niedziela, 14 czerwca 2020

Mamusia musi zniknąć: "Zła krew" Z. Stage


Nic nas tak nie przeraża jak niemożność zrozumienia, 
co do nas mówi nasze ukochane dziecko.


Zoje Stage, Zła krew, przeł. P. Kaliński, Czarna Owca, Warszawa 2019.


Kiedy dwoje ludzi decyduje się sprowadzić dziecko na ten świat, powinni przyjąć jakąś wspólną strategię wychowania – warto przecież trzymać jeden front, by dawać dziecku jasne, a nie sprzeczne sygnały, by wyznaczać nieprzekraczalne granice. Czasem jednak coś pójdzie nie tak, w którymś momencie wszystko zaczyna się walić. Na pewno nie prowadzi to do niczego dobrego, bo w końcu trudno mówić o przyjemności, kiedy własne dziecko pragnie twojej śmierci...

Po niezwykle emocjonującej historii pt. Musimy porozmawiać o Kevienie, doszłam do wniosku, że warto jeszcze przez chwilę zostać w temacie i i sięgnąć po kolejną opowieść o demonicznym dzieciaku – to na swój sposób fascynujący motyw. Tym razem trafiło na żeńską wersję w maleńkim ciałku. Dziś kilka słów o powieści pt. Zła krew, które wyszła spod pióra Zoje Stage.

Kreatywność nie zna granic


Hanna, lat siedem. Ukochana córeczka tatusia, która spędza cały czas z matką w domu. Być może poszłaby do szkoły, ale unika jej ognia – doskonale wie, jak postawić na swoim i wybić rodzicom z głowy podobne pomysły. Dziewczynka jest, jak na swój wiek, bardzo inteligentna: doskonale radzi sobie z buszowaniem w sieci, świetnie czyta i rozwiązuje zadania, ma zdolności przewidywania ruchu przeciwnika i nie jest monotematyczna (fantazyjnie knuje).  Na domiar złego w ogóle nie mówi, komunikując się za pomocą gestów czy pisma. I wiecie... czasem lepiej, żeby takie dziecko się nie odezwało – dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa jazda.

Matka i córka wciąż toczą ze sobą boje, choć nie da się ukryć, że ta pierwsza zdecydowanie przegrywa niemal każdą bitwę! Wszystko zaczęło się dawno temu, od pewnego incydentu, po którym pękła delikatna nić porozumienia między pokoleniami. Warto też wspomnieć, że Suzette ma chorobę Crohna – poczytajcie, co to takiego, ciekawa, choć przykra przypadłość – która czyni matkę wyjątkowo delikatną i często bezbronną.

Każde zwycięstwo Hanny było porażką mamy.

Do czego posunie się Hanna, by oczyścić swoją rodzinę i pozostać z ukochanym – obecnym, ale nieświadomym – ojcem? Powiem Wam, że dziecięca wyobraźnia nie zna granic, a każdy kolejny wyskok mrozi krew w żyłach roztrzęsionych rodziców, którzy gdzieś po drodze popełnili błąd.

Strach się bać?


Książka ma ciekawą budowę – co prawda to nic niezwykłego, ale taki sposób prezentacji treści, w przypadku tej powieści, ma spore znaczenie. Każdy rozdział to jakby osobna opowieść – raz historia kręci wokół matki, by chwilę później krążyć wokół córki. Taki rozkład treści pozwala nam odczuć, że prowadzą swoistą wojnę i żadna z nich nie bierze pod uwagę oddania jej walkowerem.

Powieść utrzymana jest w klimacie grozy – nie ma tu mowy o żadnych domysłach, ponieważ dostajemy zło w czystej postaci, choć z niewielkimi domieszkami ludzkich uczuć. Szczególnie ciekawym wydaje się wątek mutyzmu, który ma ogromne znaczenie dla rozwoju sytuacji. Na pewno spotkaliście się z dziećmi, które bardzo długo nie mówiły, a kiedy już zaczęły, nie mogły przestać. Podobnie jest w przypadku Hanny, ale... chyba lepiej by było, gdyby jednak nie ubierała swoich myśli w słowa i zatrzymała je dla siebie. Pomysł jest rewelacyjny, niestety słabe wykonanie nie do końca pozwoliło wykorzystać tu niesamowity potencjał.

Znajdziemy tu obraz ojca oddanego ukochanej córeczce i, niestety, naiwnego do granic możliwości. Znamy już podobną sylwetkę z Musimy porozmawiać o Kevinie, jednak tu tata odgrywa nieco inną rolę – jest motorem napędowym dla działań siedmiolatki. W ogóle obserwacja tej rodziny może być ciekawym doświadczeniem – myślę, że wielokrotnie pokręcicie głową z dezaprobatą.

Opowieść jest ciekawa, ale nie zaskakuje właściwie niczym – niektóre elementy zostały mocno przejaskrawione i wyolbrzymione. Rozumiem, że autorka chciała dać czytelnikowi odczuć każdą komórką ciała beznadziejność sytuacji, ale wolę, kiedy zostawia mi się pewne pole do refleksji, przemyślenia – odrobina domysłu, garść niedopowiedzeń to naprawdę nic złego, bo dzięki temu budujemy odpowiedni nastrój bez walenia w czytelnika złem na każdym kroku. Czasem warto coś przemilczeć, by wydarzenia mogły wybrzmieć w sposób bardziej naturalny.

Zła krew to przyzwoity thriller psychologiczny, a jeśli przy okazji będzie to Wasze pierwsze spotkanie z tego typu bohaterką literacką, to na pewno zrobi na Was odpowiednie wrażenie. Niestety mnie nie zaskoczyło tu nic, ponieważ zbyt wiele elementów łączyło tę siedmiolatkę z bohaterem innej książki, o której wcześniej wspomniałam. Można poczytać. 

Zainteresowała Was tematyka? Polecam ten wpis: 8 książek o dzieciach, których lepiej unikać.