sobota, 18 stycznia 2020

Wszędzie woda: "Świat po powodzi" K. Montag


Może nie zawsze tworzymy nasze przeznaczenie,
ale decydujemy, jak mu sprostać (...)


Kassandra Montag, Świat po powodzi, przeł. J. Maćczak, HarperCollins Polska, Warszawa 2019.




Dawno nie czytałam książki w klimacie postapo, a miałam ochotę na garść mocniejszych emocji, ogrom bezsilności i chwilę podpatrywania walki o życie, bo przecież tego można się spodziewać po tego typu literaturze. Zastanawiałam się, jaką książkę wybrać, choć szczerze przyznam, że ostatnio nie śledziłam tytułów z tego gatunku. Padło zatem na Świat po powodzi autorstwa Kassandry Montag, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Czy to był udany wybór? Nie wiem, mam mieszanie odczucia odnośnie do tego tytułu. Nie było spektakularnie, czego oczekiwałam, ale też nie wynudziłam się za bardzo.

Woda, wszędzie woda


Ostatnio wiele się mówi o ociepleniu klimatu, ogólnie o ogromie negatywnych skutków związanych z nieodpowiedzialną, wręcz bezmyślną działalnością człowieka. Wygląda na to, że nasz świat chyli się powoli ku upadkowi, czego przykładem mogą być ostatnie dramatyczne zdarzenia w Australii. Okazuje się, że jesteśmy bezbronni wobec siły żywiołów, co zresztą staramy się pojąć za każdym razem, gdy dojdzie do wielkiej tragedii.  

Kassandra Montag wykorzystała zmianę warunków klimatycznych i poszła krok dalej, serwując swoim bohaterom życie ociekające wodą. Trafiamy wraz z nimi do miejsca, które jest wyjątkowo nieprzychylne człowiekowi, bo jak tu żyć normalnie, kiedy suchych lądów zostało jak na lekarstwo, a wokół tylko błękitna toń, która przykrywa wsie, miasteczka i wielkie metropolie – wszystko, co znamy, co jest dla nas naturalne, stałe, codzienne. Zatonęły domy, woda pochłonęła zwierzęta – większość gatunków została skazana na zagładę – roślinność, zginęli ludzie (niemal każdy stracił swoich bliskich). Umarł stary świat, a teraz ta (całkiem spora) garstka ludzi, której udało się uciec przed wielką falą, musi nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości.

Jak to przeważnie bywa, ludzie zaczynają organizować się w grupach, by stworzyć podwaliny cywilizacji. Oczywiście ile głów, tyle pomysłów na nowy wygląd świata. Różna bywa też realizacja zamierzeń: jedni podchodzą do sprawy metodycznie, inni błądzą po omacku, a część robi to, na co ma ochotę, korzystając z rozwiązań siłowych. Bohaterowie stają przed nie lada problemem: łączyć się w grupy, bo w kupie siła, a może nikomu nie ufać i walczyć na własną rękę?

Główną bohaterką tej powieści jest Myra, którą poznajemy w jednym z najtrudniejszych momentów jej życia: mąż zostawia spodziewającą się dziecka kobietę na pastwę losu, wywożąc przy okazji pięcioletnią córkę. Jacob znika, wsiada na pokład łodzi i odpływa, nie zważając na rozpaczliwie mącącą wodę Myrę, która resztkami sił próbuje dopłynąć do rodziny. 

Lecimy do teraźniejszości. Matka i kilkuletnia córeczka płyną samotnie przez szerokie wody, zdobywając, dzięki barterowi, rzeczy niezbędne im do przetrwania – oferują złowione przez Myrę ryby. I w sumie żyją sobie dość spokojnie, o ile można tak określić ciągłe bujanie falami. Wszystko zmienia się, gdy kobieta podejmuje decyzję, by wpuścić do ich małego świata (łódź "Ptak") obcego. Czy po kilku latach samotnego żeglowania i ustalenia pewnego porządku dnia, będzie to roztropne? Każdy chce przeżyć i, co wcale nie dziwi, każdy ma jakieś sekrety z przeszłości, o której zresztą mówi się teraz niewiele.

Niby tak, a jednak nie do końca


Myślę sobie, że ta historia powinna zrobić na mnie piorunujące wrażenie  w końcu opowiada o matce, która jest całym światem dla swej córki, a i jest w stanie bardzo wiele poświęcić, by dotrzeć do tej, którą jej mąż porwał kilka lat wcześniej. Opisy przeżyć wewnętrznych Myry są bardzo dokładne, czasem nawet chwytają za serce; akcja jest dość ciekawa, a do tego kilka scen można uznać za zdecydowanie mrożące krew w żyłach... A jednak zachwytu z mojej strony brak. To dobra książka, naprawdę, ale brakowało mi takie mocnego, konkretnego tąpnięcia – jakiegoś punktu zwrotnego, który wybiłby mnie z rytmu i nie pozwoliłby zapomnieć o tej powieści.

Świat poznajemy oczyma Myry  to ona jest narratorką, która wprowadza nas w tę mokrą otchłań, ale też barwnie maluje przed nami swój portret wewnętrzny. Wielokrotnie zamyka się w klatce swoich myśli, roztrząsając bieżące sprawy oraz cofa się do minionych wydarzeń, wspominając kroki, które zaprowadziły ją w miejsce, w którym się obecnie znajduje. Wiemy, dlaczego kobieta zachowuje się w ten, a nie inny sposób, rozumiemy jej motywy postępowania. Niczego nie musimy się domyślać.

Czytałam już wiele książek, które odnosiłyby się do budowania nowego świata po wielkich kataklizmach. Myślę sobie, że w Świecie po powodzi nie do końca chodziło o to, by pokazać czytelnikowi ludzkie starania o normalność, ale nakreślić mu zmagania jednostki z teraźniejszością. Zabrakło mi bezpardonowości oraz obrzydliwości kojarzonych z innych utworów dotykających tej tematyki. Nie twierdzę, że to słaba książka, absolutnie, to po prostu nieco lżejsza wersja postapokalipsy, która daje się dość łatwo przełknąć.