piątek, 7 lutego 2020

Walizka pełna smutku: "Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer" A. Sakowicz

 


Nikt nie wymyślił jeszcze lekarstwa. Są takie choroby, że człowiek jest bezsilny (...)
Anna Sakowicz, Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer, il. E. Bieniak-Haremska, Poradnia K, Warszawa 2019.


Anna Sakowicz posiada niepojęty dla mnie zmysł obserwacji. Jej powieści za każdym razem trafiają w te delikatniejsze struny mojej duszy, które drgają potem jak szalone. Każde spotkanie z twórczością tej autorki jest dla mnie wyjątkowym doświadczeniem – uczy, bawi i zmusza do refleksji, do zastanowienia się nad otaczającą nas rzeczywistością, którą podaje nam w skondensowanej formie. Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer to historia stworzona z myślą o dzieciach, choć nie ograniczałabym się w tym przypadku – to opowieść dla każdego.


Życie z nieproszonym gościem


Przyznaję, że Alzheimer jest mi obcy. Oczywiście wiem, z czym wiąże się ta choroba, potrafię zrozumieć rozpacz rodzin, które muszą borykać się z tym nieproszonym gościem i każdego dnia patrzeć, jak obdziera z tożsamości ich ukochanych bliskich. O ile dorosła osoba jest w stanie jakoś to wszystko przetrawić – z bólem, żalem i poczuciem niesprawiedliwości – o tyle w przypadku dziecka sprawa ta wygląda nieco inaczej. Dzieci w ogóle nie mają świadomości choroby, wielu rzeczy nie rozumieją, a drugie tyle się przed nimi ukrywa, by zaoszczędzić im bólu i rozpaczy. Nie każdy potrafi mówić o tym głośno, nie wszyscy jesteśmy przecież stworzeni do radzenia sobie ze swoim żalem i dźwiganiem dodatkowego ciężaru, którym jest żal dziecka.

Jak wytłumaczyć córce, że babcia w ogóle jej nie poznaje? Jak usprawiedliwić noszenie pieluch czy zgubienie drogi do domu? Są takie sytuacje, na które nie mamy żadnego wpływu, a którym musimy podołać  to oczywiste  jak jednak walczyć z kimś takim jak tajemniczy Pan A., kiedy nie ma na niego żadnego sposobu?

W domu Anielki, a dokładniej w pokoju babci zamieszkał Pan A. Nie widać go (choć zostawia po sobie bałagan) i nie słychać, a jednak wiadomo, że to uparty gość, niezwykle nachalny, bo nie chce zostawić babci w spokoju. Dziewczynka postanawia działać, ponieważ ten nieproszony lokator bardzo źle wpływa na jej babcię – sprawia, że staje się obca, przestraszona, a czasem zachowuje się jak mała dziewczynka, która nie pamięta, jak wykonać najprostsze czynności. Anielka nie może przyłapać tego cichego prześladowcy na gorącym uczynku, więc postanawia załatwić sprawę inaczej: zaczyna pisać do niego listy.

Listy dziewczynki skupiają się głównie wokół emocji – zdecydowanie nie lubi A. i nie ma oporów, by wciąż mu o tym przypominać. Anielka bardzo szczegółowo mówi o smutku, który wtargnął do jej rodziny (jakby Pan A. wziął ze sobą wielką walizkę z żalem i wylał jej zawartość na całe mieszkanie). Uczucia stanowią mocno przylegającą do treści oprawę (a może to treść jest oprawą emocji?) – każdej akcji towarzyszy jakaś reakcja, wszelkie problemy dnia codziennego są przez dziewczynkę roztrząsane. Dziecko stara się samo dojść do tego, czym (a raczej kim, bo wierzy w jego cielesność) jest tajemniczy Alzheimer, ponieważ zarówno rodzice, jak i starsza siostra początkowo nie kwapią się, by wprowadzić ją w temat. 

Anielka każdy list zostawia pod drzwiami ukochanej babci – nie spotkała dotąd Pana A., więc nie może wręczyć mu pism osobiście. Dziewczynka ma jednak pewność, że trafiają po właściwy adres, ponieważ każdy z nich znika w niewyjaśnionych okolicznościach.

Poruszająca opowieść



Jeśli wcześniej miałam jakieś wątpliwości dotyczące przebiegu tej choroby, teraz zostały całkowicie rozwiane. Wraz z Anielką, krok po kroku, odkrywałam kolejne niewygody (delikatnie mówiąc!), z którymi musiała sobie radzić jej rodzina. I tak, list za listem, ogromnie żałowałam, że nie wymyślono dotąd lekarstwa na Alzheimera. 

Świat przedstawiony z perspektywy dziecka, które nie do końca rozumie, z czym musi się zmierzyć babcia, z jakimi problemami borykają się rodzice, jest niesamowicie kruchy i delikatny. Trzeba przyznać, że mała Anielka to twarda sztuka, skoro sama chce stawić czoło "wrogowi", ale mimo wszystko potrzebuje ogromnej dawki wsparcia od najbliższych, bowiem sama nie jest w stanie zrozumieć powagi sytuacji. Jej listy są niewinne i naprawdę piękne – czyta się je ze łzami w oczach i dojmującym poczuciem bezradności. Tyle chciałoby się zrobić, tak bardzo pomóc, a jednocześnie trzeba żyć z niemożnością wykonania jakiegokolwiek ruchu...

Opowieść podzielona jest na rozdziały, a każdy z nich to osoby list okraszony ilustracjami. Mnie niestety nie przypadły one do gustu, chociaż trzeba przyznać, że w połączeniu z treścią tej książki tworzą szczególny nastrój. W każdym razie nie przeszkadzają w odbiorze lektury.

Język powieści jest idealnie dostosowany do zdolności poznawczych małego czytelnika. Jednak to nie styl zachwycił mnie tu najmocniej, ale idealne wyważenie treści: bez przesady, ale szczerze, z potężnym ładunkiem emocjonalnym, lecz nie dołująco oraz z dokładnym omówieniem choroby, jednak w sposób przystępny i możliwy do pojęcia. Autorka wykonała tu naprawdę kawał dobrej roboty i wierzę, że ta książka pomoże kiedyś jakiemuś małemu człowieczkowi zrozumieć albo przynajmniej oswoić się z chorobą. Takie tytuły są szalenie potrzebne; pokuszę się o stwierdzenie, że są niezbędne, bo pomagają przetrwać ciężkie chwile i ułożyć sobie wszystko w głowie. 

Listy do A. chłonie się całą duszą, wraz z tym całym żalem, bezradnością, ale też dziecięcą naiwnością (piękna sprawa) i bijącym z niemal każdego zdania ciepłem. To niesamowicie poruszająca historia, która chwyta za serce i pozostawia w poczuciu niesprawiedliwości. Doskonale uświadamia, że choroba nie dotyczy tylko jednego członka rodziny, ale wszystkich najbliższych mu osób. Zdecydowanie warto przeczytać, bo może uleczyć niejedną duszę.