poniedziałek, 18 maja 2020

Gra o życie mieszkańców Wrocławia: "Zwierz" P. Kościelny


W takich sprawach nie ma złych dróg, każda do czegoś prowadzi.

Piotr Kościelny, Zwierz, t.1, Initium, Kraków 2019.


Kiedy okazuje się, że akcja powieści toczy się w dobrze mi znanej okolicy, od razu robi się tak jakoś swojsko, choć trzeba przyznać, że też odrobinę niepokojąco. Kiedy dorzucimy do tego sprawcę do bólu pospolitego  takiego, którego być może mijamy na ulicy lub tego, który z powodzeniem mógłby mieszkać za ścianą... cóż, może czas zacząć lustrować otoczenie  tak na wszelki wypadek?

Zwierz Piotra Kościelnego to krwisty, momentami paskudny kryminał wciągający czytelnika w gąszcz miejskiej dżungli, po której grasuje Zwierz. Czy jesteście gotowi rozpocząć polowanie na mordercę i ponieść konsekwencje podjętych przez siebie działań? 

Dodam tu jeszcze, że Zwierz został ogłoszony książką roku 2019 w plebiscycie "Brakująca Litera" (przyjrzyjcie się temu dokładniej, bo to wartościowa inicjatywa). Myślę, że to wyróżnienie jest zasłużone.

Gra o życie mieszkańców Wrocławia


Lato 2017 roku będzie z pewnością wyjątkowe, a to za sprawą tajemniczego, nieuchwytnego mordercy, który sam siebie nazywa Zwierzem. Trudno tu mówić o jakichś znakach szczególnych, które pozwoliłyby połączyć ze sobą kolejne miejsca zbrodni czy upolowane ofiary, bowiem każdy mord to swoisty akt twórczy, każdy jest wyjątkowy. Sam twórca tego makabrycznego teatru grozy zaczyna z czasem podpisywać swoje "działo", zostawiając przy zwłokach listy  w końcu warto chwalić się swymi dokonaniami. Listy to wyjątkowe, bo po pierwsze skierowane są głównie do Mikuna (policjanta z wydziału zabójstw prowadzącego sprawę tego zwyrodnialca)  to wyzwanie, prowokacja  a po drugie, one zupełnie nie współgrają z obrazem Zwierza, są niczym słabe dziecięce rymowanki, które nie imają się sprytnego zabójcy, który nigdy nie popełnia błędów i nie zostawia żadnych śladów. Może Zwierzów jest dwóch, może całe stado?

(...) nie ma zbrodni doskonałej i każdy sprawca w końcu trafi przed oblicze sądu. On miał zamiar udowodnić, że tak nie jest.

A życie toczy się własnym biegiem... Wiadomo, zbrodnia musi być, ale ważne jest również tło, które niewątpliwie musi czytelnika w jakikolwiek sposób pociągać, bo w końcu nie samym krwawym ochłapem człowiek żyje.  Tu pojawi się odrobina prywaty  przyjrzymy się Mikunowi i Zwierzowi w ich domowym środowisku, ale też prześledzimy specyfikę pracy na Podwalu (w wojewódzkiej),  dowiemy się, jak to bywa z tymi informatorami i mediami, odczarujemy nieco prokuraturę, a do tego ruszymy w teren i, co ważne, nie zawsze wyjdziemy z tych wypraw obronną ręką. Powiem Wam, że autor absolutnie nie oszczędza czytelnika, a do tego zaskakuje właśnie tym brakiem litości dla swoich bohaterów. Miodzio, mówię Wam!

Bez zbędnej pieszczoty


Kiedy byłam mniej więcej w jednej trzeciej tej powieści, nie opuszczało mnie wrażenie, że będę miała ogromny problem z jej oceną. Zaczyna się mocno, konkretnie i bezkompromisowo, a potem te emocje po prostu opadają, znikają i zaczyna się standardowe dochodzenie, które właściwie (na tym etapie) niczym konkretnym nie zaskakuje. Myślę sobie, że to porządne walnięcie na dzień dobry było z jednej strony świetnym zagraniem, bowiem momentalnie przykuwa uwagę, ale z drugiej, niestety, odbiera nieco przyjemność przy typowaniu winnego. Tak sobie jednak myślę, że takie rozegranie tej opowieści ma swoje plusy, bo ostatecznie dajemy się w finale zaskoczyć. Wracając do tego standardowego poszukiwania  nużące przesłuchania, kręcenie się wokół własnego ogona, bez żadnych konkretnych decyzji nie trwa długo. Kiedy mijamy tę umowną 1/3 historii, całość nabiera krwawych rumieńców, a każda kolejna zbrodnia, której dopuszcza się nasz tytułowy Zwierz, kojarzy się z wejściem w paszczę lwa  znikąd pomocy, zero litości, sprytne rozwiązania.

W powieści znajdziecie sporo wątków pobocznych, które  tak sobie można pomyśleć  niewiele wspólnego mają z cała tą sprawą. Nie skreślajcie jednak tych poboczności, bo i one z czasem nabierają konkretnego znaczenia. Myślę sobie, że właściwie nie znajdziecie w tej powieści przypadkowości, ponieważ każdy z elementów ma znaczenie, tylko na odkrycie niektórych należy cierpliwie poczekać.

Sylwetki bohaterów są świetnie nakreślone, a przy tym daleko im do systemu zero-jedynkowego. Wiele tu odcieni szarości, które zgłębimy w trakcie lektury. Początkowo np. Mikun wcale nie zyskał mojej aprobaty, ale z czasem spojrzałam na niego nieco przychylniej. Możliwe, że tak miało być, że autor bawi się z czytelnikiem, podsuwając mu ciąg sprzeczności i tylko od kaprysu chwili zależy, jak będziemy tego czy tamtego bohatera postrzegać.

Język powieści jest nacechowany kolokwializmami, ale też absolutnie nie brakuje tu wulgaryzmów. Bohaterowie nie przebierają w słowach, a ich wypowiedzi często sprawiają wrażenie spontanicznych, naturalnych. Nie wszystko jest jednak takie kolorowe, ponieważ niektóre "żarciki" mocno trąciły wymuszonym czarnym humorem. Przyznaję, że takie postawienie sprawy nie do końca przypadło mi do gustu, ale z czasem zaczęłam po prostu ignorować takie głupawe wstawki. Przykłady poniżej.

Wory pod oczami tak ci wiszą, że w pierwszej chwili pomyślałam, że przeszczepiłeś sobie jądra.

I w sumie między znajomymi to można tak o tych jądrach (wypróbuję na mężu), ale zerknijcie na kolejne porównanie, umarłabym na miejscu (ze śmiechu; weźcie pod uwagę, że mowa tu o zbrodni), gdyby ktoś pocisnął mi takim tekstem:
  Czyli jesteście w dupie  podsumował Garas.
  I to głębokiej. Czuję się jak dildo analne.

To tylko niektóre ze "smaczków", które zwróciły moją uwagę. Co o tym sądzicie? Można przełknąć, prawda? Chciałam podrzucić tekst o dendrofilii, ale pozostawiam Wam ten fragment do samodzielnego wyszperania w treści.

Zwierz to dopiero pierwszy tom cyklu. Już dziś wiem jednak, że z pewnością sięgnę po kolejne książki, które wyjdą spod pióra Piotra Kościelnego. Uwielbiam bezkompromisowe podejście do zbrodni, bohaterów, czytelnika  nie ma tu miejsca na zbędną pieszczotę. Polecam.