wydarzy się tylko jedna wersja przyszłości. Tak, która ma się wydarzyć. Żadna inna.

Jakub Żulczyk, Czarne słońce, Świat Książki, Warszawa 2019.


Czarne słońce Jakuba Żulczyka to książka, którą bardzo chciałam przeczytać. Powodów było kilka: kompletny rozstrzał opinii na jej temat, ciekawość  bardzo zaintrygowała mnie tematyka  oraz sprawdzenie rozwijającego się warsztatu pisarskiego autora (czytałam kiedy Instytut). Książkę kupiłam, ale zanim dorwałam się do papieru, ogarnęłam elektroniczną wersję na Legimi; ostatnio jakoś sprawniej "wchodzą mi" e-booki, a mimo tego czytałam ją długo, bo przyswojenie tej historii zajęło mi jakieś cztery dni. Szybciej się nie dało, to było zbyt wiele. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o tej powieści, bo z pewnością jest na swój sposób wyjątkowa.

Czarne wizje


Przenosimy się do całkiem niedalekiej przyszłości, chociaż pozostaniemy na ziemiach polskich. Innych, co prawda, bo i władza nam się wyklarowała, i nieco się odgrodziliśmy od reszty świata, i w sumie ziścił się koszmar (a może najskrytsze marzenie?) – ludzie (przynajmniej niektórzy) nie mogą już o sobie decydować, nie mają żadnych praw. 

Polskę należy oczyścić! Prym wśród czyścicieli wiedzie grupa Gruza – neonazistowska bojówka, brutale, którzy nie cofną się przed niczym. Możemy nazwać ich potworami, bestiami czy mordercami, ale nie można im odmówić jednego: są skuteczni, oddani "sprawie" i świetni w tym, co robią.



To jednak nie tylko powieść o totalnej zagładzie, to coś więcej. Autor pokazuje nam, krok po kroku, wewnętrzną przemianę bohatera. Myślę, że będzie zaskoczeni tym, co tli się w umyśle człowieka, który musiał zmierzyć się nie tylko ze światem, zdaniem, ale również z samym sobą.


Nie do końca


Zanim sięgnęłam pod Czarne słońce, czytałam wiele recenzji tej powieści. Opinie są tak różne, że aż trudno uwierzyć, że wszystkie dotyczą jednej historii, chociaż warto zaznaczyć, że w większości przypadków odbiór jest bardzo pozytywny. Ja jestem gdzieś w środeczku. Ani nie wbiła mnie ta powieść w fotel, ani nie nużyła jakoś szczególnie. 

W sumie mogłabym podzielić tę historię na dwie części  jedna z nich była dla mnie fascynująca, natomiast druga kompletnie mnie nie porwała. Z zainteresowaniem śledziłam Gruza przeszłości – naprawdę z olbrzymią przyjemnością przyjmowałam te wszystkie paskudztwa, które autor zaproponował, a historia miłosna zrobiła na mnie ogromnie pozytywne wrażenie. Było dynamicznie, bezpardonowo i poniekąd wzruszająco  oj tak, szalenie mu współczułam, chociaż to zły Gruz był. 

Niestety ten Gruz, który toczył się po teraźniejszości, nie bardzo do mnie przemawiał. Za dużo w tym było mistycyzmu ujętego w obleśność. I o ile przeciw odstraszającym treściom nic nie mam, o tyle wszelkie uniesienie jakoś mi nie współgrało z całością. Zapewne taki był zamysł, być może to miało znaczyć coś więcej, aczkolwiek do mnie nie trafiło. 

Wracając jednak do miłości, zaskakujące jest, w jaki sposób autor ujął ten temat. Dziwiłam się sama sobie, że przyjmuję to tak pozytywnie, choć to uczucie skąpane zostało w całym złu tego świata, a do tego wciąż bohater je wypierał, tłumaczył, usprawiedliwiał i starał się nas, jednego z drugim, koniecznie przekonać, że to nie to nie, o czym myślimy. 

Zaczęłam w ogóle od dupy strony, bo powinnam napisać o moim pierwszym skojarzeniu. Kiedy zaczęłam czytać Czarne słońce konotacje z Mechaniczną pomarańczą nasuwały się same (nie wiem, czy czytaliście tę książkę  polecam!). Bliski burgessowemu dziełu wydał mi się świat przedstawiony  taki kompletnie upodlony, paskudny, brudny  a do tego specyficzny język zrobił swoje. Nie jest to, co prawda, tak zaawansowany poziom inności, jaki spotkamy w Mechanicznej..., ale wymaga pewnego "przestawienia się", oswojenia i nabrania płynności w czytaniu. To wielki plus tej powieści, o ile lubicie takie językowe smaczki.

Dodam jeszcze, że walka Gruza ze światem toczy się nie tylko na zewnątrz, ale również w jego wnętrzu. Myślę, że będziecie tak samo zaskoczeni jak ja, kiedy poznacie głos siedzący w jego głowie. O tym jednak ciiii, wsłuchajcie się w niego sami.

Jeśli zastanawiacie się nad lekturą Czarnego słońca, to dobrze robicie. Ta książka z pewnością nie zawsze trafi w odpowiednie łapki, ponieważ jest bardzo specyficzna. Mamy tu dużo plugastwa  nawet sama miłość jest umorusana totalnym obrzydlistwem  świat opiera się na licznych odniesieniach do religii, która uderza w m.in. w uchodźców czy homoseksualistów, a do tego wszystkiego sacrum zostało nieco uczłowieczone i myślę, że nie każdemu ten obraz się spodoba. Nie sposób też przemilczeć wulgarności języka (chociaż pewien fragment niesamowicie mnie zaskoczył gładkością słowa, wręcz lirycznością opisu). W takiej sytuacji warto odpuścić sobie tę książkę, bo po co się denerwować?

Myślę sobie jednak, że jeśli macie otwarty umysł albo może chcecie sprawdzić swoje granice pojmowania / wytrzymałości / zrozumienia / rozkminiania, to warto spróbować. Książka jest wyjątkowo udaną,  choć trzeba przyznać, że totalnie przerażającą  próbą pokazania Polski przyszłości. Czy właśnie w tym kierunku zmierza nasz kraj? Mimo tych wszystkich odniesień starałam się nie doszukiwać w tej historii jakiegoś głębszego przesłania  to za wiele  podeszłam do niej raczej jak do apokaliptycznej wizji przyszłości. Może możliwej, może nie.

Nie można odmówić tej książce kontrowersyjności i wyjątkowości. Rzadko na polskim rynku książki pojawiają się powieści, które w tak bezpardonowym stylu ujmują tak ważną tematykę. Właśnie dlatego warto spróbować.

Jak będzie, skusicie się?