poniedziałek, 29 czerwca 2020

Inny świat: "Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów" D. Feldman



W świecie niewiadomych mogą się wydarzyć nawet największe cuda.
Ekscytacja blednie, gdy zapadają decyzje.


Deborah Feldman, Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów, przeł. K. Slawinski, wyd. II, Poradnia K, Warszawa 2020.


Niewiele jest spraw, które potrafią wyprowadzić mnie z równowagi; mało jest też takich rzeczy, które w jakiś sposób mnie dziwią – myślę sobie, że już niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć, chociaż wciąż zdumiewa mnie fakt, że trzeba mówić o podstawowym prawie człowieka do bycia człowiekiem (mimo wszystko). Wracając jednak do tych drażliwych tematów, muszę przyznać, że chyba najbardziej gotuje się we mnie, kiedy nie mam prawa decydowania o sobie – nie mam tu na myśli sił wyższych w postaci kataklizmów itp., ale ludzi, którzy chcieliby kierować moim życiem. Wychodzę z założenia, że każdy ma swój rozum, więc powinien z niego korzystać i żyć tak, by być szczęśliwym, ale z zastrzeżeniem, by nie krzywdzić przy tym innych.  

Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów dowiedziałam się przypadkiem, kiedy przeglądałam propozycje dobrych seriali na Netflixie.  To historia, która od razu przykuła ją uwagę. Bez zastanowienia zaczęłam oglądać i... nie mogłam się w ogóle wkręcić w tę opowieść, nastrój – zupełnie mnie to nie porwało... Pomyślałam sobie wtedy, że to widocznie nie dla mnie, a jednak wciąż ciągnęło mnie do papierowej wersji – zewsząd "atakowały" pozytywne recenzje, a mój apetyt rósł w miarę czytania kolejnych opinii. Dobrze się stało, że nie odpuściłam, bowiem upubliczniona przez Feldman historia to wyjątkowe zwierzenie, którego lektura wywołała we mnie ogrom emocji. 

Inny świat


Tym razem wybierzemy do Nowego Jorku, a ściślej rzecz ujmując, odwiedzimy Brooklyn, którego jeszcze (tak podejrzewam) nie znacie. Wejdziemy w społeczność ortodoksyjnych Żydów, którzy zbudowali swój własny, mały i ciasny światek. Zajrzymy do domów, szkół i do szczególnej "łaźni". Nie znajdziemy tu jednak kina, teatru czy innych rozrywek właściwych nastolatkom. Nie przeczytamy książki w języku angielskim, bowiem ten jest siedliskiem zła i rozpusty. Nie dostaniemy wyboru, bo w końcu nasza przyszłość jest jasno określona, a rola w społeczeństwie narzucona z chwilą narodzin.

Młoda kobieta opowie nam o swoim życiu w tym zamkniętym świecie. O dzieciństwie naznaczonym niewiedzą i o tej chwili, gdy odkryje swoją kobiecość. Spojrzymy na to miejsce jej oczami i będziemy jej towarzyszyć w drodze do upragnionej wolności – od chwili, gdy narodzi się ta potrzeba zmiany, przez ważne momenty, aż po wyzwolenie.

Nie zabraknie tu zakazów i nakazów, niemal każda myśl okaże się grzeszną, a wpisana w całokształt zgoda na przemoc psychiczną oraz fizyczną staje się czymś naturalnym. Miażdżąca waga tradycji, przytłaczający ciężar religii i społeczność kierująca losem. Tak wygląda sprawnie funkcjonująca wspólnota XXI wieku.

Podróż życia


Przystępując do dzieła, zastanawiałam się, czy książka będzie podobna do Świadka w czerwieniWłaściwie się nie pomyliłam, ponieważ obie autorki mają ze sobą bardzo wiele wspólnego, choć źródłem ich zniewolenia były zupełnie inne religie. Z pewnością porównania Kościoła mormońskiego (FLDS) do żydowskiej wspólnoty (satmarska społeczność, ruch chasydzki) nie powinno brać się pod uwagę, a jednak znajduję tu wiele tożsamych elementów, a w samym centrum tego doskonale zaprogramowanego świata kobietę, którą sprowadza się do roli podczłowieka – co gorsze, ona tę rolę przyjmuje bez zająknięcia, bo przecież tak została wychowana. Mamy tu do czynienia z faktem, że kobieta  istnieje właściwie jedynie po to, by służyć mężczyźnie i, rzecz jasna, wyższej sprawie.

