wtorek, 24 marca 2020

Morderstwo pod znakiem zapytania: "Tak cię straciłam" J. Blackhurst



Niektórzy żywią do innych urazy, bo nie mają w życiu nic lepszego do roboty. W ogóle cię nie znają, wiedzą tylko, co zrobiłaś.

Jenny Blackhurst, Tak cię straciłam, przeł. M. Olejniczak-Skarsgård, Albatros, Warszawa 2019.



O depresji poporodowej mówi się coraz więcej. I dobrze, bo często najbliżsi (a nawet młode matki) nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji oraz płynących z tego tytułu zagrożeń. O tak ważnych sprawach trzeba mówić głośno. Ten temat poruszany w książkach jest wyjątkowo delikatnym, ale i ciekawym spojrzeniem na problem. To, że motyw wykorzystywany jest głównie w przypadku książek o zabarwieniu kryminalnym, to już inna sprawa. Myślę sobie, że chyba bardziej i celniej trafia wtedy do zbiorowej świadomości. Musi być z przytupem. 


Z motywem depresji poporodowej spotkałam się w debiutanckiej powieści Jenny Blackhurst pt. Tak cię straciłam. To oczywiście nie pierwsza książka, która zmusiła mnie do konfrontacji z tym problemem, ale z pewnością tu odbyło się to w nieco inny (niż zazwyczaj) sposób. Słabość młodej matki została bowiem wykorzystana w dość brutalny sposób.

Pewna swoich racji?


Susan odsiedziała swoje w szpitalu psychiatrycznym. Została pozbawiona wolności, możliwości decydowania o sobie, gdy kierowana morderczym instynktem – wywołanym depresją poporodową – zabija swojego małego synka. Przynajmniej tak twierdzą wszyscy, którzy znajdują się w jej otoczeniu. Dlaczego miałaby nie wierzyć?


Kiedy wychodzi na wolność i zaczyna nowe życie – z nową tożsamością; teraz jest Emmą – wciąż ma pewne wątpliwości, bo nie pamięta absolutnie niczego z tego, o co ją posądzono. Wychodzi z założenia, że pewnie zostałby jej w pamięci obraz duszonego poduszką dziecka, ale jak tu nie wierzyć, skoro wszyscy twierdzą, że zabiła. Sprawa znacznie się komplikuje, kiedy znajduje w kopercie adresowanej na stare nazwisko (ktoś dowiedział się, gdzie mieszka i kim jest) zdjęcie małego chłopca, czy swojego nieżyjącego przecież syna? Nie ma takiej pewności i podejrzewa, że ktoś postanowił się zabawić jej kosztem albo – ku tej opcji również się skłania – ktoś chce ją zastraszyć, grozi jej.



Kobieta postanawia dowiedzieć się prawdy  to zrozumiałe, bo przecież każda matka chciałaby żyć choć przez chwilę nadzieją, że nie zamordowała swojego dziecka. Pomoże jej w tym tajemniczy mężczyzna, którego dość szybko dopuściła do swoich tajemnic. Czy na pewno powinna ufać obcemu mężczyźnie i w ogóle ludziom, którzy ją otaczają? A może nie powinna ufać nawet sobie? 

Niezbyt mnie to kręci



Czytałam wcześniej (obiecuję, że niedługo pojawią się recenzje!) dwie inne książki tej autorki, a jednak na zderzenie z debiutancką powieścią Blackhurst zdecydowałam si,ę dopiero teraz. Dlaczego? Po prostu poprzednie historie skusiły mnie od razu – czasem tak jest, że przeczyta się opis wydawcy i już wie, że to taka historia będzie dla nas odpowiednia. Nauczona doświadczeniem – poprzednie opowieści bardzo przypadły mi do gustu – sięgnęłam po Tak cię straciłam. I w sumie nie brałam nawet pod uwagę, że może mnie nie porwać. 

Niestety, co stwierdzam z przykrością, ta książka nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia. Była po prostu nudna, choć to nie jej największy grzeszek tej powieści... Lubicie mocno naciągane opowieści? Oczywiście nie mówię o fikcji jako takiej, ale to tej cienkiej granicy, gdy ten zmyślony twór zaczyna wymykać się mocno spod kontroli. Być może to autorka straciła nad sobą panowanie – poniosło ją – może też zabrakło jej pomysłu na rozwiązanie pewnych problemów, a może to ja straciłam cierpliwość do tak odrealnionej historii? 

Książkę czyta się szybko – tego jej odmówić nie można, bo tłumaczka zrobiła tu kawał dobrej roboty, więc płyniemy przez tekst niemal bezproblemowo; w tej sferze wszystko się dobrze klei. Lektura nie zajmie więc sporo czasu – daje się przeczytać w dwa wieczory, a gdyby się uprzeć, to i w jeden będzie po niej. Może i przez chwilę trzyma w napięciu, które jednak szybko ulatuje, bo główna bohaterka nie grzeszy żadnym instynktem samozachowawczym, a wydaje mi się, że powinna – po tym, co przeszła, byłoby to nawet wskazane. Nic to, ważniejsze jest wieszanie się na szyi mężczyźnie, który przecież wygląda tak wiarygodnie... Ręce opadają.

Myślę, że szybko odgadniecie, jak zakończy się ta cała historia. Większych problemów może przysporzyć jedynie wyjaśnienie tej sytuacji. Sprawy nie ułatwia z pewnością dwutorowość akcji: mamy tu czas teraźniejszy – historię kobiety, która podejrzewa, że ktoś ją oszukał – oraz opowieść o młodym chłopcu, który wkręcił się (mimo ewidentnego niedopasowania) w pewne towarzystwo. Te dwa czasy w końcu zyskają wspólny bieg, ale na to trzeba trochę poczekać.

Jeśli planujecie zacząć przygodę z twórczością Jenny Blackhurst, to zacznijcie od tej książki – jej debiutanckiej powieści – by potem ze spokojem i przyjemnością móc czytać kolejne historie jej autorstwa: lepsze! Ta jest dobra do poczytania – jako przerywnik, bez konieczności głębszego wnika w umysł głównej bohaterki (mamy tu jej zakręconą psychikę podaną na tacy). Czasem bywa tu gęsto, czasem odrobinę mrocznie, a jednak to nie wystarcza. Zabrakło chyba rzeczy najważniejszej  emocjonalnego walnięcia w czułe struny.