środa, 27 maja 2020

Niszczę, więc jestem: "Musimy porozmawiać o Kevinie" L. Shriver

Musimy porozmawiać o Kevinie


Tak wiele historii ma z góry określone zakończenie,
zanim na dobre się rozpoczną.

Lionel Shriver, Musimy porozmawiać o Kevinie, przeł. K. Uliszewski, wyd. II, Videograf II, Chorzów 2011.


Jaki jest Wasz stosunek do epistolografii? Czy sztuka pisania listów odchodzi już całkiem w zapomnienie, czy jednak wciąż ma szansę zwrócenia uwagi – choćby w literackiej odsłonie? Mam nadzieję, że nie jesteście uprzedzeni do tej formy przekazywania treści, bowiem mam dziś dla Was opowieść, która właśnie dzięki takiemu ujęciu, zyskuje bardzo wiele na wartości.

Musimy porozmawiać o Kevinie autorstwa Lionel Shriver to zbiór listów pisanych przez żonę do męża. Długich, przejmujących, bardzo emocjonalnych. Książka w 2005 roku otrzymała nagrodę Woment's Prize Fiction, a na podstawie powieści nakręcono w 2011 roku film (dramat/dreszczowiec) o tym samym tytule, który zresztą również zdobył niejedno wyróżnienie. 

Niszczę, więc jestem


Pierwszy list – pewna forma terapii, jaką narzuciła sobie główna bohaterka, Eva Khatchodourian, matka Kevina – powstał rok i 8 miesięcy po tragedii. Kobieta pisze do swojego męża Franklina, opowiadając o swoim obecnym życiu – życiu po Czwartku (8 kwietnia 1999 roku) – oraz wracając do wspólnych chwil (tych z czasu sprzed rodzicielstwa i z rodzinnego pożycia).

Chyba główna idea rodzicielstwa polega na tym, by stać się naprawdę dojrzałym.

Przyjrzymy się problemowi strzelanin w amerykańskich szkołach. Niemal od razu dowiadujemy się, czego dopuścił się demoniczny nastolatek, a z kolejnych listów poznamy obraz mordercy odsiadującego wyrok i matki, która nieustannie odwiedza go w więzieniu. Kobieta wciąż stara się zrozumieć, dlaczego jej syn dopuścił się masakry, a w tych poszukiwaniach próbuje rozpracować sygnały, których nie potrafiła wcześniej odpowiednio zinterpretować i, być może, zapobiec tragedii. 



Gdy jesteś rodzicem, nieważne, co się stało, nieważne, jak daleko właśnie byłeś i jak niewiele mogłeś zrobić, by temu zapobiec, każde nieszczęście swego dziecka traktujesz jako swoją winę. 

Pomijając szkolną masakrę, Musimy porozmawiać o Kevnie to głównie wyznanie matki, która zrezygnowała ze swojej pasji, by poświęcić się dziecku, które – bardzo delikatnie mówiąc – okazało się raczej niewdzięczną istotą. Syn stał się dla niej obcym krajem, który na już chyba na zawsze pozostanie dzikim, niezbadanym terenem.

Dramat w ciężkim wydaniu


Zacznę może od tego, co z tą książką (mimo mojej bardzo wysokiej oceny i pozytywnej opinii) jest nie tak. Będą to tylko (albo aż) trzy zarzuty, które absolutnie nie skreślają tej powieści, choć początkowo można odnieść takie wrażenie. Chcę uczciwie przekonać Was do lektury, ale zdaję sobie sprawę z tego, że możecie być początkowo bardzo mocno rozczarowani.

Książkę jest bardzo trudno dostać. Ostatnio ukazała się drukiem w Polsce prawie dekadę temu. Jest osiągalna, owszem, choć jej ceny na allegro sięgają blisko 100 zł. Pozostaje liczyć na wznowienie, którego mam nadzieję się doczekamy. Jeśli jednak trafi się Wam okazja (może jakiś antykwariat? może ktoś zechce sprzedać ją za jakąś rozsądną cenę? a może będziecie mogli pożyczyć ją od kogoś lub wypożyczyć w bibliotece?), to spróbujcie z niej skorzystać. 

Dysponuję wydaniem kieszonkowym – nie przepadam za taką formą, bo jednak lubię poczuć książkę w łapkach (kiedy już sięgam po papier), a poza tym... okrutnie męczyłam się z mikroczcionką. Żałowałam, że nie mam tej powieści w wydaniu elektronicznym, co znacznie ułatwiłoby lekturę. Przeszukajcie jednak sieć, bo być może traficie na e-booka. 



Początek jest aż do zarzygania nudny i ciężki w odbiorze. Eva pisze w sposób bardzo pretensjonalny, jest megairytująca i, w gruncie rzeczy, prawi o pierdołach, których nie ma się ochoty czytać. Wśród ciężkiego do przejścia tekstu, który nuży i – odnosimy takie wrażenie – niewiele wnosi, pojawiają się wtrącenia dotyczące masakry w szkole, której dopuścił się jej syn. A teraz powiem Wam, że właśnie ten fatalny i męczący początek (mniej więcej 1/5 historii) jest doskonałym wstępem do całości. Potem jest już tylko lepiej – opowieść wciąga, usidla, nie pozwala się oderwać, a każde z kolejnych wspomnień wprowadza nas w stan grozy  – a finał? Uh, powiem Wam, że miażdży i zaskakuje, choć myślimy, że już nas nic nie zaskoczy.

Musimy porozmawiać o Kevinie to bardzo wartościowa opowieść matki, rozważania na temat rodzicielstwa i próba odpowiedzi na pytanie: Dlaczego? Autorka zwróciła uwagę na bardzo ważne problemy i nie chodzi tylko o pewien brak porozumienia międzypokoleniowego, ale też o dostępność do broni, wpływ środowiska na jednostkę i ślepą ufność.

Książka bardzo mi się podobała i choć początek potrafi – zdaję sobie z tego doskonale sprawę, bo sama walczyłam ze sobą, by nie rzucić nią w kąt – skutecznie odstraszyć, to jednak naprawdę warto dać temu tytułowi szansę. Mam nadzieję, że kusicie się na przeczytanie tych kilku listów i przymkniecie oko na pewne niedogodności.