I myślę sobie, że nie byłoby w tym nic złego, bo w końcu każdy ma prawo wierzyć, w co chce, i żyć w taki sposób, jaki mu najbardziej odpowiada, ale w tej społeczności nie daje się nikomu wyboru. Ludzie nie wiedzą, że można żyć inaczej – nie pozostawia im się żadnego wyboru. Tu wszelka inność jest grzechem, nie ma mowy o intymności, a nawet poznanie samego siebie zdaje się niemożliwe, bo brak tu jakiegokolwiek punktu odniesienia, drogowskazów...

Dzięki zastosowaniu narracji pierwszoosobowej ta opowieść zyskuje szczególny wymiar intymności. Wejdziemy nie tylko w fakty, ale stawia nas w konieczności spojrzenia w oczy młodej dziewczynie, która niczego nie rozumie, choć bardzo by tego chciała. Emocjonalna ranga tej opowieści jest równie istotny, jak ważne są zdarzenia, podane zasady czy wspomniane rytuały. To właśnie szczerze zwierzenie Feldman (dziecka – nastolatki – kobiety) robi największe wrażenie, bowiem trudno tu z czymkolwiek dyskutować. Zawsze wychodzę z założenia, że dziecko powinno żyć w najlepszym ze światów, i za każdym razem żałuję, że nie wszystkim jest to dane. O tych "lepszych" miejscach często nawet się nie wspomina, a człowiekowi nie daje się wyboru – on nawet nie wie, że go nie posiada... Chyba właśnie ta nieświadomość jest najsmutniejsza w całej opowieści.

Bez przerwy wydaje mi się, że popełniam jakieś straszne przestępstwo – a mimo to nieustannie czuję głód.


Na szczęście czasem trafi się ktoś, kto zaczyna kwestionować, roztrząsać i dąży do czegoś więcej. Czasem zaczyna się od chowanej pod materacem książki (wyobrażacie sobie zakaz czytania? ZGROZA!), czasem motorem napędzającym dalsze działania jest jedna "grzeszna" myśl, innym razem to przypadek sprawia, że zapora zaczyna przepuszczać, a ludzie drążyć. Deborah Feldman nie szczędzi czytelnikowi szczegółów dotyczących swojego życia, wprowadzając nas w konserwatywny, ultraortodoksyjny świat, o którym niewielu ma w ogóle pojęcia, bowiem tak skrzętnie jego mieszkańcy bronią swoich tajemnic. Przyjrzymy się sprawom cielesnym (oj, te zrobiły na mnie największe ważenie), poznamy machinę, w której każdy jest malutkim trybikiem osadzonym w dokładnie wskazanym miejscu.

Lektura nie należy do łatwych, a już na pewno trudno doszukiwać się w niej przyjemności – szokuje, oburza i irytuje. Myślę, że jeśli siedzi w Was wojownik (albo macie potrzebę decydowania o sobie), czeka Was coś niepojętego, czemu trudno przyklasnąć – w ogóle część tych rewelacji nie daje się objąć rozumem. Unorthodox... nie jest oczywiście książką wyjątkową czy szczególnie odkrywczą, bowiem na rynku znajdziecie wiele historii o kobietach (napisanych przez kobiety), które wyrwały się z macek hermetycznego świata. Myślę sobie jednak, że każda z takich opowieści jest na swój sposób ważna, bo może być stać się iskierką, która rozpali płomień.

Deborah Feldman, decydując się na porzucenie jedynego świata, który znała, i wyruszając w nieznane,  zabierze nas w podróż swego życia. Historię opowiada już jako dorosła kobieta, która wyrwała się spod władania chasydzkiej społeczności. Niełatwa, wyboista, naznaczona cierpieniem i dziwnym poczuciem tęsknoty droga, z pewnością zrobi na Was wrażenie. Myślę też, że nie wpadniecie w pułapkę oceniania wyborów bohaterki, bo przecież trudno wydawać osądy, gdy nigdy nie znalazło się w podobnej sytuacji. 

Unorthodox... to publikacja, z którą warto się zapoznać, choćby po to, by zobaczyć, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Decydując się na lekturę, trzeba mieć na względzie, że nie będzie to proste czytadło, ale trudna do przełknięcia gula beznadziei. Niektóre sprawy mogą budzić kontrowersje, inne pozostawią nieprzyjemny posmak, ale o tym autorka ostrzega czytelnika już na początku – mówi o uczciwości, z którą będziemy mieć do czynienia. Czy spodziewamy się tego, co znajdziemy za zasłoną milczenia? Podejrzewam, że wiele wątków wyda się Wam dziwnie znajomych, ale innych zupełnie nie braliście pod uwagę.

Na koniec dodam, że pewne sytuacje przywodzą na myśl naszą współczesność – bez większych problemów odnajdziecie cechy wspólne. Nie zdradzę nic więcej, zaznaczę jednak, że lektura tej książki niewątpliwie zmusza do refleksji nad kondycją własnego podwórka.

Jedynym słowem: warto.